Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#85533

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś chciałbym wam opowiedzieć o różnych rodzajach rodziców, nie tylko w szkołach specjalnych, ale i takich i takich. Szczerze mówiąc znaczna większość rodziców to zwyczajni, normalni i zazwyczaj fajni ludzie. Ale takie przypadki jak poniżej zdarzają się niestety.

Dodam jeszcze, że historie są bardzo ogólnikowe i brakuje szczegółów. Już nie pracuję w tym zawodzie, ale dobro dziecka nadal jest dla mnie najważniejsze i nie chcę, by kiedykolwiek zostało rozpoznane, dlatego unikam pisania co dokładnie im dolegało, nie podaję nawet imion. Płeć także dobieram losowo.

1. Zaczniemy sobie od mojego ulubionego rodzaju rodzica, którego nazwałem "chory bardziej [CB]"
Szkoła specjalna, wszystkie grupy z dziećmi mniej lub bardziej chorymi. Wrzesień, pierwszy dzień, przychodzi CB z synkiem i rozpoczyna się rozmowa.
CB: Ale proszę zwrócić na mojego synka szczególną uwagę.
N(auczyciel): Oczywiście, na wszystkie dzieci zwracamy szczególną uwagę, dzięki małym grup... - przerwane przez CB
CB: Ale mi nie chodzi o wszystkie dzieci, tylko o mojego synka, bo on jest BARDZIEJ CHORY niż inne dzieci.
N: Eee... Ależ oczywiście. Proszę się o nic nie martwić, zajmiemy się nim najlepiej jak potrafimy.
Dziecko wcale nie było bardziej chore, fizycznie naprawdę ok, mentalnie choroba wcale nie taka poważna, ale... Przez matkę totalnie "zaniedbany" w sensie przesadnie zadbany. Za chłopca WSZYSTKO robiła matka. Nie umiał nawet zjeść obiadu łyżką, bo mamusia karmiła (i nam też kazała to robić), choć choroba dziecka wcale tego nie wymagała, wręcz przeciwnie, należało pracować nad samodzielnością, bo miał spore szanse na w miarę normalne funkcjonowanie w dorosłym życiu.

Inny przypadek: szkoła integracyjna, dziecko lat 9. Nie potrafi ubrać się w kurtkę, jak przychodzi robi to mamusia, jak wraca ze szkoły, mamusia już czeka, by założyć mu buciki i kurteczkę... Kanapeczki pokrajane na maleńkie kawałki, co tylko bierze w rękę i do buzi w całości, skórki oczywiście odkrojone. Chłopiec w sumie nic sam zrobić nie umie. Co najzabawniejsze dziecko CAŁKOWICIE ZDROWE. Matka zdecydowała się jednak na szkołę integracyjną, bo "on taki nieporadny jest...". Tak, tłumaczyliśmy jej, że powinna dać mu trochę samodzielności (tak samo pani powyżej), ale "on przecież nie da rady tego zrobić! Muszę mu pomóc!" i jak grochem o ścianę. Trochę się we mnie gotowało, jak mówiła o nim w taki sposób. Zdrowe dziecko, tylko przesadnie zadbane.
Dodatkowo matka często prosiła o to, by drugi nauczyciel (w szkołach integracyjnych jest 2, jeden "główny", drugi dla dzieci niepełnosprawnych itp.) pomagał jej dziecku np. wypakować plecak... (nauczyliśmy go, sam to robił, jakoś nie miał trudności...) Swoją drogą osobiście uważam, że zachowanie rodzica tutaj już podchodzi pod pewien rodzaj patologii.

2. Rodzic organizator czasu [OC].
Dziecko ze szkoły integracyjnej, ale choroba wcale nie taka zła, ogólnie sprawne, jednak... Zajęte 24/7. OC wysłali je: na basen, na każde zajęcia dodatkowe, jakie były do zaoferowania, na każde przedstawienie, żeby brało udział, na zajęcia pozaszkolne z muzyki, karate i w sumie nie pamiętam co tam jeszcze było, dodatkowo korepetycje z przedmiotów, z których miało problem a do tego dochodziły jeszcze rehabilitacje, logopeda itd. Wierzcie mi, że to dziecko to chyba kładło się od razu spać po powrocie do domu, a rano znowu do szkoły. Czy to jest dobre? To zależy. Na pewno rozwinie się dodatkowo w niektórych rzeczach, tylko że według mnie rodzice mogli troszkę przystopować i pozwolić dziecku być dzieckiem, bo mi już biedaczysko na ławce w szkole przysypiało. No i MUSIAŁO brać udział w każdych uroczystościach, dyskotekach, wycieczkach... No we wszystkim, co było organizowane dla chętnych w szkole.

3. Ostatnie na dzisiaj, bo mi wyjdzie historia za długa, choć jeszcze jest wiele typów. Rodzic pilnujący [RP].
Zdarzyło mi się poznać rodzica, który zażądał sobie, bym robił mu opis każdej lekcji prowadzonej z jego dzieckiem. Najpierw myślałem, że chodzi o tematykę co robiliśmy, żeby poćwiczył sobie z dzieckiem, np. mieszkańcy lasu (omawianie zwierząt żyjących w lesie), klasyfikacja figur geometrycznych według ich cech, wprowadzenie liczby 1, zasady bezpiecznego poruszania się na drodze itp. Ale nie... RP chciał ode mnie dokładnego opisu całej lekcji, tj. co robiłem po kolei, a nawet jakich słów używałem, w sumie kabaret. Po mojej odmowie poszedł na skargę do dyrekcji, ale nic nie wskórał. Obejrzał dokładnie salę lekcyjną i zwrócił nam uwagę na niezwykle niebezpieczne rzeczy, które mogą zrobić krzywdę jego dziecku, np. ławka! Powinna mieć miękkie krawędzie! (były zaokrąglone) Grzejnik może i osłonięty, ale ta osłonka jest... Twarda!!! Ostatecznie według RP powinniśmy zabezpieczyć całą salę, łącznie z podłogą (łomatkokochana panele! Przecież jak się wywali, to nabije sobie guza!) W centralnej części sali był wtedy jeszcze wielki dywan.

W innym przypadku zdarzył się np. RP, który prosił o cały jadłospis tygodniowy, po czym kazał (nie prosił, ma być zrobione, bo jak nie kuratorium bla bla, ja mam prawo itd.) zmienić wszystkie te pozycje, w których jest cukier. Np. naleśniki z dżemem są nie do przyjęcia, czy my nie rozumiemy, że cukier jest SZKODLIWY?! I kto to widział rybę dzieciom podawać RYBĘ!! Przecież tam są OŚCI, macie to zmienić na paluszki rybne! W sumie żal dziecka, nigdy nie jadło słodyczy. Jak kiedyś poczuje wolność to obawiam się, że nie będzie miało żadnych zahamowań. No i dodatkowo, to że chroni się dziecko przed czymś, np. przed ośćmi, zamiast uczyć je jak się je rybę nie sprawi, że mając 18 lat magicznie nauczy się ją jeść...

szkoły

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (160)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…