Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#84728

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdy czytałam ostatnie historie z cyklu ciężarna w komunikacji, przypomniało mi się kilka moich.

Będąc w ciąży, codziennie jechałam na uczelnię ok. godzinę. Czasami dłużej, jak były korki. Często jeździłam stojąc, spotkała mnie niejedna piekielna sytuacja. Jednak opowiem Wam jedną, dość długą, jednak taką piekielną podwójnie...

Któregoś razu bardzo źle się czułam. W ciąży pojawiły się powikłania i po tygodniowym pobycie w szpitalu musiałam pojawić się na uczelni, zaliczyć egzamin. Wiedząc, że nie najlepiej się czuję, był ze mną mąż.

Ja ubrana na egzamin, więc dość elegancko, mąż standardowo moro, glany, koszulka, bardzo krótko przystrzyżony - jak to latem.

W drodze powrotnej autobus zatłoczony, ani jednego wolnego miejsca. Mąż więc podszedł do miejsca oznaczonego dla kobiet w ciąży i spytał pana tam siedzącego (ok. 50-60 lat, w koszuli, marynarce), czy mógłby ustąpić miejsca żonie w ósmym miesiącu, bo źle się czuje, a właśnie to miejsce oznakowane jest dla kobiet w ciąży.

W odpowiedzi usłyszał wiązankę, że "nie on mi bachora zrobił i to nie jego problem, tylko męża”.

Ludzie dookoła w szoku, ale nikt nie reaguje. Mąż się zagotował, ale w miarę kulturalnie kontynuował, że po to są miejsca przeznaczone dla kobiet w ciąży, żeby mogły z nich korzystać, że on rozumie zmęczenie, bo sam często jest zmęczony po pracy, ale chyba nikt nie chciałby, żebym zasłabła, a i konsekwencje ewentualnego zderzenia czy nagłego hamowania mogą być ogromne.

Mi w międzyczasie ktoś inny ustąpił miejsca, za to mąż usłyszał od piekielnego pana, że "pier***ony łysy gówniarz w wielkich buciorach nie będzie go uczył kultury”.

I pewnie historia tak by się zakończyła, bo poprosiłam męża, żeby do mnie przyszedł, ale...

Pan wysiadł na naszym przystanku. :)

Musielibyście widzieć jego minę, jak nas zobaczył wysiadających za sobą, wypruł, jak na wyścig do koszów podczas promocji w Lidlu. ;)

Tak więc mąż nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał sytuacji, niby do mnie, ale na tyle głośno, by pan go usłyszał - „Wiesz, kochanie, mając 27 lat, jestem pier****nym, łysym gówniarzem, ale jednak pan się boi nauczyć kultury i spieprza, ale spoko, jeszcze się spotkamy i wtedy go nauczę”.

I znów - pewnie historia tak by się zakończyła, ale... ;)

Mąż, pracujący na nocną zmianę, wracał do domu ok. 3-4 nad ranem, a ja, nie mogąc spać po nocach, czekałam na niego w oknie, zajadając się lodami.

Nie dalej jak tydzień po zaistniałej sytuacji spotkał owego pana na spacerze z pieskiem. Piesek pozostawił odchody na środku placu, a pan zmierzał już do domu. Widząc to, mąż, podwijając rękawy bluzy i ściągając kostkę z pleców, głośno spytał - „I co, sprzątnie to pan? Czy tym razem pier***ony, łysy gówniarz nauczy pana kultury po swojemu?”.

No cóż... Widocznie widok mojego piekielnego męża i ton jego głosu były na tyle przekonujące, że pan wrócił, wziął gówienko w rękę i bez słowa poszedł do domu. A mąż - „No widzi pan, jednak łysy gówniarz potrafi pana nauczyć kultury”.

Jak to mówią, piekielności stało się zadość…

A my mamy kolejną historyjkę do wspominania.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (294)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…