Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#83598

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod koniec studiów i po prawie 5 latach przepracowanych w moim pierwszym zawodzie (tłumacz) w branży, która kompletnie mnie nie pasjonowała (marketing i badania rynku), postanowiłam poszukać pracy związanej z moim drugim zawodem, który dużo bardziej mi odpowiada (teatrolog).

Papier dobrej uczelni już prawie miałam, bo obrona za pasem. Doświadczenie również, bo w czasie studiów dużo udzielałam się w różnych teatrach na różnych stanowiskach, zarządzałam własnym zespołem, odbyłam kilka staży itd. Do tego dorzućmy wykształcenie filologiczne, znajomość języków i można wysyłać CV. W kraju, w którym mieszkam, ofert w tej branży nie brakuje, bo branża kulturowa bardzo prężnie działa. Ale co mnie podkusiło, żeby ze wszystkich możliwych propozycji pracy wybrać akurat tą jedną, to nie wiem.

Przyjęłam bowiem ofertę pracy w polskim teatrze na obczyźnie, mimo że po głowie chodziły mi te swojskie przysłowia "Polak Polakowi Polakiem" czy "Jeśli Polak za granicą ci nie zaszkodził, to już ci pomógł".
Teatr jest młody, mało znany, więc i pracy jest tam sporo. Miejsce dosyć nietypowe, a spektakle trzymają poziom i mają potencjał. Co więc było tam piekielnego? Dyrektorka i jej perwersja narcystyczna.

Rozumiem, że zarządzanie taką strukturą, ulokowaną w mało teatralnej dzielnicy, w mieście, które liczy prawie 400 teatrów, jest trudne, stresujące i męczące. Uważam jednak, że nie daje to nikomu prawa, by wyżywać się na pracownikach i traktować ich gorzej niż guano.

Po pierwsze, szanowna pani dyrektor miała napady złości. Często nieuzasadnionej. Pierwszy raz, miałam okazję zetknąć się z jej wybuchem w dniu, w którym podpisałam umowę. Pani dyrektor wpadła do biura, w którym dyskutowałam z nowymi koleżankami i nie spodobało jej się to, że siedziałam przygarbiona i słuchałam tłumaczeń koleżanki, która pokazywała mi co, gdzie i jak. Nasłuchałam się, że nie podoba jej się to, że nie mam energii (?!), że przychodzę do teatru tylko po umowę (sama zaproponowała podpisanie umowy wcześniej i wiedziała, że do drugiej połowy sierpnia, moja dyspozycyjność była dosyć ograniczona przez obronę i okres wypowiedzenia w starej pracy), że jak ona przyjechała do tego kraju to brała każdą pracę, bez względu na to ile płatną i często na czarno (mówiłam jej, że przechodziłam przez ten etap prawie 7 lat temu), i jeszcze kilka innych tego typu rzeczy. Wiem, że już wtedy powinnam wziąć nogi za pas, ale tak bardzo zależało mi na tej pracy...

Po drugie, nie można było przyznać się, że darzy się innego reżysera sympatią, bo zaraz dyrektorka bardzo dobitnie mówiła, co sądzi na temat gustu pracownika. Nawet jeśli sama nie znała pracy danego reżysera. Jako teatrolog, do teatru chodzę bardzo często, a co za tym idzie, mam swoich ulubieńców wśród aktorów i reżyserów, których poczynania śledzę. Dowiedziałam się więc, że lubienie więcej niż 2-3 reżyserów oznacza, że mam gust do czterech liter. A podziwianie pracy Krzysztofa Warlikowskiego to już w ogóle tragedia. Jedyną słuszną artystką do podziwiania jest dyrektorka.

Po trzecie, dyrektorka tak była utwierdzona w swojej wspaniałości, że nie potrafiła zrozumieć dlaczego jej teatr nie odnosi sukcesów. Kazała nam dzwonić do najważniejszych przedstawicieli prasy oraz telewizji i pytać ile kosztuje pojawienie się na okładce gazety lub w telewizji. Reklamy w metrze czy na ulicy również musiały być największe i najdroższe, mimo że ich skuteczność była niska w porównaniu do mniejszych i tańszych reklam. Jako smaczek dodam, że cały teatr jest wytapetowany jej nazwiskiem. Ta megalomania jest jej często wytykana w krytykach. Ona jednak uważa, że krytyczne artykuły piszą osoby, które ją znają i jej zazdroszczą (np. pracownicy lub członkowie zespołu, których zwolniła).

Po czwarte - wbijanie szpileczek. Dyrektorka była mistrzynią w walce podjazdowej. Kiedy widziała, że ktoś na deser przyniósł sobie ciastko czy inne słodycze (obiady jedliśmy z reguły na tarasie w teatrze), to nie omieszkała powiedzieć głośno takiej osobie, że nie powinna jeść słodyczy, bo przytyła. Nieważne czy ta osoba była przy kości czy wręcz przeciwnie.
Bardzo kontrolowała też godzinę, o której wychodziliśmy z pracy. Jeśli wyszło się z pracy dokładnie o godzinie, w której kończyło się pracę (lub godzinę później), to następnego dnia można było się liczyć z wykładem na temat bycia funkcjonariuszem. Nadgodziny oczywiście nie były płatne. Sam fakt, że wiedziałam, o której kończę pracę, był źle widziany. Ja wiem, że w teatrze jest dużo pracy w sezonie, ale w sierpniu, poza sezonem, tej pracy było akurat tyle, że mieliśmy jeszcze czas pograć w internetowe gry w biurze...

Po piąte, brak umiejętności zarządzania teatrem i pracownikami był bardzo widoczny. Stażystka miała większy zakres obowiązków i większą wiedzę na temat funkcjonowania teatru niż normalny pracownik. Każdy był sobie szefem. Każdego dnia, z innymi pracownikami rozdzielaliśmy sobie obowiązki, bo kilka osób było zatrudnionych na tym samym stanowisku, a na innym stanowisku nie było nikogo. Ogarnięcie wszystkiego, to była jedna wielka improwizacja. Do tego, nie mieliśmy wglądu w kwestie finansowe, co w moim przypadku było kluczowe. Jak mam ogarnąć budżet produkcji spektaklu, jeśli nie wiem ile co kosztuje i ile kasy mogę w coś włożyć? Mogłam się za to dowiedzieć od dyrektorki ile wynosi ją moje miesięczne zatrudnienie.

Wyraziła również swoje zdumienie, że nie traktuję teatru jak swojego domu, a jej jak drugiej matki (pracowałam tam ledwo tydzień). No i co ja w ogóle robię w domu, kiedy do niego wracam? Pewnie patrzę się w ściany, a mogłabym posiedzieć w teatrze, Dowiedziałam się również, że pewnie rodzice nie nauczyli mnie sprzątać, bo widząc brudne szyby powinnam od razu chwycić za szmatkę i je umyć. Zmywać po innych też powinnam.

Odeszłam z tego teatru ostatniego dnia mojego okresu próbnego, czyli po 2 tygodniach. W tym samym czasie, umowę wypowiedzieli wszyscy pracownicy administracyjni. Dyrektorka była przekonana, że jeden z pracowników nastawił nas przeciwko niej w ramach zemsty za to, że zwolniła jego przyjaciela.
3 dni później dostałam pracę w większym, bardziej znanym teatrze na stanowisku, które bardzo mi odpowiada. Nie jest to praca idealna, bo piekielności również jest sporo, ale na pewno lepiej mi to na zdrowie wychodzi niż praca u piekielnej rodaczki.

zagranica praca teatr

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (127)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…