Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#82971

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/82859 przypomniała mi moje przejścia z tak zwanym Urzędem Pracy. Miałem z nimi do czynienia kilka razy i zawsze potrafili mnie zaskoczyć.

1.
Gdy wróciłem z UK po sześciu latach pobytu, rozpocząłem od razu pracę. Niestety, pracodawca to temat na osobną historię (typowy Janusz biznesu, również z imienia), więc moja kariera w jego firmie nie trwała zbyt długo. Tak więc, ze świadectwem pracy w ręce i formularzem U1 z UK, pełen (jeszcze) pozytywnego nastawienia udałem się do PUP.

Pierwszy cios szmatą w pysk czekał mnie zaraz po wejściu do magicznego pokoju - nie miałem przy sobie wypełnionej wielkiej żółtej płachty formatu A5 i pani wsiadła na mnie z pyskiem, jak śmiem w ogóle pojawiać się taki nieprzygotowany i zajmować jej cenny czas. Moje tłumaczenia, że przed wyjazdem do UK byłem zarejestrowany w PUP skwitowała warknięciem, że "karta rejestracji ma być". Ok, mea culpa. Pobrałem kartę, wypełniłem na korytarzu, wchodzę po raz drugi.

Nie zarejestruje, źle wypełniona karta. Co to za jakieś głupie nazwy miejscowości, hę? Jaja sobie robię? Jakie Newcastle? Na moje tłumaczenie, że jest to miasto w Anglii pani jakoś tak szczególnie jadowicie się uśmiechnęła i stwierdziła, że "skoro nie mam ŻADNYCH świadectw pracy z UK, to ona tego nie przyjmie, a formularz U1, to se mogę nim tyłek wytrzeć”.

Wróciłem więc na drugi dzień obładowany jak wielbłąd: payslipy, umowy, wszelkie możliwe dokumenty, żółta płachta wypełniona w dwóch egzemplarzach, na twarzy wyraz pokory i szacunku dla urzędniczki. Tym razem kolejka jak diabli, 3 godziny czekania. Wchodzę, to samo babsko. Krzywi mordę na sam mój widok. Dlaczego dokumenty nieprzetłumaczone? I jak to nie ma świadectw pracy w UK? Przecież wszędzie są świadectwa pracy!

Moja cierpliwość zaczęła się wyczerpywać, więc dobitnie, chociaż nadal grzecznie, wytłumaczyłem pani, że chcę się tylko zarejestrować jako bezrobotny. Tylko tyle. Gwiżdżę na to, czy dostanę zasiłek, czy też nie, chcę tylko mieć ubezpieczenie. To na wypadek, gdyby szlag mnie trafił przykładowo podczas rozmowy z urzędnikiem i konieczna okazała się hospitalizacja. Jak groch o betonową ścianę - ona nie może tego przyjąć, koniec, kropka. W ogóle to jak chcę (sic!) zasiłek, to w tym PUP nie załatwię, bo oni rozpatrują tylko wnioski krajowe i ona zaraz zawoła kolegę, to on mi wytłumaczy.

Zawołała jakiegoś chłystka, który przypominał studencinę socjologii na stażu. Wytłumaczyłem, w czym rzecz, przez chwilę w jego zamglonych oczach zdawałem się dostrzegać błysk zrozumienia. Niestety - pozory mylą…

- Musi pan jechać do PUP w pobliskim większym mieście! I napisać im tam, gdzie pan pracował za granicą! Moja dobra rada: trzeba napisać dużo, to może coś z tego będzie... I daty trzeba, i umowy zabrać! No ale to trwa, pół roku nawet…

Pojechałem do pobliskiego większego miasta. Tam dla odmiany trafiłem na osobę kompetentną - okazało się, że to, co bredził chłystek-stażysta dotyczy osób, które przez UP chcą się ubiegać o formularz U1 z UK, który to miałem od samego początku (i którym pani z pierwszego PUP radziła mi wycierać tyłek). Dalsza rejestracja nie nastręczała żadnych trudności, a po jakimś czasie przyszła nawet decyzja o przyznaniu zasiłku.

2.
Jako świeżo upieczony bezrobotny, postanowiłem zobaczyć, co też PUP ma do zaoferowania. Oferty, kursy, może jakaś pomoc w podjęciu działalności - cokolwiek.

Wysłali mnie do jakiegoś typa, który, ziewając, zaserwował mi następującą formułkę: "na jeden program jesteś pan za młody, a na drugi za stary, kursów już nie ma, bo za późno.

Ręce mi opadły - był maj i już "za późno”.

3.
Z dobrodziejstw zasiłku nie dane mi było skorzystać, podjąłem pracę. Jako że charakter pracy był tymczasowy, po jakimś czasie przyszło mi ponownie zarejestrować się w UP. Poszedłem tam tylko za namową żony - sugerowałem, że opłacę ubezpieczenie z oszczędności na czas szukania kolejnego zatrudnienia, bo wypełniania po raz kolejny tej parszywej żółtej płachty nie zdzierżę.

Małżonka jednak uspokoiła mnie, że niedawno sama się rejestrowała i nie musiała nic wypełniać, bo była zarejestrowana w UP przed naszym wyjazdem do Anglii. Poza tym niedawno się rejestrowałem, więc pewnie pokażę im tylko świadectwo pracy i wszystko będzie ok. Poszedłem więc się rejestrować po raz drugi.

- Gdzie formularz rejestracji? - warknęła biurwa.
- Niedawno się rejestrowałem - odparłem grzecznie. - Przyniosłem…
- To nie ma nic do rzeczy! Proszę wyjść i wrócić z wypełnionym formularzem!

Zacisnąłem zęby. Wyszedłem, wypełniłem formularz, wróciłem. Przyjął mnie tym razem chłystek-stażysta.

- Yyy, no ale, tego, no. Pan był w wojsku, prawda?
- Tak, byłem. Jakieś 14 lat temu.
- No bo trzeba daty wpisać dokładne, kiedy pan służył, a pan napisał tylko miesiąc, bez dnia…

Z westchnieniem wyjąłem moją sfatygowaną książeczkę wojskową, którą na wszelki wypadek wziąłem ze sobą. Data pójścia w kamasze była niestety nieczytelna - efekt czołgania się w błocie na poligonie, nie wiadomo, czy był to 6, czy 9.

- Szósty lipca - wypaliłem pewnie.
Chłystek-stażysta zajrzał mi przez ramię i pokręcił głową, cmokając.
- Yyy, bo tego, no wie pan... My bardzo dokładnie wszystko liczymy, żeby wiedzieć, co się komu należy i takie tam… No nie mogę zarejestrować na podstawie nieczytelnego dokumentu…
- Pisz, człowieku, szósty lipca, pamiętam jak dziś! - rzekłem, tracąc powoli cierpliwość.
- Yyy, no ja bardzo pana przepraszam, ale musi pan przywieźć poświadczenie z WKU... Inaczej nie mogę, no nie mogę…

Pojechałem więc do WKU - 30 kilometrów ode mnie. Chorąży w okienku, gdy dowiedział się o przyczynie moich odwiedzin, stwierdził, że "w dupach im się poprzewracało".

Dzień później poszedłem do PUP z płachtą i zaświadczeniem. Przyjęła mnie inna urzędniczka. Przyjęła formularz w postaci takiej, jaką prezentowałem dzień wcześniej, bez poprawek i dokładnych dat. Zaświadczenie z WKU okazało się absolutnie zbędne.

4.
Sytuacja życiowa zmusiła mnie jakiś czas później ponownie odwiedzić PUP celem rejestracji. Poszedłem, wściekły na samą myśl o wypełnianiu żółtej płachty. Postanowiłem zagrać va banque i wszedłem bez. Babsko w rejestracji, jak zwykle ślepe na argumenty kilkukrotnej rejestracji, natrętnie zaczęło domagać się płachty. W końcu nie wytrzymałem.

W sposób bardzo dosadny wyraziłem więc zdziwienie, że w XXI wieku, w dobie komputerów i baz danych, za każdym razem muszę wypełniać jakiś parszywy formularz. Po co? Co się dzieje z tymi dokumentami? Nie można ich odnaleźć i dopisać, co trzeba? Za każdym razem trzeba wypełniać nowy? Co robią z tym papierem? Jedzą go? Palą nim w piecu? Bo na wycieranie tyłka za gruby…

Najwyraźniej język gniewu i frustracji okazał się zrozumiały dla urzędniczki, bo nagle okazało się, że ponowne wypełnianie formularza nie jest niezbędne w celu zarejestrowania mnie.

I na tym kończę tę smutną historię. Mam również nadzieję, że był to mój ostatni w życiu kontakt z tą skretyniałą do cna, sklerotyczną i niemal całkowicie bezużyteczną instytucją, nie wiedzieć dlaczego nazywaną "Urzędem Pracy”.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (239)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…