Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#83258

(PW) ·
| Do ulubionych
Mechanicy samochodowi - temat rzeka.

Od kilku lat korzystam raczej z jednego, w miarę spełnia moje oczekiwania mechanika tzn. nie wymyśla bulbulatorów itp. rzeczy zużytych. Wymienia, co trzeba. Często-gęsto sam wiem, co jest do zrobienia, więc kupuję części, żeby zaoszczędzić czas i pieniądze. Mechanik na taki układ się godzi, nawet jest mu to na rękę, bo nie zawsze wszystko jest.

Niedawno zorientowałem się, iż w moim TDI-ku 130-konnym w tamtą zimę był problem z temperaturą w środku. W sensie rozgrzanie silnika do 90 stopni trwało wieki, przez co również w kabinie wiało chłodem.

Wertując elektrodę i ogólnie fora, natrafiłem na coś takiego jak fabryczny podgrzewacz płynu chłodzącego do którego wkręcane są 3 świece żarowe.

Sprawdziłem, jak to wygląda w mojej octavii i już próba zdjęcia przewodów do tych świec spowodowała, iż przewód praktycznie popękał i rozsypał się w rękach. Szybka analiza sytuacji - świeca rozgrzewa się do nawet 1050 stopni, więc przewodem płynie dość duży prąd. Uszkodzony przewód może zrobić zwarcie, pożar, nie ma co ryzykować, trzeba zmieniać również przewody do tych dodatkowych świec.

Tu piekielność pierwsza:

Najpopularniejszy chyba sklep motoryzacyjny.
Wybrałem się z dowodem rejestracyjnym skody i pytam o przewody świec żarowych służących do podgrzewania wstępnego płynu chłodniczego. Wyraz twarzy tego człowieka brzmiał: że co??? Podszedł do drugiego, pyta, czy słyszał o czymś takim, mówi, że słyszał, ale tylko ASO. Podziękowałem, wyszedłem.

Następna hurtownia - reakcja sprzedawcy podobna.

Sklep trzeci - nie ma czegoś takiego jak świece żarowe do podgrzewania płynu chłodzącego.

Czwarte miejsce - sklep motoryzacyjny z częściami do skody z Łodzi - pan wydawał się zorientowany, podał mi numer części i kazał internetowo złożyć zamówienie.Wklepuję numerek, a tu zonk - świeca, a nie przewód. Dzwonię ponownie - tamten pan już zajęty i nie ma czasu. Oddzwoni - już 3. dzień nie oddzwania, pewnie nikt mu nawet nie przekazał.

W końcu w lokalnym sklepie w Krakowie znalazłem owe przewody. Świece kupiłem na Allegro po 10 zł, gdyż lokalny sklepik wyczuł okazję i świece warte 15 zł chciał sprzedać za 75 zł sztuka. ;)

Następnego dnia pojechałem do warsztatu, a z racji tego, że wymieniane były drążki kierownicze i końcówki drążków, mechanik zalecił zrobienie zbieżności.

Faktycznie, samochód po wymianie leci na prawo. Zbieżność umówiona na 12 następnego dnia.
Samochód odstawiłem 11:40 i koło 13 zadzwonił kierownik, że samochód gotowy.

Zapłaciłem, odebrałem i wyjeżdżam.

Mniej więcej po 2 km stwierdziłem, że puszczę na chwilę kierownicę, gdyż wydaje mi się, że kierownica dalej nie jest ustawiona na prosto. Nie myliłem się - puściłem kierownicę, a auto jeszcze bardziej niż wcześniej zjeżdża w prawo.

Wróciłem do warsztatu, opisuję sytuację i następuje poprawka nr 1. Po ok 30 min. pan mówi, że już jest ok, zabieram go na jazdę próbną - zonk, dalej ściąga na prawo.

Poprawka numer 2 - po 40 min. jedziemy na jazdę próbną - efekt ten sam, jak po poprawce numer 1.

Poprawka numer 3 - zmieniamy koło prawe z lewym, kolejne regulacje, po godzinie ruszamy na jazdę próbną. Bez zmian - auto dalej ściąga na prawo.

Nie wytrzymałem - poprosiłem o zwrot pieniędzy i pojadę do innego miejsca. Pan Kierownik jednak sugeruje, że to wybite tuleje tylnej belki albo górne łożysko amortyzatora.

Nie daję za wygraną - gdyby była to kwestia tulei belki, byłby efekt tzw. pływającej dupy. Tylną częścią auta by mi nosiło, a nie przednią.

W międzyczasie przyjeżdża znajoma - mówię, aby prowadziła, gdyż ja już zdenerwowany jestem i nie powinienem…

Skręca maksymalnie w prawo i słychać mocny zgrzyt - coś w zawieszeniu.

Wracamy kolejny raz do warsztatu - proszę, aby podszedł inny człowiek i sprawdził, czy na pewno wszystko jest dokręcone, gdyż po tych wszystkich manewrach pojawił się dziwny zgrzyt.

Mechanik numer 2 wjeżdża, sprawdza, kątem oka widzę, że dokręca jedną ze śrub. Auto wyjeżdża - mechanik 2 mówi, że wszystko było dokręcone i mi się wydaje… Sprawdzam - dalej skrzypi/trze metal o metal.

Pytam, jakie widzi rozwiązanie, bo jest gorzej niż było. Proponuje wizytę u Kierownika, gdyż on nie jest decyzyjny. Idę do Kierownika - chłopaczek 35 lat, uśmieszek i papieros w ustach - bardzo prokliencka postawa.

Mówię, jaki jest problem, na co Kierownik stwierdza, że samochód jest stary, ma prawie 400 tys. przejechane, więc może skrzypieć i jeździć prosto nie będzie. On za darmo nie będzie mi nic wymieniał.

Zagotowałem się.

Auto ma faktycznie 15 lat, natomiast jest doinwestowane i w stanie lepszym niż niejeden 7-8-latek…

Szybkie wyliczenia w głowie pokazują, iż mam do czynienia z chamstwem i szkoda mojego czasu. Sumarycznie czas ustawiania zbieżności 11:40 do 17:40. Efekt - auto jak nie jeździło prosto, tak nie jeździ dalej.

Podsumowując - warsztat od wszystkiego, wyszło, że jest do niczego.

Kraków mechanik

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (109)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…