Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#85228

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracowałam w pewnym ośrodku wypoczynkowym chwalącym się mianem "dog inclusive". Czyli, że właściciele czworonogów mogli tam przyjeżdżać z pupilami. W teorii fajnie, bo naokoło dużo przestrzeni, rzeczka, krzaczki, a teren ośrodka w miarę ogrodzony. W praktyce bywało różnie:

1. Sierść. Dużo sierści. Wbita w dywan, w pościel. Miałam do dyspozycji tylko odkurzacz, żeby to wszystko posprzątać.

2. Zapach. Charakterystyczny, jak to po psie. Czasem trudno było się go pozbyć. Jak następni goście przyjechali bez psa, to dostawali taki zapach w prezencie.
Walczyłam z tym wyłącznie za pomocą wody z octem i wietrzenia, nie mogłam używać żadnej chemii.

3. Psie łapy. Na pościeli, na ręcznikach. Nie sprało się w pralce i zwykłych środkach piorących? Trudno. Następni goście dostaną pościel w pieczątki po łapach.

4. Wisienka na torcie:
Właściciele mieli swoje psy. Trzy. Duże. Niespecjalnie nad nimi panowali. Szczególnie jeden z nich był zaczepny, często atakował psy gości, wtedy dołączało całe stado. Reakcja właścicieli? "Oj tam oj tam, to normalne, ustalają hierarchię, a że pogryzły do krwi (często też trzeba było odwiedzić weterynarza) to nic takiego, przecież nic się nie stało! Przesadzacie, jesteście przewrażliwieni!".

Nie znam się na psach, na ich ułożeniu, współpracy, czy ustalaniu miejsca w stadzie, wydaje mi się, że ci ludzie też się nie znają. Chociaż powinni, skoro określają swój ośrodek jako przyjazny dla czworonogów.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (99)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…