Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#83239

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałem wypadek na rowerze. Jechałem ścieżką rowerową (po drugiej stronie ulicy chodnik) i przede mną wyrósł chłopak (+/- 8 lat) z matką. Było z górki jechałem około 20km/h, ale gdy go zobaczyłem przed sobą na 2 metry położyłem się jak na motorze. Kask się porysował, rower trochę poobijał, na szczęście żebra w całości, ale za to rozerwane palce i ręka. I o ile do matki i chłopca, nie mam większych zastrzeżeń (bo pomogli, matka coś tam docisnęła mi do ręki, sama zdążyła zadzwonić po pogotowie, została i wspierała) to w szpitalu tylko się pomodlić i zapisać na listę K. Morawieckiego. Dobrze, że miałem w plecaku apteczkę, to chociaż znam pochodzenie gazy i bandaży, którymi owinąłem sobie rękę.

SOR, dostałem środki przeciwbólowe i rozkaz "CZEKAĆ!". Spoko, może ktoś umiera, po ciężkim wypadku, moja ręką i rozcięte do kości 2 palce mogą poczekać (nawet do 12h co okazało się faktem). Z gabinetu wyjeżdża pani na wózku, mija z 10 minut po czym wołana jest osoba (z numerka, bo RODO). "NUMER 14!". Problem w tym, że nic mi nie dali na wejściu, więc podchodzę do Piguły, dalej z gazą i bandażem z apteczki, którą wożę w plecaku. Piguła patrzy, podchodzi do okienka w rejestracji i drze mordę do koleżanki, żeby ta dała numerek. Daje mi kawałek kartki z napisem "27". Dobra, czekam, co mam zrobić.

Przesiedziałem już 3h, kolejka doszła do numeru 23. Ja czuję wilgoć na spodniach i okazuje się, że bandaż jest w całości przesiąknięty krwią. Podchodzę ponownie do okienka i pokazuję, że jest dosyć duży problem. Grzecznie pytam się, czy mogą wpłynąć na moje przyjęcie, bo, nie ukrywam, robi mi się już słabo. Dostaję w odpowiedzi "Dostał numerek? To czekać, ja nie będę nic opatrywać, jak się pociął nie moja sprawa". Już mniej radosnym tonem powiedziałem, żeby dała drugi bandaż to sobie sam założę. "Nie ma! Czekać w kolejce, bo blokujecie rejestracje". Nosz kurl@. Dobra, mam swój plecak przy sobie, coś w tej apteczce jest jeszcze, zaciskam. Jest moja kolej, wchodzę do pokoju, pokazuje co się dzieje, opisuje co się stało.

Zabieg, oni mi tego nie zrobią na SORze, trzeba iść na oddział, żeby zaszyli. No spoko, idę. Jeszcze trzymam się na nogach, chcą mnie posadzić na wózku, ale wózka nie ma. Gdzieś pewnie jest w szpitalu, ale gdzie to nie wiadomo. Jestem na oddziale, czekam. Przychodzi Piguła o 3 rozmiary większą od tej na SORze, ledwo w drzwiach się mieści. "IRYTUJĄCY, WEJŚĆ!" Wchodzę, ponownie opisuje problem, daję skierowanie z SORu, który jest 2 (słownie: dwa) piętra niżej. "Ale tego nie ma w systemie, musi jeszcze poczekać, zanim system zaakceptuje". No spoko, czekam, butelka z wodą zeszła, luba przywiozła prowiant i ciuch na zmianę, siedzę. Czekam chyba z godzinę wraz z Pigułą, po czym wchodzi (a raczej wtacza się) "doktur".
D- Oj, a co to sobie pan zrobił, że to tak zapętlane?
J- A ręką mi się wkręciła w szprychy w rowerze. Docisnąłem gazę, obwiązałem bandażem i czekam.
D- (podniesionym tonem) To trzeba było nie zapierd@lać na tym rowerze, albo od razu w samochód trzeba było uderzyć to byśmy od ręki na bloku operacyjnym szyli.
J- (zmieszany) Nie, nie z powodu samochodu...
D- Dobra, znam wielu pedalarzy, jeździjta jak chceta, organów brakuje.
Siedzę w grobowej ciszy, a ten ogląda jak cieknie mi krew po rękach i po podłodze od czasu do czasu wyginając(!!!) mi palce w różne kierunki świata.
D- To nie do operacji, tylko trzeba zszyć (no co ty kurl@ nie powiesz???). Pan se usiądzie tutaj.

Wchodzi kolejna Piguła, wbija mi strzykawki ze znieczuleniem w różne miejsca na ręce. Minęło już 8 godzin odkąd siedzę w szpitalu. Pada genialne pytanie: "NFZ czy prywatnie?".
J- A jaka jest różnica?
P- Prywatnie 1000 złotych(!!!), NFZ ze składek.
J- A jaka różnica w jakości?
P- To na NFZ to nić jakaśtam do zdjęcia po paru tygodniach, prywatnie to żelowe szwy.
1000 nie mam przy sobie, luba też, bankomatu nie ma na terenie szpitala. Trudno, na NFZ. No spoko, zaszyte. Dostaję karteczkę, ze zwolnieniem i skierowanie na zdjęcie szwów.

Następnego dnia, nie mając nic do roboty jadę do szpitala, doczekałem swoje do rejestracji, wsuwam im te karteczkę przez okienko.
Piguła w rejestracji:
P- Zdjęcie szwów?
J- Tak chyba tam napisali.
P- No tak, tak. Na kolejny wolny termin się zapisać?
J- Tak, na wizytę i zdjęcie szwów.
P- Wolny termin na badanie kontrolne to połowa grudnia, na zdjęcie to początek roku(!!!).
Już wyjaśniam niewtajemniczonych: po ok. 2-3 tygodniach powinno zdjąć się te nici, bo może wdać się zakażenie, a wizyta po ok. 3-4 dniach, aby sprawdzić, czy nie ma martwicy.
No spoko, nie ma terminów, pójdę i zabulę te 200 zeta na prywatna wizytę. Termin?
"Pan jutro przyjdzie to lekarz zobaczy". I zobaczył, obraz nędzy i rozpaczy, bo niektóre szwy nachodziły na siebie po 3 razy.

Reasumując:
Za składki, które każdy z nas płaci zmarnowałem cały dzień+ sporo cierpliwości i zdrowie fizyczne jak i psychiczne.
Za 200 złotych jednorazowo do okienka- zdjęto mi nitki, które po dwóch dniach już zaczęły się rozkładać (a miały dotrwać do stycznia), wymodelowano mi ułożenie palców, założono żelowe szwy, które podobno 1000 złotych kosztują i zrobiono to w godzinę. Kolejna wizyta za skromne 200 złotych za tydzień. I w mojej głowie rodzi się pytanie: Mogę gdzieś wypisać się z płacenia składek zdrowotnych? Bo protokół do odszkodowania już złożyłem wraz z pielęgniarką w okienku w prywatnej klinice.

Szpital służba zdrowia NFZ

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (216)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…