Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#85520

(PW) ·
| Do ulubionych
O mamusi, która kochała synka. Kilkanaście lat temu związałam się z mężczyzną (mieszkałam wówczas przez kilka lat w Irlandii). Miał dwie siostry i matkę. Matka, nazwijmy ja Francesca, była pół-Włoszką, pół-Irlandką. W połowie lat 90, kiedy miała jakieś 45 lat, owdowiała. Nie związała się już więcej z nikim, a całą swoją miłość przelała na syna. Na córki mniej, to syn stał się miłością jej życia i ersatzem partnera życiowego. Były, nazwijmy go James, opowiadał, że musiał szybko dorosnąć i w wieku niecałych 18 lat praktycznie zastąpić średnio zaradnej życiowo matce męża, a siostrom ojca.

Kiedy związaliśmy się ze sobą, James uprzedzał mnie, że matka jest dość trudna i bardzo zaborcza i że nie można jej o to winić, bo ma tylko jego. Może czasami coś głupiego powiedzieć, no ale nie należy się tym przejmować, jest jaka jest, inna nie będzie, on ma swoje życie. Francesca nie pałała do mnie sympatią z racji tego, że ośmieliłam się jej zabrać ukochanego synka, ale jako że nie wtrącała nam się specjalnie w życie, a nasze stosunki były poprawne, dało się całkiem przyjemnie żyć.

Resztę rodziny poznałam podczas wesela jego starszej siostry. James, który pełnił obowiązki ojca panny młodej, siedział obok matki przy stole z parą młodą, mnie posadzono z rodziną Franceski, czyli jej czterema siostrami, aka. sabatem czarownic i ich dziećmi (kuzynostwo na szczęście było normalne). O ile rodzina ze strony jego ojca była cudowna i przekochana, to ze strony matki tak jakby mniej. Tutaj jeszcze wtrącę rys historyczny, dziadek Jamesa był imigrantem z Sycylii, skąd uciekł tuż po wojnie przed skrajną biedą.

W Irlandii się ożenił i dorobił pięciu córek. Córki były w młodości przepięknymi kobietami, udało im się bardzo dobrze wyjść za mąż i jeszcze lepiej rozwieść, oskubując mężów ze wszystkiego, co mieli (z wyjątkiem Franceski, która owdowiała). A więc, już od pierwszych minut obiadu cztery stare wrzaskliwe włoskie raszple (ząb czasu zadziałał mocno na niekorzyść) zaatakowały mnie, zarzucając, że na pewno jestem z Jamesem tylko dla pieniędzy, one już dobrze znają takie przybłędy (chyba z autopsji), które polują na bogatych Irladczyków, żeby ich omotać, a potem odebrać im dzieci oraz majątek. Moja odpowiedź, że po pierwsze, z tego co wiem, mój partner nie ma żadnego majątku, obydwoje jesteśmy "na dorobku", pracujemy na etat, zarabiamy średnią krajową, naprawdę nie ma tu na co polować. Poza tym mam pracę, którą uwielbiam, nie zamierzam z niej rezygnować, dzieci nie mamy, ani póki co nie planujemy, więc tu też nie mam czego odbierać, na niewiele się zdała, one wiedzą lepiej i już. Kuzynka Jamesa powiedziała mi na stronie: "bardzo Ci współczuję, będziesz miała z nimi przeje*ane, to nie jest nic osobistego, po prostu nienawidzą cię, bo ukradłaś synka, który należy do matki". James stanął po mojej stronie, jednak nie chciał robić awantury, żeby nie psuć ślubu siostrze.

Minęły jakieś 2-3 lata. Francesca w międzyczasie sprawiała wrażenie, że w miarę się do mnie przekonała (starałam się jak mogłam, żeby ją do siebie przekonać). Podjęliśmy z Jamesem decyzję o ślubie. Moi rodzice ucieszeni, za to Francesca zareagowała wybuchem furii. "Bo ona nie po to go sobie urodziła i wychowała, żeby on ją opuszczał i się żenił z jakąś przybłędą, co innego córka, córkę che się wydać za mąż, żeby się pozbyć problemu, ale miejsce syna jest przy matce". James pyta się mnie, co on ma w tej sytuacji zrobić. Odpowiadam, że to on musi podjąć decyzję, albo jest dorosły i bierze odpowiedzialność za swoje życie, albo oddam mu pierścionek, wyprowadzę się, a on niech wraca pod spódnicę mamusi. Zdecydował, że jest dorosły. Obiecał przy tym, że ewentualne ataki swoje matki bierze na siebie, ja mam się tym absolutnie nie przejmować i że to nigdy nie będzie mój problem, a on jej nie pozwoli stanąć między nami.

Przygotowania do ślubu szły w miarę bezproblemowo (ślub i wesele planowaliśmy w Polsce). Francesca miała kilka jazd, w stylu zażyczenia sobie ode mnie diamentowej biżuterii jako rekompensaty za kradzież synka, czy żądanie, że na weselu moi goście mają siedzieć w osobnej sali, bo ona "ze śmierdzącymi imigrantami siedzieć nie będzie", ale tu ją szybko spacyfikowałam, informując, że moi goście będą u siebie, natomiast "śmierdzącą imigrantką" będzie tam co najwyżej ona, więc jeśli chce, mogę ją chętnie posadzić nawet na zewnątrz. Pomogło.

Nadszedł dzień ślubu. Sama ceremonia przebiegła bezproblemowo, natomiast problemy zaczęły się tuż po. Zaraz po wyjściu z kościoła, kiedy goście wsiadali do autokaru, który miał ich zawieźć na miejsce wesela, Francesca zaczęła szarpać mnie za ramię i żądać wyczarterowania samolotu do Irlandii teraz już natychmiast. Dlaczego? Bo jej się nudzi, a poza tym jest gorąco, a wczoraj wieczorem ugryzł ją komar jak poszła na spacer nad staw (coś takiego, skąd mógł się wziąć komar w letni wieczór nad wodą?). Zaczęła się coraz bardziej nakręcać, ale na szczęście sytuację uratował brat ojca Jamesa, który odciągnął ode mnie teściową ze słowami "Crannberry, nie przejmuj się, jedźcie spokojnie, ja się zajmę kretynką".

Weselu przebiegło pod znakiem awantur o miejsce przy stole (bo jakim prawem na głównym miejscu koło mojego syneczka siedzi ta lafirynda, to powinno być moje miejsce), pierwszy taniec (jej zdaniem James powinien był zatańczyć go z nią), wybór owoców w fontannie czekoladowej (bo tam są też kiwi, na które ona ma alergię, a wyglądają tak apetycznie, że ona teraz ma ochotę, na pewno zrobiono to specjalnie jej na złość) i tak dalej i tak dalej. W efekcie ja spędziłam większość swojego wesela w toalecie wymiotując z nerwów, a mój mąż upijając się do nieprzytomności, żeby odreagować stres.

Miesiące po ślubie upływały podobnie jak wesele, czyli codzienne telefony lub naloty teściowej, pretensje i awantury o wszystko. Sytuacja powodowała, że my tez coraz częściej kłóciliśmy się i przyszłość naszego związku zaczęła stawać pod znakiem zapytania. Pojawiło się jednak światełko w tunelu. James dostał propozycję pracy w Monachium (jego firma centralizowała jego dział i dostał wybór: przeprowadzka i awans albo zwolnienie). Przyjęcie przez niego oferty oznaczało dla mnie konieczność odejścia z pracy, którą uwielbiałam i w której miałam świetne perspektywy (praca w rektoracie na największej uczelni w kraju, z cudowną, kochaną szefową), pozostawienia swojego dotychczasowego życia i przeprowadzkę do obcego kraju, którego język znałam wówczas bardzo słabo i wiedziałam, że będę mieć problemy ze znalezieniem pracy.


Nikogo tam nie mieliśmy, nikogo nie znaliśmy, nie wiedzieliśmy, jak sobie damy radę, ale postanowiliśmy zawalczyć o siebie i o nasz związek. Na nowym stanowisku James miał obiecaną całkiem niezłą pensję, więc nie wyglądało to źle, przynajmniej finansowo. Początkowy plan był taki, że on pracuje, ja zajmuję się znalezieniem i urządzeniem mieszkania (wysprzątać, kupić meble, być w domu, kiedy je przywiozą, poskręcać je oraz rozpakować rzeczy, które w międzyczasie przyjadą z Irlandii), idę na intensywny kurs języka, a kiedy tylko ogarnę niemiecki, szukam pracy dla siebie. Przeprowadziliśmy się.

Przeprowadzka oraz wynajęcie i umeblowanie mieszkania pochłonęły całe nasze oszczędności, do tego pensję netto James wyliczył sobie na podstawie irlandzkiego przelicznika brutto-netto, podczas gdy niemiecki był całkiem inny, na naszą niekorzyść. Wyliczyliśmy, jak wygląda nasz budżet. Po opłaceniu czynszu, rachunków, ubezpieczeń, rat za samochód i innych kosztów stałych, wyszło, że zostaje nam na życie jakieś 500 euro. Czyli nie jest źle. Luksusów nie będzie, z kursu języka też muszę zrezygnować, ale przynajmniej mamy co jeść, za co zatankować samochód itd. Na co odzywa się James: "eee, bo wiesz, nie wiem, jak ci to powiedzieć, bo będziesz zła. Nie mamy tych pięciu stówek. Bo wiesz, tuż przed naszym ślubem mama zażądała ode mnie zwrotu kosztów, jakie poniosła na moje utrzymanie w dzieciństwie. Bo skoro traci syna, to należą jej się pieniądze.

Wyceniła koszty na 50 000 euro i kazała mi je zwrócić, bo inaczej nie przyjdzie na ślub". I co on zrobił? Zamiast popukać się w czoło, na tydzień przed ślubem za moimi plecami wziął kredyt i zapłacił mamusi. Spłaty po 500 euro miesięcznie przez jakieś 10 lat. Nie przyznał mi się wcześniej, bo wiedział, że będę przeciwna i liczył, że to się nie wyda. W Irlandii mieliśmy osobne konta, koszty życia dzieliliśmy mniej więcej na pół, ale po za tym nie zaglądaliśmy sobie nawzajem do kieszeni, więc może by się nawet nie wydało, ale teraz sytuacja się zmieniła. Czyli jednak nie mamy co jeść. Bo mamusia gwizdnęła i synuś zaniósł jej w ząbkach pieniążki, zadłużając nas oboje na 10 lat. Normalnie jestem bardzo spokojną i bezkonfliktową osobą, ale tym razem awanturę, którą zrobiłam było pewnie słychać w promieniu kilometra. Kasę na jedzenie dali nam moi rodzice, ja zaczęłam "na gwałt" szukać pracy. Tu na szczęście poszło nieźle i już 3 miesiące po przeprowadzce podjęłam bardzo dobrą pracę w dużym korpo IT. Do mojej pierwszej pensji mieliśmy jednak cotygodniowe telefony od teściowej, podczas których musieliśmy wysłuchiwać na temat "pasożyta, który żeruje na jej biednym synku, zamiast iść np. zamiatać ulice, bo i tak się do niczego innego nie nadaje". Płynęło to z ust osoby, która w całym swoim życiu nie przepracowała nawet pół dnia, żyjąc najpierw z męża, a potem z renty po nim. Jak zaczęłam zarabiać nastał względny spokój.

Nadeszły Święta Bożego Narodzenia, na które zostaliśmy zaproszeni do teściowej. Oboje. Miałam opory, ale James bardzo mnie prosił - poprzednie święta spędziliśmy u mojej rodziny w Polsce, tym razem spędźmy je razem w Irlandii, poza tym będzie również jego młodsza siostra, która mieszka na stałe w Australii i super będzie ją zobaczyć. No dobrze. Ponieważ u nich głównym punktem jest kolacja 25 grudnia, a w wigilię nie robią nic, zaproponowałam, że może ja przyrządzę taką prowizoryczną polską wigilię. Francesca ochoczo na to przystała, zwłaszcza że zdejmę jej z głowy gotowanie na jeden dzień. Przylecieliśmy 23 grudnia. 24 rano siadamy do śniadania. James i jego siostra dostają tosty z serem i wędzonym łososiem, ja tylko z masłem. Poprosiłam, czy ja też mogłabym dostać coś do chleba, dostałam jednak odpowiedź, że nie, bo "łosoś jest drogi, więc jest tylko dla jej dzieci, sera była resztka, a nic innego nie ma".

Siostra Jamesa dała mi połowę swojej porcji, za co zebrała opierdziel od matki, on sam siedział jak d*pa wołowa i nie zrobił nic. Potem tłumaczył, że to jest dom jego matki i musimy dostosować się do jej zasad, jakkolwiek absurdalne by nie były. Po śniadaniu wysłałam Jamesa po brakujące zakupy, a sama zabrałam się za gotowanie. Na komentarz teściowej, że ona nigdy w życiu swojego męża nie goniła do żadnych prac domowych, bo to wyłącznie zadanie kobiety, odpowiedziałam tylko, że ja w przeciwieństwie do niej pracuję, więc domem też zajmujemy się oboje. Poszła na górę i zabrała się za porządki w szafie. Za jakiś czas przychodzi i zaczyna rzucać we mnie swoimi starymi ciuchami, mówiąc, że mam je sobie wziąć, bo są tak samo stare i brzydkie jak ja. Tu znowu zainterweniowała siostra, każąc jej to pozbierać. Chwilę później wrócił James z zakupami, zamknęliśmy się w kuchni i skończyliśmy przygotowywać jedzenie. Co jakiś czas do kuchni zaglądała teściowa, rzucając komentarze, jak to cały jej dom śmierdzi brudnym nielegalnym imigrantem. Mąż nie reagował. Po południu siadamy do wigilii, opowiadam im, jak to mniej więcej wygląda u nas, teściowa wywraca oczami, przy każdej potrawie zarzucając mi, że wszystko wygląda obrzydliwie i na pewno chcę ich otruć, co nie przeszkadzało jej jednak spałaszować całych porcji oraz wziąć dokładki. Mąż nie reagował.

Zacisnęłam zęby, postanowiłam przetrwać wieczór i nie robić scen. Siostra zaczęła mnie zagadywać na temat tradycji świątecznych w Polsce, zaczęłam jej opowiadać o prawdziwej polskiej wigilii, że 12 potraw itd. Na co przerwała mi teściowa: "12 potraw? No to nie dziwię się, dlaczego wszyscy w tym waszym kraju trzeciego świata są tak obrzydliwie otyli! (teściowa i jej córki nosiły wówczas rozmiar 44, ja i moja mama 38, tak na marginesie). Jak byłam na tym waszym weselu to widziałam, że cała twoja rodzina i znajomi wyglądają jak tłuste spasione wieprze. Aż się rzygać chciało na ich widok!" Tu już przegięła. Do wyzwisk pod moim adresem zdążyłam się przyzwyczaić, ale nie pozwolę jej obrażać moich bliskich. Wyjaśniłam jej to w kilku żołnierskich słowach, wstałam od stołu i poszłam na górę. Wychodząc słyszałam jak siostra zaczęła ją strofować. Za chwilę do sypialni wpadł James, wrzeszcząc na mnie, że co ja odstawiam, mam natychmiast wracać na dół i przeprosić mamusię za moje zachowanie. Na moje pytanie, czy nie widział jej zachowania, nie słyszał, co ona mówiła do mnie, odpowiedział, że nie. Nic nie słyszał. A poza tym, to jest jej dom i jej zasady, i ja mam się dostosować. A poza tym, to jest jego najukochańsza mama i on zawsze weźmie jej stronę, choćby nie wiem co. Bo to jest jego rodzina. Odpowiedziałam, że jestem jego żoną, więc też jego rodziną. On odparł, że bynajmniej. Rodzinę stanowią tylko ludzie, których łączą więzy krwi, a nie jakiś głupi papierek podpisany przed pedofilem w sukience. Taką przybłędę z trzeciego świata, to on może mieć co tydzień nową, a matkę ma się jedną przez całe życie.

Następnego dnia, teściowa zorganizowała brunch, na który zaprosiła swoje siostry z dziećmi, a wieczorem miała odbyć się uroczysta świąteczna kolacja. Nie dostałam pozwolenia, żeby zejść na dół. Bo "Boże Narodzenie to rodzinne święta, a ty nie jesteś naszą rodziną. Masz siedzieć na górze, a jak ci się nie podoba to wypier...". Zaczęłam dzwonić do znajomych, czy ktoś może mnie mnie stamtąd odebrać i przechować u siebie. Niestety wszyscy byli u swoich rodzin poza Dublinem i mogliby najwcześniej dopiero następnego dnia. Hotel też nie wchodził w grę, gdyż nie miałam czym dojechać - dom teściowej znajdował się dość daleko za miastem, a 25 grudnia jest to jedyny dzień w roku, kiedy kraj zamiera, nie kursuje ani transport publiczny, ani taksówki. Czyli siedziałam jak w więzieniu. Po południu James przyniósł mi 2 krakersy - tyle jedzenia udało mu się dla mnie przemycić za plecami matki. Następnego dnia rano przyjechała po mnie przyjaciółka i zabrała do siebie. Od niej wróciłam bezpośrednio do Niemiec.

James został w Irlandii do Nowego Roku. Do powrotu nie odezwał się do nie ani słowem. Po powrocie przeniósł się ze spaniem do innego pokoju. I tak żyliśmy jeszcze kilka miesięcy obok siebie. Ja zaczęłam uciekać w pracę, on w alkohol. Było mi strasznie ciężko, gdyż z jednej strony po tym, co zaszło było dla mnie jasne, że to małżeństwo praktycznie runęło, ale z drugiej strony, coś sobie jednak przysięgaliśmy, chciałam wierzyć, że jeśli się chce i o to walczy, to z każdego kryzysu można wyjść.

Któregoś dnia James poprosił mnie o rozmowę. Usiedliśmy. Powiedział, że bardzo źle się to wszystko potoczyło i on nie widzi innego wyjścia niż rozwód. Mama kazała mu podjąć decyzję, ja albo ona. On się długo z tym gryzł, no ale nie ma wyjścia, musi wybrać ją, bo to w końcu jego matka. Poza tym przez ostanie 2 lata już mu tak zdążyła mnie obrzydzić, że praktycznie nie może na mnie patrzeć, dlatego śpi osobno, oprócz tego, jako że będąc mężczyzną ma swoje potrzeby, zdradza mnie z różnymi kobietami już od długiego czasu. Pokazał mi nawet wiadomości, żeby udowodnić, że naprawdę to robi. Generalnie spalił za sobą mosty. Kontynuował, że plan ma taki, że wystąpi o rozwód, jednocześnie złoży wypowiedzenie w pracy i wróci do Irlandii. Zanim znajdzie sobie nową prace i mieszkanie, wprowadzi się do matki, na pewno się ucieszy, że będzie go miała przy sobie.

No dobrze misiu, skoro sobie wszystko tak ładnie zaplanowałeś, drzwi są tam, wypad. Ja o to małżeństwo walczyć nie będę, bo po tym, co usłyszałam, widzę, że nie ma jednak o co. On ucieszony, zadzwonił do mamusi, żeby przekazać jej radosną nowinę. Dla większego efektu dał na głośnomówiący, tak żebym lepiej słyszała radość mamusi. "Mamusiu, tak, zrobiłem to. Rzuciłem szmatę. Składam wypowiedzenie w pracy i wracam. Dopóki nie znajdę nowej pracy i mieszkania, zatrzymam się u ciebie. Mogę, prawda? Cieszysz się?" Na co dostał odpowiedź, że po jej trupie.

Jej dom to nie hotel, nie ma mowy, żeby u niej mieszkał, ona nie będzie utrzymywać u siebie żadnego pasożyta. Mieszkał u niej do końca studiów i wystarczy. Nie będzie dorosły chłop żył na jej koszt. Poza tym, ona nie ma zamiaru się wstydzić przed koleżankami z chóru parafialnego, że ma syna rozwodnika. Nie i koniec.

Po zakończeniu rozmowy odwrócił się do mnie i z miną zbitego psa spytał: "ej, trochę głupio wyszło. Czy mimo wszystko moglibyśmy spróbować jeszcze raz?". Był bardzo zdziwiony, kiedy odpowiedziałam, że nie. Nie możemy.

zagranica

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 584 (620)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…