Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#83936

~Xoxoxoxo ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy się to na piekielnych do końca nadaje, ale gdzieś "wypisać się" muszę. Wybaczcie mi, jeśli będzie chaotycznie - w tym co napiszę siedzi bardzo wiele emocji, nawet jeśli z tekstu nie będzie ich "czuć".

Byłam w związku. Związek nieformalny, 9 lat ciągnięty, bo jeszcze od czasów szkolnych. Zawsze wiedziałam, że mój partner jest uczuciowy, wrażliwy. To ja byłam ta twarda i harda, która mogła dźwignąć wszystko i ze wszystkim sobie poradzić. Jednak razem z dorosłością przyszły problemy większe i mniejsze, w których ja również potrzebowałam wsparcia i silnego ramienia, takiego zdatnego do wypłakania się.

Niestety, dźwigać musiałam siebie, jego i nas. Im starszy był tym mniej poradny, więcej go przytłaczało, mniej sobie radził z codziennością. Dochodziło do sytuacji kuriozalnych, kiedy płakał, bo ktoś pod sklepem zarysował mu auto, w pracy wydarzyło się coś nie po jego myśli, ktoś powiedział mu coś niezupełnie miłego. Wybuchy szły też w stronę agresji i awantur, które powodował niszcząc sprzęty, krzyczał, wzywał, uderzał głową w ścianę. Rozmowy nic nie dawały, więc uznałam to wszystko za objawy nadające się dla specjalistów i prosiłam o to, by wybrał się do psychologa oraz skonsultował z nim swoje zachowanie, którego kompletnie nie akceptowałam. Oczywiście lekarza nie odwiedził, a jego patologie jedynie się nasilały.

Doszło do tego, że bałam się w jakim nastroju wróci, pilnowałam się, co mówić, a czego lepiej nie, w końcu złapałam się na tym, że najlepszy moment dnia to ten, kiedy nigdzie obok go nie ma. Byłam zmęczona, nie chciałam na niego patrzeć, spać obok niego ani nawet do niego mówić. Po kolejnym wybuchu postanowiłam sama zawieźć go do lekarza pod byle pretekstem, niestety, gdy zorientował się, co się święci, uciekł mi z samochodu na światłach i nie wracał do domu przez kilka godzin, nie odbierając komórki. Po kilku kolejnych awanturach i moich groźbach, że odejdę nastał spokój. Błoga normalność, która wróciła mi wiarę w niego, siebie i nas oboje. Do czasu. Podczas kolejnej awantury otworzył okno i powiedział, że wyskoczy, żebym patrzyła i że to moja wina. Nie patrzyłam. Podeszłam, dałam mu w pysk, a gdy już wyszedł z szoku, byłam za drzwiami razem ze swoim skromnym dobytkiem.

Teraz to ja muszę się leczyć, psycholog zdiagnozował nerwicę. Dzwonił, pisał, błagał, ale dziś już nie ma mowy o powrotach. A żeby było zabawniej - dla wszystkich wokół to ja jestem złą, bo przecież tyle lat było dobrze, to pewnie mi z dobrobytu się poprzewracało.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (207)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…