Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#84297

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam sobie co jakiś czas, że nauczyciele powinni mieć wreszcie unormowany czas pracy - załóżmy 18 godzin przy tablicy, reszta w szkole. Tam onże pedagog będzie sprawdzał klasówki, komponował kartkówki, poprawiał zeszyty i tworzył strategie na nadchodzące godziny. Co ciekawe, niektórzy nauczyciele też są za tym rozwiązaniem.

No chyba kogoś pos*ało. Po pierwsze primo (jak nadal niektórzy powiadają) nie mamy armat. W mojej poprzedniej szkole w pokoju nauczycielskim były dwa stacjonarne komputery z rwącym się Internetem na trzydziestkę chętnych. W obecnej szkole nie ma żadnego. (Gwoli sprawiedliwości, każdy nauczyciel ma laptopa na biurku w swojej klasie, ale czasu wystarcza na wpisanie tematu i sprawdzenie obecności. Oceny wpisuję w domu, żeby nie tracić zajęć). Propozycja zakłada, że w pokoju nauczycielskim w dużej szkole jest kilkanaście biurek z laptopami i siecią. Widział ktoś coś takiego?

Ale to jest pikuś. Po czterdziestu latach pracy w zawodzie dzielę nauczycieli na artystów i rzemieślników. Rzemieślnik (bez obrazy) po wejściu do klasy otwiera Librusa, patrzy, jaki ma temat zajęć, otwiera podręcznik na stosownej stronie i leci metodą paznokciową, czyli "stąd do strony 67". Jak już uczniowie przeczytają, jest kilka pytań kontrolnych, jakiś komentarz (niekoniecznie mądry) i zadanie pracy domowej (niekoniecznie wnoszącej coś nowego).

Tacy nauczyciele uwielbiają tzw. zeszyty ćwiczeń, bo zwalniają ich one od jakiejkolwiek aktywności. Tak, takim nauczycielom czterdziestogodzinny etat w szkole załatwia sprawę.

Klasyką są tu dla mnie nauczyciele fizyki (sam tego przedmiotu uczę). Hermetyczny i totalnie niezrozumiały dla uczniów język powoduje, że zamiast próbować cokolwiek wyjaśniać, zadaje się uzupełnianki "na małpę" w ćwiczeniach. Wysiłek intelektualny żaden, a potem tylko sprawdzić.

No i są artyści. Nauczyciele, którzy cały czas myślą, jak przeprowadzić lekcję tak, żeby efekt był jak najlepszy. Wiedzą z wyprzedzeniem, czego będą uczyć następnego dnia, wyszukują filmiki na YT (ale maksimum pięciominutowe), szukają innych źródeł informacji, z których mogą na lekcji skorzystać uczniowie ze swoimi smartfonami (komórka to nie jest samo zło!), zastanawiają się, jak język fizyki czy matematyki przetłumaczyć na codzienność, żeby to było dla podopiecznych zrozumiałe, mozolnie wyszukują ciekawostki i wiedzą, co dla którego ucznia będzie interesujące.

Artysta nie może mieć czterdziestogodzinnego tygodnia pracy w szkole. Przypomina to polecenie poecie napisania w czasie od 13.00 do 16.15 dwóch limeryków i trzech sonetów na zadany temat. Nauczyciel-artysta myśli o lekcji, gotując fasolową, siedząc na tronie i wyprowadzając psa. A czasami najlepsze pomysły pojawiają się podczas zasypiania. I tak to jest.

Niestety rzemieślników jest więcej niż artystów. Niektórzy są lepsi, niektórzy gorsi, ale zawsze odtwórczy. Ich ofiary trafiają z reguły na korepetycje.

Artystów jest niewielu. To ludzie z prawdziwym powołaniem do zawodu, ludzie, którzy dobrze wiedzą, co robią. Danie wszystkim, jak leci, po tysiąc złotych jest dla nich policzkiem. Ale to nie fabryka śrubek.

Ocena pracy nauczyciela subiektywna jest zawsze, a wyniki pracy niewymierne.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (157)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…