Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Poskramianie bestii - czyli jak robienie z siebie idioty może uratować sytuację.

Rzecz działa się naprawdę dawno. Wracam sobie do domu nocą przez osiedle domków jednorodzinnych. Wokół pusto, ni żywego ducha. Wchodzę w dość wąską uliczkę, na którą nagle wbiega pies.

Kojarzycie dogi niemieckie? No to wbiega taki wyrośnięty, biały dog niemiecki, widzi mnie, staje i… spina się, obniża łeb i ewidentnie szykuje do ataku. Ani się rzucić do ucieczki (puste ulice, a zwierzak pokona mnie w przedbiegach), ani iść dalej. No to szach.

Kojarzycie, jak mówią pańcie do swoich pieseczków? Taki ton, na który obraża się mocniej kumaty trzylatek? Kucnęłam i głębokim głosem, tym właśnie tonem zaczęłam mniej więcej tak: „A cio to za piękny pieseczek? Cio to za śliczności…”. Zwierz drgnął, przechylił głowę, zaliczył mnie do nieszkodliwych wariatów, zamachał kilka razy ogonem, nawet zrobił ciałem gest „cieszę się, że cię widzę” i się oddalił.

Gdzie piekielność? Właściciel, który wypuścił takie zwierzę na ulicę. Dogi, z którymi przyszło mi mieć do czynienia, to nie bezlitośni zabójcy, ale w przypadku tego psa można było mieć wątpliwości.

P. S. Dodałam tę historię, bo komuś się to może przydać w podbramkowej sytuacji. Kiedyś w podobny sposób "obłaskawiłam" rottweilera, który prawie przyprawił mnie o zawał (był za ogrodzeniem, ale podleciał znienacka).

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (211)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…