Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#82376

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj będzie o psychologach. A raczej o tym, że kiedy słyszę słowo "psycholog", to jeżą mi się włosy na karku i mam ochotę prychać jak kot.

Kiedy miałam "naście" lat, zaczęły się moje problemy z tarczycą. Problemy te uderzyły mnie dosyć nagle. Choroba musiała rzecz jasna rozwijać się dużo wcześniej, ale z jej powagi zaczęłam zdawać sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy pojawiły się poważne objawy. Najpierw przez dwa tygodnie źle się czułam i często robiło mi się słabo. W końcu dostałam drgawek i zaczęłam się dusić. Przyjechała karetka, ratownicy doprowadzili mnie do stanu używalności i polecili zbadać tarczycę.

Oczywiście okazało się, że faktycznie wszystkiemu winne są problemy z hormonami. Mimo to objawy utrzymywały się przez bardzo długi czas. Często było mi słabo, ciągle drżały mi mięśnie, nie mogłam w nocy spać, miałam często wrażenie, że jestem zmęczona i pobudzona jednocześnie. Przy mówieniu drżał mi głos. Dostałam skierowanie do szpitala dziecięcego, z którego wypisano mnie po tygodniu, ponieważ według lekarzy za mało schudłam (więcej na ten temat napisałam w innej swojej historii). Przed wyjazdem dostałam jednak możliwość porozmawiania z psychologiem. Kiedy weszłam do gabinetu, niemalże od razu dostałam podsunięty pod nos test, który wydał mi się bezsensowny, ale mimo to wypełniłam go najskrupulatniej, jak potrafiłam. Razem z kartą wypisu otrzymałam więc również opinię psychologiczną, z której wynikało, że... jestem chora, ponieważ to mój sposób na zwrócenie na siebie uwagi. Mimo to specjalista zalecił w razie potrzeby terapię, więc po powrocie ze szpitala udałam się do poradni.

Pierwszy psycholog, który ze mną pracował, stwierdził, że przyczyną wszystkich moich problemów jest prawdopodobnie niechęć chodzenia do szkoły i problemy w nauce (co nie było prawdą, bo uczyłam się bardzo dobrze i było już po egzaminach), a moje objawy na pewno znikną, jeśli ułożę sobie lepszy plan odrabiania lekcji. Jako terapię zalecił nauczenie się pisania lewą ręką.

Drugi psycholog, którego otrzymałam, kiedy pierwszy został przeniesiony do innej poradni, zaczął ze mną rozmawiać. Często zadawał mi całkowicie abstrakcyjne pytania i miałam problemy ze szczerą odpowiedzią. I chociaż byłam bardzo zdeterminowana, bo chciałam sobie pomóc, nasze rozmowy wyglądały mniej więcej tak:

Psycholog: Jak się wtedy czułaś? Pamiętasz?
Ja: Ciężko mi powiedzieć, to było dawno temu, ale raczej nie czułam się z tym źle.
Psycholog: A może jednak?
Ja: Nie, pamiętałabym, gdybym przeżywała negatywne emocje.
Psycholog: Ale mi nie pasuje, że ty się czułaś z tym dobrze. Zastanów się, czy jednak nie było źle.

Jednak czara goryczy przelała się, kiedy wyznałam psychologowi, że nie radzę sobie w nowej szkole (poszłam do liceum o wysokim poziomie nauczania i przez swoje fizycznej dolegliwości często nie mogłam skupić się na materiale, nawet jeśli potem w domu dawałam z siebie wszystko), ale jednocześnie poprosiłam, żeby nie mówił o tym moim rodzicom, że chcę mu się tylko wygadać. Psycholog zapewnił, że mogę mu zaufać. Po powrocie do domu czekała mnie awantura, bo jednak rodzice okazali się o wszystkim świetnie poinformowani. Przestałam przychodzić na umówione spotkania.

Skończyło się tym, że wylądowałam u psychiatry, który przepisał mi leki. W efekcie przez dwa lata leczyłam tarczycę psychotropami, bo żaden lekarz nie przepisał mi odpowiednich lekarstw, tłumacząc moją chorobę słowami: "Jeszcze dojrzewasz, może z tego wyrośniesz", "Taka najwidoczniej twoja uroda" itp.

Głęboko wierzę, że są na świecie psychologowie, którzy chcą pomagać ludziom i świetnie się w tym odnajdują, ale sama już nigdy później się do żadnego nie udałam i mam szczerą nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała już tego robić.

psycholog

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (116)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…