Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#85424

~Kochamkoty ·
| Do ulubionych
Aż chce się płakać...

Rok temu z moim mężczyzną postanowiliśmy wyjechać z Polski na Wyspy. Moja siostra tam mieszka, namawiała nas od jakiegoś czasu, nas w PL nic – prawie - nie trzymało.

Pomoc siostry bezcenna, ale niestety w Polsce zostaje nasz ukochany kot, Futro. Z bólem serca, ale na tamtą chwilę tylko takie rozwiązanie wchodziło w rachubę. Raz, że korzystamy z pokoju u siostry, która zwyczajnie zwierząt (i dzieci) nie lubi i nie akceptuje w swoim otoczeniu - a pomoc w postaci mieszkania za niemal darmo to naprawdę coś. Dwa, pójdziemy na swoje, jednak znalezienie domu, gdzie akceptuje się zwierzaki nie jest w UK taka prostą sprawą.

Futro poszło więc na czas nieokreślony do rodziców mojego Lubego. Dom z ogrodem, drugi kot, myszki w trawie - koci raj. Nam też jakoś lżej.

Telefony od rodziców, kot cudowny, raz na kilka dni zdjęcia, filmiki, wypaśne poduszeczki pod kaloryferem (spał w domu), jedzenie z górnej półki, cud, miód i orzeszki.

Mam na FB znajomą z miasta, która czynnie wspiera schronisko, co chwilę na tapecie ląduje jakieś zwierzątko z prośbą o adopcję, znalezione, porzucone. I patrzę - mój kot, no na bank mój, ma charakterystyczne kolory. Opis: potrącony przez auto, od kilku dni przebywa u weterynarza, po leczeniu do adopcji.

Szlag mnie trafił, telefony do rodziców i co w odpowiedzi? Bo bo on gdzieś poszedł, no nie wraca piąty dzień, no nie wpadli na pomysł, by zadzwonić do schroniska, przecież to kot - wróci, no w czym problem? Ano w tym, by zadzwonili do weterynarza, wyślemy kasę za leczenie i niech wraca do domu, my go wkrótce zabieramy do nas.

Kontakt ze znajomą był porażką. Po wiadomości „Słuchaj to mój kot” i opisie sytuacji, odpisała tylko: „Ja tylko zdjęcia daję, nie pośredniczę” i koniec kontaktu. Aha.

Kilka dni bez kontaktu i kolejny raz dowiaduję się, że koleżanka „sukces” odniosła, kot ma rehabilitację już w nowej rodzinie. Zagotować się ze wściekłości to mało, telefony aż do skutku. Odebrali. I?

Ano poszli weta, ale on kazał 1000 zł zapłacić, a to za dużo ich zdaniem, to nic, że MY mieliśmy kasę im wysłać. Więc Janusz z Grażyną wymyślili, że jak kot pójdzie do adopcji, to go wezmą za kilka złotych. Oczywiście nim się o adopcji dowiedzieli, to kot już przez innych zabrany (naprawdę ładny kocur, więc nie dziwota).

I już nie mam kota, a za tydzień się wprowadzamy do domu z ogrodem i zgodą na futrzaka- większa kaucja załatwiła sprawę.

Naprawdę mi przykro.

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (191)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…