Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#85448

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że historia o Januszu (czy może raczej Johannesie) weselnego biznesu spotkała się z ciepłym przyjęciem, postanowiłam wrzucić kolejną. Również klimacie uczuciowo-finansowym, jednak w innym aspekcie. Mianowicie - kto płaci na randkach (czy ogólnie spotkaniach damsko-męskich we dwoje)?

Temat nieco kontrowersyjny, ilu ludzi, tyle opinii. Jedni uważają, że ten, kto zaprasza, niezależnie od płci, inni, że mężczyzna, jeszcze inni, że oboje płacą po połowie, albo raz płaci jedno, raz drugie. Osobiście nie mam problemu z żadną z tych opcji. Oczywiście miło jest być gdzieś zaproszoną, ale chętnie płacę też za siebie lub zapraszam mojego towarzysza. Jest tylko jeden warunek - nie znoszę, kiedy ktoś robi cyrk wokół sytuacji z płaceniem. I tutaj chciałam przytoczyć kilka sytuacji (tych najbardziej ekstremalnych), które przydarzyły mi się na randkach, tudzież spotkaniach na przestrzeni kilkunastu lat. Będzie trochę długo, gdyż przy każdej chciałam napisać kilka słów wprowadzenia.

1. Młodziutka bardzo jeszcze byłam. Z domu pamiętam, że nawet jak rodzice mieli wspólny budżet, tata nigdy nie pozwalał mamie w restauracji wyjąć portfel. Przeczytałam jednak gdzieś, że mężczyźni często testują kobiety, sprawdzając, czy zaproponuje dołożenie się do rachunku. No to ok. Chłopak zaprosił mnie na randkę. Czasy studenckie, zamawiamy 2 piwa. Przychodzi kelnerka z rachunkiem, kolega wyciąga portfel, ja zgodnie z wyczytaną informacją proponuję pokrycie połowy rachunku. Kolega nie protestuje. Wracam do domu. Następnego dnia dostaję smsa, że jeszcze nikt go nigdy tak nie poniżył jako mężczyzny, czy mi się wydaje, że on jest aż takim nieudacznikiem, że go nie stać na głupie piwo, poza tym propozycja zapłacenia za siebie oznacza danie mężczyźnie kosza, co ja właśnie jego zdaniem zrobiłam, on jest mną totalnie rozczarowany i nie chce mnie więcej widzieć, moje tłumaczenia go nie interesują. No trudno. Lekcja na przyszłość - jeśli facet chce zapłacić, to lepiej mu pozwolić.

2. Już po studiach. Zaczynam pracę w kraju na peryferiach Europy. Poznaję faceta, spodobał mi się, ja jemu widocznie też, zaprasza mnie na randkę. Na pierwszej randce był spacer, na drugiej robimy sobie małą wycieczkę za miasto. W pewnym momencie on zaprasza na kawę i ciacho. Przyjmuję zaproszenie, zjadamy, kelnerka przynosi rachunek, on mówi, że zapłaci, ja pomna poprzednich doświadczeń, nie chcę, żeby pomyślał, że daję mu kosza, uśmiecham się do niego, dziękuję i mówię, że to bardzo miło z jego strony. Na trzeciej randce on się nie pojawia. Martwię się, czy coś się stało, dzwonię, nie odbiera telefonu. Po czym dostaję od niego wiadomość, która ścina mnie z nóg. Czytam, że mam sobie poszukać innego sponsora, bo on nie ma zamiaru marnować czasu na tanią dziwkę, dla której sensem życia jest znalezienie frajera, od którego będzie przez całe życie sępić kasę. Bardzo daleko idące wnioski, które jeszcze trzymałyby się jakoś kupy, gdybym to ja kazała mu się zaprosić na kolację za kilka stówek, ale cóż, widocznie ta kawa i ciastko, na które przyjęłam zaproszenie bardzo nadszarpnęły jego budżet...

3. Jakis rok, dwa później. Podczas pobytu w Polsce zgadałam się ze znajomym z czasów studenckich. Idziemy do baru. Wypijamy po drinku, gadka-szmatka. Czas na rachunek - wyciągam portfel i mówię, że ja oczywiście za siebie zapłacę. Na to on wygłasza tyradę przy kelnerce, że nigdy w życiu, on by tak nie mógł, on jest dżentelmenem, w życiu nie pozwoli, żeby kobieta przy nim płaciła, mam schować ten portfel i koniec. Ja na to, że bardzo to miłe, bardzo dziękuję, pozwolisz za to, że następnym razem się zrewanżuję itd. Wychodzimy z knajpy. Ledwo zamknęły się za nami drzwi, kolega wypala: „no dobra, oddawaj 8,50. Co się tak patrzysz? Kasę mi oddaj za twojego drinka. Nie będę jakiegoś pasożyta utrzymywał. Chciałyście równouprawnienia, to je macie. Wyskakuj z kasy”. Nie będę dyskutować, 8,50 nie jest warte afery. Oddaję koledze pieniądze i kończę znajomość.

Tutaj następuje przeskok w czasie o prawie 10 lat, w międzyczasie przeprowadziłam się do dużego miasta na południu Niemiec. W Niemczech kiedy kelner przynosi rachunek, z reguły od razu pyta gości, czy płacą razem, czy osobno. wtedy albo jedna z osób mówi że zaprasza, albo obydwoje mówią, że płacą osobno. Wówczas jednym słowem klaruje się sytuację i proces płacenia powinien przebiec bezstresowo. Powinien - słowo klucz.

4. A więc, następna sytuacja. Mężczyzna poznany na jakiejś grupie dyskusyjnej. Fajnie się rozmawia online, postanawiamy spotkać się i pogadać na żywo. Idziemy do jakiejś meksykańskiej knajpki. Rozmowa przebiega bardzo miło, nawet coś zaczyna iskrzyć. Zjedliśmy, kelnerka przynosi rachunek. Pyta: razem czy osobno? Na to kolega bez cienia zażenowania: „To jak, pójdziesz się teraz ze mną ruchać? Bo nie wiem, czy mi się opłaca inwestować, czy nie.” To nie był rubaszny żart, on tak serio. Nie wiem, kto był bardziej zakłopotany, kelnerka czy ja. Musiałyśmy dziwnie patrzeć, bo kolega powtórzył pytanie. Po otrząśnięciu się z szoku poinformowałam kolegę, że po takim tekście na pewno już nic nie ”zarucha”, dałam kelnerce pieniądze i wyszłam.

5. Randka z Tindera. Facet pisze głównie jakim to on jest dżentelmenem, jak dobrze traktuje kobiety, itd. Pamiętając słowa Margaret Thatcher o władzy i byciu damą, wiem już, że nie powinnam mieć zbyt wysokich oczekiwań, ale daję się zaprosić na drinka bardziej z niezdrowej ciekawości. I sama jestem sobie winna. W barze, mimo braku rezerwacji, pan dżentelmen żąda stolika zarezerwowanego dla innych ludzi i wścieka się, gdy go nie dostaje. Przez cały czas mówi wyłącznie o finasowym aspekcie swojej pracy, swoich pieniądzach, samochodzie, stylu życia. Nie pozwala mi zmienić tematu, nawet kiedy mówię mu wprost, że mnie jego kasa naprawdę nie interesuje i nie obchodzi mnie, czy dziennie zarabia tysiąc euro czy dwa, bo nie szukam sponsora, tylko chciałabym dowiedzieć się czegoś o nim jako człowieku. Nic z tego. „Jestem taki bogaty” na przemian z „jestem dżentelmenem i mam ogromną klasę”. Wytrzymuję godzinę, wypijam mojego drinka za 14 euro i oznajmiam, że na mnie już czas. Przychodzi kelnerka i wręcza nam rachunek. Łącznie 2 drinki, do zapłaty 28 euro. Pan dżentelmen deklarował, że mnie zaprasza, więc czekam, co zrobi. On nie robi nic. Bardzo powoli sięgam po torebkę, on nie reaguje, wyciągam portfel, on nie reaguje, otwieram portfel i wyjmuję pieniądze, on nie reaguje, wręczam kelnerce 15 euro i proszę bez reszty. On wówczas robi to samo (15 euro, reszty nie trzeba). Wychodzimy z baru. On zaczyna się awanturować. O co? Bo raz, że uraziłam jego męska dumę, nie pozwalając mu za mnie zapłacić, (No ale jak to nie próbował? Jego zdaniem próbował, ale ja nie dałam mu szansy, tylko agresywnie na siłę zapłaciłam za siebie), a dwa, że w perfidny sposób wmanipulowałam go w koszty i poniósł przeze mnie straty. Że niby jak? W momencie, kiedy dałam kelnerce 1 euro napiwku, wywarło to na nim presję psychiczną i postawiło przed koniecznością zrobienia tego samego. A on nie chciał dawać napiwku, bo nie był zadowolony z obslugi, bo przecież on chciał tamten inny stolik, a wredna kelnerka mu nie pozwoliła, bo ona chyba nie wie, kim on jest i że mu się po prostu należy. Więc on w tym momencie żąda ode mnie zwrotu poniesionej straty. Tak, zażądał zwrotu jednego euro za napiwek, który dał pod ta straszną presją.

6. Jakiś znajomy znajomych, kiedyś tam zetknęliśmy się zawodowo, kiedy robił praktyki w firmie, w której pracowałam. Odnowił się kontakt, spotkajmy się na kawie. Idziemy do kawiarni, kolega zamawia 1 dzbanek herbaty dla nas obojga. Rozmawiamy, co u kogo słychać, chłopak kieruje rozmowę na temat sytuacji życiowej każdego z nas. Ja pracuję na etacie w pewnej firmie, dobre stanowisko, jestem zadowolona z warunków, wynajmuję całkiem spore mieszkanie na przedmieściach. Kolega opowiada, że on po skończeniu praktyk założył własna firmę, przecież nie będzie pracował u kogoś jak jakiś najgorszy plebs, trzeba podejmować ryzyko, być swoim własnym szefem. Firmę prowadzi z partnerem biznesowym, no i w sumie to nie on założył tę firmę, tylko właśnie ten partner, a on teraz z nim pracuje, ale przynajmniej jest człowiekiem sukcesu i nie tyra u kogoś jak plebs. I w dodatku częściowo przez firmę ma mieszkanie w centrum miasta, co prawda 17 m2, ale za to firma opłaca, więc nie musi mieszkać na przedmieściach jak plebs (co on ma z tym plebsem? Kompleksy jakies leczy?). Średnio mi się chce spędzać więcej czasu z kolesiem, który znajduje przyjemnośc w poniżaniu rozmówcy, dopijam herbatkę i będę się zbierać. Od niechcenia pytam jeszcze, kto jest tym partnerem biznesowym. Jego ojciec. „Aha, czyli tatuś zatrudnił Cię u siebie i opłaca Ci mieszkanko. Ale dlaczego tylko 17 metrów, taki człowiek sukcesu musi się gnieżdzić w takiej klitce? Jak jakis plebs?” (nie mogłam się powstrzymać) Obraził się. Czas zakończyć spotkanie. Przychodzi kelnerka z rachunkiem. Jeden dzbanek herbaty – 4 euro. Człowiek sukcesu prosi o przyniesienie dwóch osobnych rachunków. Kelnerka tłumaczy, że jest to niemożliwe, bo na zamówieniu jest tylko jedna pozycja, a poza tym 4 jest bardzo łatwo podzielić na pół – wychodzi 2 na głowę. On się kłóci, kategorycznie żąda dwóch rachunków, bo nie wie, czy nie próbujemy go oszukać. Wstyd jak nie wiem. Daję kelnerce 5 euro, mówię, że reszty nie trzeba i że zapłacę również za kolegę, bo tatuś mu chyba słabo płaci. Gdyby wzrok mógł zabijać ;)

7. Ostatnia sytuacja. Również randka z Tindera. Facet proponuje kolację w jednej z droższych restauracji w mieście. Restauracja ma świetne opinie, ale nawet na monachijskie warunki jest naprawdę drogo. Tłumaczę mu, że owszem kojarzę miejsce, ale niestety nie stać mnie na kolację (zwłaszcza spontaniczną) w tym miejscu, więc wybierzmy inny lokal. On na to, że mam się nie przejmować, bo on zaprasza. Tłumaczę, że ja tak nie mogę, że głupio tak, nie będę go narażać na takie koszty, a już zwłaszcza na pierwszym spotkaniu, kiedy się przecież kompletnie nie znamy i nie wiemy, czy coś z tego będzie. On się uparł, ma być tam i już. On stawia i bez dyskusji. No cóż, skoro nalega... Spotykamy się w restauracji. On składa zamówienie, przystawka i danie główne, również za mnie. Nie pytając mnie nawet, co lubię, na co mam ochotę, a czego nie jem. Komentuje, że on zaprasza, więc on decyduje. No dobrze, dam się zaskoczyć. Zamawia butelkę wina, z której ja, ponieważ przyjechałam samochodem, wypijam dwa łyki, on resztę. Kończymy danie główne, on stwierdza, że się nie najadł, zamawia dla siebie jeszcze jedną porcję. Ok, kto bogatemu zabroni ;) Rozmowa się klei, jest bardzo miło, wiele wspólnych tematów, z ulgą stwierdzam, że chyba nie będzie powtórki z rozrywki z panem dżentelmenem ani człowiekiem sukcesu. Pora na deser, ja dziękuję, kolega zamawia dla siebie, do tego jeszcze espresso i lampkę koniaku. Podaliśmy jeszcze, on koniecznie chce się spotkać na kolejna randkę. Konsumpcja zakończona, robi się późno, czas się zbierać. Kelnerka przynosi rachunek – 380 euro. Sporo, naprawdę sporo...

Kolega wstaje, wyciąga portfel, wyjmuje z niego 150 euro i się żegna. Kelnerka cały czas przy nas stoi. Ja mówię, że chwileczkę, co to ma być. Już pomijając to, że bardzo wyraźnie deklarował, że on zaprasza i bierze rachunek na siebie, do tego narzuca mi wybór potraw, to kwota, którą położył na stole nie pokrywa nawet połowy rachunku, którego co najmniej 2/3 stanowi wyłącznie jego konsumpcja. Kolega się uśmiecha i mówi: „już nie bądź taka drobiazgowa, a, i nie zapomnij zostawić napiwku. Niezostawianie napiwków jest bardzo niegrzeczne i świadczy o złych manierach”. Po czym odwraca się i wychodzi. Kilka dni później dostaję od niego wiadomość, jakie mam plany na następną sobotę, bo zna super knajpę, do której chciałby mnie zaprosić na kolację. Odpowiedziałam, że przykro mi ziomuś, ale niestety nie stać mnie na przyjmowanie zaproszeń w twoim wydaniu.

Nie wiem, czy opisane przeze mnie sytuacje wskazują na jakiś szerszy trend, czy raczej na problemy z deklem u tych osób, ale zastanawiam się, jaki to problem, powiedzieć do kogoś „podzielmy się rachunkiem”, tak po prostu. Po co robić tak żenujące sceny?

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (236)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…