Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#84983

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o jednej z piekielności podstawówki, do której chodziłem.

Pewnego dnia, gdy moja matka była w Warszawie, pomagając ciotce w urządzeniu mieszkania, zadzwoniła do niej dyrektorka szkoły, przekazując, że niesprowokowany napadłem na kolegę z klasy i połamałem mu palce i należy jak najszybciej przyjechać, bo sytuacja jest bardzo poważna. Matka, przerażona, pojechała jak najszybciej 100 km z powrotem do domu, obawiając się co też ja narobiłem i czy nie będzie poważnych konsekwencji.

Przyjechała i oto, co się okazało.
- Nie niesprowokowany, tylko rzeczony dzieciak razem z innymi na przerwie zaczepiali mnie, przezywali, pluli na mnie.
- Nie napadłem, tylko jednemu z nich podstawiłem nogę za to opluwanie i całą resztę.
- Nie ja mu palce tak urządziłem, tylko on wyciągnął przed siebie rękę pechowo, jak upadł.
- I palce nie połamane tylko wybite.
- I nie wszystkie, tylko 2 u jednej ręki.

Po czym usłyszała że "to przecież niemal to samo, co jej mówiono".

Ot, uroki dawnej polskiej oświaty.

szkoła

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (148)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…