Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#83841

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z pracy w korpo, o moim byłym szefie, nazwijmy go M.

Na początek trochę wprowadzenia, bo planuję o nim kilka historii...

Gdy ja przyszedłem do firmy, M. już tam był, pracował jako specjalista. Chwilę pracowaliśmy razem w zespole, ten się rozrósł i M po roku awansował na kierownika zespołu. W sumie tego się spodziewałem - on był wyciągnięty do tego projektu z wnętrza firmy, więc pewnie dostał jakąś mniej lub bardziej mglistą obietnicę, że jak projekt wypali i zespół się rozrośnie, to zostanie jego kierownikiem. Należy też mu oddać, że ciężko na ten awans pracował. Czasem moim zdaniem nie do końca fair - zaraz po nim do zespołu trafiły 2 osoby z zewnątrz (jedna to ja), ale nie mieliśmy nad sobą kierownika, jako dział pilotażowy podlegaliśmy bezpośrednio dyrektorowi jednostki, w ramach której stworzono ten zespół i to M, jako osoba obeznana z firmą i ludźmi, komunikował się z dyrektorem, odcinając mnie i kolegę od możliwości wzięcia ambitniejszych zadań czy ogólnie pokazania się. Jednocześnie trzeba mu oddać, że w swój awans włożył sporo pracy, harówki w nadgodzinach, delegacje. To, co dostał z takich ambitniejszych zadań - zrobił dobrze.

Zespół się rozrósł, przestaliśmy być tylko projektem, zostaliśmy przeniesieni w struktury istniejącego działu, żebyśmy raportowali do kogoś niższego stanowiskiem, sprawa kierownika też była kwestią czasu i wiadomo było, że to M. na 99% to stanowisko dostanie.

Na początku miałem wrażenie, że uderzyła mu lekka sodówka do głowy, nawet raz mu na to zwróciłem uwagę, ale potem już nie było raczej problemów czy scysji, więc myślałem, że nabrał doświadczenia w zarządzaniu ludźmi i nauczył się na błędach.

Przez 2 lata M. był kierownikiem i nad sobą miał menadżera, nazwijmy go W., wspaniałego człowieka, za którego jego podwładni daliby się pociąć. Nasz zespół był jednak dla niego taką jakby doczepką, dodatkiem do zespołów zajmujących się czym innym. Nie zawsze miał dla nas tyle czasu, ile by chciał, więc bardzo polegał na M., który jako cwany korpo-gracz umiał się dobrze kryć ze swoją piekielnością i swoje zadania wypełniał dobrze. Dlatego też dyrekcja wydzieliła nasz zespół spod W. i awansowała M. na menadżera.

Szybko okazało się niestety, że M. dobrze się krył ze swoją piekielnością lub po prostu W. hamował jego zapędy do zarządzania zespołem z perspektywy wieżyczki strażniczej w obozie pracy. W. wychodził z założenia, że szef ma wspierać, pomagać, służyć radą. M., że wymagać, pilnować, stać z batem. Zaczęło się od zebrania zespołu 3 dni po ogłoszeniu awansu, jeszcze przed jego wejściem w życie.

M. oznajmił nam, że z zespołu odchodzi K., całkiem doświadczona koleżanka, robiąca dobrą robotę, i nikogo za nią nie dostaniemy, więc czeka nas ciężka praca. W. w takiej sytuacji zdjąłby z nas część biurokracji, natomiast M. postanowił dołożyć nam kilka dodatkowych raporcików do wypełniania, gdyż chciał móc mierzyć naszą wydajność. Do tego wprowadził spotkanie dzienne zespołu, na którym każdy miał mówić, co będzie robił (3 priorytety na dzień), w ten sposób traciliśmy 15 minut dziennie (razy 13 osób) na gadanie o tym, co będziemy robić, gdy tak naprawdę każdy wiedział, co ma robić.

Jakby tego było mało, zaczął wzywanie nielubianych (a przede wszystkim tych słabych mentalnie) podwładnych do salki, gdzie ich opieprzał za różne pierdoły - jedna koleżanka wyszła 2 minuty za wcześnie, kolega też miał w systemie jakieś niedoczasy w 3 dniach miesiąca (łącznie 4 minuty, ale za to w inne dni był po 5-10 minut dłużej). Generalnie osoby przez niego upatrzone miały ciężko.

Jednej dziewczynie dorzucił w zasadzie cały etat K. i powiedział jej, że to dla niej szansa na rozwój.

Szczytem były jednak 2 inne rzeczy, które chciałbym opisać:

1) Wyżej wymieniona koleżanka w ramach zadań odziedziczonych po K. obsługiwała placówkę w USA, było to coś trochę innego niż robiła reszta zespołu. W ramach tego procesu przygotowane przez nią dokumenty musiał podpisać dyrektor w Stanach (ręcznie, potem skanował i odsyłał do niej). Ponieważ było to upierdliwe dla obu stron, postanowiono zmienić to na podpis elektroniczny, w systemie. No ale dyrektor w USA miał problem z obsłużeniem systemu, zainstalowaniem go itp., sprawa się przeciągała. M oznajmił koleżance, że nie da jej urlopu, póki ten gość w USA nie zacznie klepać w systemie, a nie ręcznie.

2) Wyżej wspomniane spotkania dzienne mieliśmy około 9.15 rano. Przed spotkaniami, koło 8.45-9.00 chodziliśmy po herbatę/kawę, całym zespołem. Faktycznie jednego dnia zasiedzieliśmy się tam dość mocno, ale na spotkaniu dziennym M. nie zwrócił nam na to uwagi. Po spotkaniu wezwał 3 osoby z zespołu do salki (pojedynczo) i opieprzył je za zbyt długie przebywanie w kuchni. W gronie wezwanych była koleżanka z punktu 1., ta dziewczyna, która raz wyszła 2 minuty za wcześnie oraz kolega, który dodatkowo dostał opieprz za to, że w czasie, gdy włączał mu się komputer, gadał z w/w 2 osobami nie o pracy.

Najlepsze było to, że dzień później po przyjściu do pracy ja i drugi kolega gadaliśmy o meczu przy M. i ten słowa nam nie powiedział, co więcej, pół godziny później mieliśmy we 3 spotkanie z dyrektorem działu i ten zaczął rozmowę od meczu właśnie.

Na razie zakończenia nie będzie, dodam je w ostatniej z planowanych historii z tym bohaterem.

Korpo

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (109)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…