Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#82202

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja sąsiadka uczy w liceum, które postanowiło zostać przedsionkiem politechniki - nacisk kładzie się tam na fizykę, matematykę, chemię i informatykę, a pozostałe przedmioty, zwłaszcza humanistyczne, realizuje się co prawda od początku do końca podstawy programowej, ale na każdym kroku można wyczuć, co (i kto) jest dla wszystkich ważniejsze.
Sąsiadka mówi, że trochę to boli, kiedy słyszy przy układaniu planu "bo oni MUSZĄ mieć tyle godzin polskiego, bo to WYMYSŁ ministerstwa, a tyle WAŻNYCH rzeczy można by zrobić w tym czasie", boli bardzo, kiedy okazuje się, że uczniowie zainteresowani np. olimpiadą historyczną są przez szkołę usilnie namawiani, żeby przestali marnować siły i skupili się na kolejnym konkursie fizycznym, a boli nie do zniesienia, kiedy usiłuje się wymuszać na nauczycielach zdawalność matur wewnętrznych.

W mijającym tygodniu sąsiadka egzaminowała z polskiego. Na szczęście nie ma już "przygotowywanych cały rok" prezentacji, tylko losuje się temat do omówienia kilkanaście minut przed egzaminem, ale usłyszałam od niej (i sama zobaczyłam na przykładowych pytaniach), że zdanie tego to formalność, a nie wysiłek intelektualny.

Sąsiadka oblała dwie osoby. Pierwsza postanowiła cwaniakować i zaczęła wymuszać na komisji zaliczenie bez przeprowadzania egzaminu - "bo przecież to wszystko bez sensu". Cóż, sens sensem, egzaminatorzy mają swoje obowiązki i protokołują przebieg matur, więc do protokołu wpisano, że zdający nie podjął się realizacji zadania maturalnego. Osoba numer dwa podłożyła się w inny sposób - wylosowała temat o tym, w jaki sposób artyści przedstawiają rodzinę i jakiś obraz tematyczny do omówienia jako punkt wyjścia. Nie powiedziała absolutnie nic, nie była w stanie nawet opisać, co przedstawia reprodukcja, którą miała na kartce. Zapytana, czy zna jakiś film albo powieść, w której występują dzieci powiedziała, że nie i umilkła.
Komisja nie miała innego wyjścia, jak ją oblać.

Przypadek osoby pierwszej pozostał bez komentarza ze strony szkoły, ale osoba numer dwa powróciła jako wiadro pomyj wylane na głowę sąsiadki - to był jakiś olimpijczyk z matematyki, wygrane zawody programistyczne, murowana kariera, geniusz ścisłowiec. Sąsiadka dowiedziała się, że to jej wina, że nie pójdzie na studia (z oblanym ustnym polskim ma się niezdaną całą maturę) mimo wygranych indeksów, bo nie starała się dość mocno, żeby go na tej maturze wyciągnąć na 30% i teraz będzie musiała przeprosić jego rodziców za zmarnowaną przyszłość dziecka. I że na pewno będą podważać ważność egzaminu w okręgowej komisji egzaminacyjnej, bo nie może być tak, żeby taka pierdoła przekreślała wszystko.

Zapytałam, dlaczego dopuszczono go do tej matury. Bo to olimpijczyk i "na pewno sobie poradzi".

Mam wrażenie, że od moich czasów tak zwana "wychowawcza" funkcja szkoły i świecenie przykładem odpowiednich wartości w życiu mocno zmieniły oblicze.

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (200)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…