Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#83412

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele się mówi na temat przepaści między warunkami pracy w Polsce i w krajach tzw. "pierwszego świata". Wielu z nas wyjeżdża, oczekując godniejszego życia w kraju powszechnie uważanym za bogatszy, bardziej cywilizowany, otwarty, och i ach. Nie zrozumcie mnie źle - nie mieszkam już w Polsce i z czasem faktycznie zacząłem odczuwać pozytywną różnicę.

No właśnie. Z czasem.

Jak wielu świeżych imigrantów, zacząłem parę lat temu pracę przez polską agencję za granicą. Agencja ta zachwalała zarówno poziom mojego języka obcego (tutejszego urzędowego), jak i moje przyszłe stanowisko. Praca na magazynie, ale bardzo prosta i lekka! Świetna lokalizacja! Ubranie robocze za darmo! 12 tygodni umowy na okres próbny bez żadnego wypowiedzenia, ale większość przechodzi później na stały kontrakt już bez pośrednictwa agencji i zarabia o wiele więcej! No i tyle możliwości rozwoju, bo firma bardzo duża. Do tego już na stałym kontrakcie 100% chorobowego, 25% zniżki na sprzedawane produkty, normalnie raj.

Niestety, ze względu na legislację zabraniającą pracodawcom zapewniania lokum (ponoć przeciwdziałanie współczesnemu niewolnictwu), nie mogli zrobić nic więcej, niż polecić zaprzyjaźnioną agencję nieruchomości, która to wręcz odbierze nas z dworca.

No cóż, jechałem sam, nie miałem rodziny na miejscu, więc zadzwoniłem do tej cudownej agencji. Pani mówiąca łamanym tamtejszym językiem z bardzo ciężkim, polskim akcentem zaproponowała mi ŚWIETNY pokój w domu szeregowym, z pralką, z lodówką, odmalowany, nawet paru Polaków tam mieszka, więc dogadamy się bez problemu!

Stop, zaraz, chwila. "Paru"? No tak, razem tam mieszka już siedem osób, w czterech pokojach. Szybkie wygooglowanie lokalnych cen podpowiedziało mi, że cena zaproponowana przez cudowną agencję nieruchomości za ten ŚWIETNY pokój jest nieznacznie tylko niższa niż cena wynajmu małej kawalerki. Aha. No to raczej podziękuję. Pani była w ciężkim szoku.

No cóż, uznałem, że nie będę całego wyjazdu osądzał po jednej interakcji z zaprzyjaźnioną firmą, znalazłem sobie kawalerkę nieznacznie większą od pudełka zapałek i zabrałem całe swoje życie w jednej walizce do nowego kraju.

Parę dni później zacząłem pierwszy dzień pracy. Dano mi ubrania robocze o dobre parę rozmiarów za dużych, "obuwie ochronne" i przyjacielskie przypomnienie, że będą one ściągnięte z mojej pierwszej wypłaty. Na mój protest kierownik powiedział mi z dość złośliwym uśmiechem, że przecież za nie teraz nie płacę, prawda? No dobra, jakoś przełknąłem.

Dość szybko zauważyłem, że poza mną zatrudniono od cholery innych Polaków i jakoś przypadkiem wszyscy byliśmy traktowani jak podludzie. Ot, całkiem przypadkiem, kontraktów nie dostawaliśmy. Całkiem przypadkiem również przydzielano nam prace cięższe i wymagające wyższego tempa. Tutejsi obywatele pracowali sobie, jakby wpadli w smołę, z częstymi pogaduszkami, my zapieprzaliśmy te dwanaście godzin na maksimum fizycznych możliwości. Za niższą stawkę najczęściej, bo w końcu na umowie agencyjnej.

"Obuwie ochronne" było sztabą plastiku z cieniutką warstwą materiału na podeszwie, okute jakimś sztucznym, grubym materiałem. To, że ważyły tyle, co paleta cegieł, to jeszcze pół biedy. To, że już pierwszego dnia mojej dwunastogodzinnej zmiany krwawiły mi stopy, to już grubsza sprawa. Kierownik powiedział, że wydziwiam, przewrócił oczami i rzucił sarkastycznie, że "zawsze się jakiś delikatny znajdzie". Już poczułem, że czas szukać innej pracy.

Polecenia podnoszenia czegoś, co było cięższe, niż normy prawa pracy nakazują (nie wspominając już o zdrowym rozsądku - jak mówiłem wcześniej, fizycznie trochę pierdoła ze mnie) były wręcz na porządku dziennym. Po co zainwestować w odpowiedni osprzęt, jeśli Polak tańszy?

Uznałem, że będę udawać, że jest świetnie, dopóki nie znajdę czegoś innego. Że zapieprz, wymagający prędkości tylko nieco wyższej od światła to "prosta, lekka praca", kupiłem porządne buty ochronne, byle tylko jakoś przetrwać, byle tylko spróbować "wyrobić normę". Zwolniono mnie po miesiącu za rozchorowanie się, w sezonie grypowym zresztą - zadzwoniłem parę godzin przed moją zmianą, aby poinformować, że niestety nie dam rady, gorączka, wizyta u lekarza, jeszcze dam znać, przepraszam, głupio mi. Usłyszałem "wiesz co, to już nie przychodź w ogóle". Nie powiem, jeszcze nigdy się nie cieszyłem z bycia zwolnionym.

Nie zrozumcie mnie źle, nie piszę tego, żeby się nade mną litowano czy coś - bynajmniej! Zamieszczam tę historię jako ostrzeżenie. Polskie agencje pracy w dupie mają, czy zapewnią Wam dobrą pracę, oni dostają prowizję za każdego pracownika. Sprzedadzą Wam każde kłamstwo, z premedytacją wcisną Was w najgorszą, półlegalną pracę, aby tylko zarobić. Jeśli jakikolwiek zakład pracy zatrudnia pracowników w tuzinach, to powinna Wam się zapalić lampka ostrzegawcza. Młody byłem i durny jak wiadro młotków, ale Wy nie musicie być.

A jeśli któryś z Was to czyta i jest w podobnej sytuacji - proszę Was, działajcie. Skontaktujcie się z lokalną inspekcją pracy, związkami, ostrzegajcie innych. Dopóki będziemy przystawali na takie warunki, dopóty będziemy tak traktowani.

Skomentuj (85) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (163)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…