Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#82652

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja znajoma, Aga, szuka pracy.

Ogłoszenia ze śmieciówkami omija szerokim łukiem, chce pracować legalnie. Dziesiątki rozesłanych cefałek, na większość z nich brak jakiejkolwiek odpowiedzi w stylu "dziękujemy, CV dotarło". Znajoma ma spore doświadczenie w handlu, uwielbia kontakt z ludźmi i aktywną sprzedaż, więc celuje raczej w sklepy.

Podejście pierwsze:
- salon z firanami, wynagrodzenie: najniższa krajowa.
W ogłoszeniu, o ironio, jak byk stoi "nie bój się jeśli nie masz doświadczenia, wszystkiego cię nauczymy". Tak czy siak, Aga nie jest z tych, co się boją, doskonale wie, że nie od razu Rzym zbudowano, szybko się uczy nowych rzeczy, leci na rozmowę.

Pytania w stylu "czy wie pani o co pytać klienta? Jak by się pani zachowała w takiej a takiej sytuacji?" - norma. Znajoma odpowiedziała śpiewająco, potencjalna szefowa zachwycona, wybrała ją spośród szesnastu zainteresowanych.

Pierwszy i drugi dzień w pracy minęły raczej normalnie, gdyby pominąć fakt, że był tylko jeden (serio...) klient. Trzeciego dnia szefowa zaczęła zadawać Adze pytania w stylu "opisz pomieszczenie w stylu prowansalskim, jakie byś dobrała do niego zasłony?". Znajoma kopara w dół, mówi że nie wie, ale chętnie zapozna się z tematem, jeśli tylko szefowa poleci jej stosowną literaturę, linki...

Na drugi dzień została zwolniona, bo:
- nie umie rozmawiać z klientami (przypominam, że był jeden klient, którego obsługiwała szefowa i który kupił tylko taśmę do firan),
- nie zna się na krawiectwie,
- nie zna się na dekorowaniu wnętrz (przypominam, że szukali człowieka z łapanki, za najniższą krajową).

PS To byli wyjątkowi specjaliści od handlu, nie mieli szyldu informującego o sklepie, ani choćby godzin otwarcia na drzwiach. Ludzie nie mieli pojęcia, że tam znajduje się jakiś salon, co więcej: patrzyli na drzwi z niepewną miną i zamiast wejść - wycofywali się. Aga też idąc tam na rozmowę nie wiedziała, czy celuje w dobre miejsce, ogarnęła to dzięki street view. No ale trzeba się znać na tym co się robi. Podobno.

Podejście drugie:
- sklep rybny: najniższa krajowa, pół etatu.
Podobno szukali osoby na maxa zdecydowanej, bo im ludzie po dwóch dniach odchodzą. Aga była zdecydowana, nawet się ucieszyła, że to pół etatu. Zatrudniono ją. Co więcej, szefostwo zadowolone, że komplet ważnych badań, że doświadczenie, że w dniach próbnych dziewczyna śmigała i myślała w pracy.

Po paru dniach pracy Aga była przy układaniu grafiku i wyszło, że tzw. pół etatu to średnio sześć godzin dziennie od poniedziałku do piątku plus co druga sobota pracująca - dziesięć godzin. No ale to nic, tłumaczono jej że sytuacja wyjątkowa, zwolnienia, urlopy. Niemniej Aga podpytywała koleżanki, czy tak jest zawsze, czy rzeczywiście to teraz taki wyjątek (nie ukrywała, że chciałaby mieć w rzeczywistości taki sam stan rzeczy jak na umowie, o jedną godzinkę nie zamierzała się kłócić, ale sześć obowiązkowych nadgodzin w sobotę!?). Koleżanki oczywiście powiedziały, że no niestety, tak się tu pracuje.

Na drugi dzień ją zwolnili (telefonicznie), bo uznali, że się waha, a oni szukają osoby konkretnej.

PS. Osoba z najdłuższym stażem pracuje tam trzy lata, reszta po parę miesięcy. Przy wyrzucaniu ludzi za takie pierdoły typu zadawanie pytań o czas pracy, nie dziwię się, że nie mogą znaleźć kogoś "konkretnego".

Tak wygląda ten rzekomy, wychwalany pod niebiosa rynek pracownika w pełnej krasie. Ale to moje okolice, może u Was jest inaczej.

praca

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (148)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…