Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#85476

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Singri o Domu Samotnej Matki przypomniała mi inną placówkę.

Otóż kiedyś był sobie hostel – nie taki zwykły hostel, ale należący do fundacji zajmującej się leczeniem uzależnień u młodzieży. I w założeniu ten hostel miał służyć tejże właśnie młodzieży po ukończeniu leczenia jako miejsce, gdzie mogliby zamieszkać, gdyby z różnych względów nie mogli lub nie chcieli powrócić do swoich domów.

Założenia założeniami, a życie życiem. Dzieciaki po terapii albo wracały do domów, albo „szły w tango”, natomiast wieść o hostelu się rozniosła i pojawili się inni chętni – tacy, którzy usłyszeli, że ktoś, coś, kiedyś mówił, że jest takie miejsce... Miejsce, gdzie można mieszkać, gdzie nie ma pijackich awantur, gdzie można się spokojnie uczyć, gdzie można żyć. I zjeżdżały się dzieciaki, które chciały wyrwać się z patologii, a hostel „przygarniał” wszystkich. Tu od razu wyjaśnienie: piszę „dzieciaki”, ale to były osoby pełnoletnie, chociaż czasem takie ledwo pełnoletnie, jednak jak dla mnie dzieciaki – „olane” przez wszystkich, wzrastające w patologii, a jednak pragnące się z niej wyrwać, tęskniące za innym życiem niż to, które widziały na co dzień. One tylko chciały żyć NORMALNIE, przy czym dla każdego znaczyło to coś innego – były osoby, które studiowały, były takie, które kończyły zawodówkę.

Hostel przyjmował wszystkich, warunków było niewiele. Podstawowy był taki, że należy uczyć się lub pracować (często jedno i drugie). Poza tym utrzymywanie porządku w pokoju, sprzątanie „rejonów” (sprzątaczki nie było, hostel był podzielony na „rejony” do sprzątania, co tydzień następował podział rejonów), pomoc w kuchni, absolutny zakaz spożywania alkoholu i zakaz palenia w budynku (palarnia była na zewnątrz). W zamian za to oferowano zamieszkanie i wyżywienie w cenie 100 zł/mies. No dobra, wyżywienie nie było jakieś oszałamiające, ale było. Codziennie obiad (w niedzielę nawet „lepsiejszy”), chleba pod dostatkiem (niech żyje zaprzyjaźniona piekarnia i darowizny od niej!), do chleba albo pasztetowa, albo serek topiony, albo dżem. Chcesz coś lepszego? Kup sobie, podpisz i włóż do lodówki, nikt ci nie ruszy. Jedyne, czego nie należało zostawiać we wspólnej kuchni, to była kawa, znikała w momencie, a na pełne rozpaczy pytanie poszkodowanego „kto zużył moją kawę???” odpowiadał chórek radosnych głosów: „JA!!!”. No cóż, chcesz mieć kawę na dłużej, to nie zostawiaj jej w kuchni...

Dobra, do rzeczy. Jedną z mieszkanek hostelu była Kasia. Kasia uciekła z domu zaraz po swojej osiemnastce. Uciekła od wiecznie pijanej matki i jej konkubenta, uciekła z „pokojokuchni”, gdzie gnieździło się kilkanaście osób, uciekła, bo nie chciała tak żyć. W hostelu odżyła, spokojnie kończyła sobie jakąś tam zawodówkę, która miała dać jej stabilną pracę, z praktyk zawodowych miała pieniądze na swoje potrzeby, czegóż chcieć więcej? Cóż, człowiek zawsze chce więcej, Kasia też chciała. Chciała zabrać z „domu rodzinnego” również swoje siostry. Te starsze ją nie interesowały, same wybrały (chyba ze dwie mieszkały razem z matka i ze swoimi już dziećmi), chodziło jej o te młodsze. Najbardziej na sercu leżał jej los bliźniaczek (ok. 10-11 lat wtedy miały), podjęła działania, aby stać się dla nich rodziną zastępczą. Sąd Rodzinny, MOPS, kurator, wszyscy starali się ją zniechęcić, ale ona się nie poddawała. Zapraszała dziewczynki na każde ferie, święta, czy nawet długi weekend, ze swoich uciułanych pieniędzy kupowała im bilety na dojazd, dziewczynki wpatrzone w nią jak w obrazek bardzo dobrze się czuły w hostelu, odżywały tam po prostu.

Za pięknie by było, gdyby się udało. Otóż wg Sądu i pań z MOPS-u, hostel nie jest dobrym miejscem dla dzieci (taaak, ale melina pijacka to już jest dla nich dobrym miejscem?), Kasia nie dostanie bliźniaczek pod opiekę, ale ewentualnie mogą jej przekazać pod opiekę inną jej siostrę, Beatę. Ups, to nie był dobry pomysł... Beata miała 17 lat i całkiem inny pomysł na życie niż Kasia. Tak w ogóle, to Beata nie miała żadnego pomysłu na życie, wg niej dobrze było tak, jak jest, a Kasia się czepia. Hostel jej się nie spodobał, wszystko było nie tak, no bo jak to? Trzeba sprzątać? Pomagać w kuchni? Chodzić do szkoły? W domu tego nikt nie wymagał... No i trzeba słuchać Kaśki, o nie, niecały rok starsza, a rządzić się chce! Argumenty, że na chwilę obecną Kasia jest jej opiekunem prawnym, nie docierały. Nie będzie jej słuchać i już!

Beata zawziętość w dążeniu do upragnionego celu miała równie wielką, jak Kasia, tylko cele miały inne. Gdy zauważyła, że „stawianiem się” nic nie wywalczy, przycichła, uspokoiła się, pozornie wszystko było OK. Poczekała do swoich osiemnastych urodzin. Nie, poczekała jeszcze parę dni, do swojej imprezy urodzinowej – bo była (skromna) imprezka, były życzenia i prezenty, tylko na drugi dzień rano Beaty już nie było. Spakowała swoje rzeczy, spakowała prezenty i wróciła do „domu”. Do pijanej matki, do tragicznych warunków bytowych, do biedy, pijackich libacji, ciasnoty i toalety na korytarzu. Bo tam jej lepiej...

Gdzie piekielność? Bo każdy decyduje o sobie, wybrała jak wybrała, jej sprawa. Otóż Beata w ten sposób przekreśliła szanse Kasi na stanie się rodziną zastępczą dla bliźniaczek - „Z jedną sobie pani nie poradziła, więc nie ma opcji, żebyśmy dali pani pod opiekę tamte dwie”.

Nie znam dalszych losów Kasi i bliźniaczek. Wiem, że się nie załamała, że chciała dalej walczyć, ale czy coś wywalczyła, to nie wiem, straciłam kontakt.

A hostel już nie istnieje. Szkoda...

hostel

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (196)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…