Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#85602

(PW) ·
| Do ulubionych
O troskliwym misiu z niespodzianką. Historia rozpoczęła się jakieś 7-8 lat temu, niedługo po zakończeniu historii nr #85520 (o toksycznej teściowej). Była to najbardziej piekielna historia i najgorsze lata w moim życiu, opowiadanie o tym nadal wywołuje u mnie silne emocje i pisząc nie byłam do końca w stanie skupić się na stylu, więc miejscami może być chaotycznie, za co przepraszam.

Rozstanie z Jamesem oraz wydarzenia, które do niego doprowadziły (zachowanie jego matki, potem okazywanie przez niego jak bardzo ma mnie w tylnej części ciała, liczne zdrady i odejście) dość mocno podkopały moje poczucie własnej wartości. Do tego zostałam sama w obcym kraju, gdzie źle się czułam, nie radziłam sobie z językiem, z biurokracją, a każdy list urzędowy wprawiał mnie w przerażenie. Byłam w totalnym dole. Jedynym plusem była dobra praca, więc przynajmniej miałam z czego żyć.

Wtedy na mojej drodze stanął on. Troskliwy miś. Hans, tak go nazwijmy, był kilka lat starszy ode mnie, pochodził z byłej NRD, ale od kilku lat mieszkał w Monachium, pracował w małej rodzinnej firmie handlującej stalą. Był człowiekiem, o którym mówi się, że mu "dobrze z oczu patrzy" (coś w rodzaju Artura Żmijewskiego w prawie każdym filmie/serialu). Wzbudzał zaufanie i miał ogromny dar zjednywania sobie ludzi, taka chodząca dobroć.

Do tego wesoły, elokwentny, przesympatyczny, raczej stroniący od alkoholu, grzeczny, szarmancki, troskliwy, opiekuńczy, długo można wymieniać. I wpatrzony we mnie jak w obrazek. Mieliśmy mnóstwo tematów do rozmów, wspólne zainteresowania, nawet wychowaliśmy się w podobnych warunkach. Zaczęliśmy się spotykać. Hans oczarował moją rodzinę i znajomych. Mnie po doświadczeniach z poprzedniego związku zależało, żeby jak najszybciej poznać jego rodziców i zobaczyć, jaki w rodzinie panuje układ - tu wszystko było ok, rodzice bardzo normalni, sympatyczni (mama niestety schorowana), bardzo mnie polubili, do tego stopnia, że kiedy z Hansem w czymś się nie zgadzaliśmy, brali moją stronę.

Wydawał się to być związek idealny. Widywaliśmy się prawie codziennie (na ile pozwalała moja praca), robiliśmy mnóstwo fajnych rzeczy. Kiedy w piątek wracałam z pracy, czekał na mnie z kolacją, w weekendy podróżowaliśmy lub chodziliśmy na koncerty, do teatru czy opery (raz zabrał mnie nawet do opery w Wiedniu), w międzyczasie poogarniał mi wszystkie papiery, pomagał z niemiecką biurokracją (chociaż z czasem zauważyłam, że nie tyle mi rzeczy tłumaczył, co robił wszystko za mnie), podciągnęłam się przy nim też w niemieckim. Seks też był obłędny. Koleżanki trochę "zazdraszczały", że "wyrwałam taki ideał", a ja byłam tym związkiem i tym, jak jestem traktowana, tak zachłyśnięta, że nie zwracałam uwagi, czy to nie jest wszystko jakieś takie trochę przerysowane i za bardzo na pokaz. Po byciu olewaną w poprzednim związku była to taka miła odmiana. Nie zwróciłam nawet uwagi, że Hans zaczął mnie coraz bardziej osaczać.

Rozmawialiśmy o poprzednich związkach. Mówił, że miał w życiu dwa poważne związki, jednak nie skończyły się dobrze. Pierwsza dziewczyna, krótko po wspólnym zamieszkaniu dostała ofertę lepszej pracy na drugim końcu Niemiec i z niej skorzystała, wybierając karierę. Druga z kolei podobno miała jakieś problemy psychiczne i któregoś dnia po prostu zniknęła, nie zabierając nic ze sobą, zostawiając mu tylko kartkę, żeby zawiózł jej rzeczy pod dom jakiejś koleżanki.

Uznałam, że miał pecha. Ode mnie w końcu też pierwszy mąż uciekł w podskokach. Jedyne, co trochę mnie zastanawiało, to że Hans miał jakiś kompleks względem mojego byłego. Trudno mi to jest precyzyjnie opisać, ale wyglądało to tak, że każdą rzecz, o której się dowiedział, że robiłam z Jamesem, musiałam zrobić również z nim (np. jeśli dowiedział się powiedzmy o urlopie w Grecji, tez chciał koniecznie jechać do Grecji, jeśli byłam na jakimś koncercie, chciał iść na koncert tego samego artysty, mimo że go nawet nie lubił), do tego domagał się deklaracji, że do byłego już naprawdę nic nie czuję i liczy się tylko on. Zwierzałam się nawet z tego koleżankom, ale kazały mi nie wymyślać na siłę problemów.

Po bodajże ośmiu miesiącach Hans wprowadził się do mnie. W związku się dużo nie zmieniło, bo i tak spędzaliśmy ze sobą cały wolny czas. Sprawy finansowe (istotne dla późniejszej części) rozwiązaliśmy w ten sposób, że ponieważ umowa najmu mieszkania, jak i wszystkie rachunki był na moje nazwisko, opłaty automatycznie schodziły z mojego konta, a on na początku miesiąca przelewał mi połowę potrzebnej kwoty. Za zakupy spożywcze płaciliśmy na zmianę, a za przyjemności ten, kto akurat był "przy kasie". Ponieważ zarabiałam więcej niż on, często ja byłam tą osobą, ale nie miałam z tym problemu, w końcu byliśmy w związku, graliśmy do wspólnej bramki.

Niedługo później mi się oświadczył. Z wielką pompą, w miejscu publicznym, przy tłumie świadków (wszystko zaaranżowane, muzyka z głośników, setka róż, balony, ktoś filmuje z ukrycia). Dla mnie to było za wcześnie, dopiero co sfinalizowałam rozwód (w Niemczech wymagany jest rok separacji przed złożeniem pozwu), nie czułam się gotowa brać kolejnego ślubu. Jednocześnie, odmawiając mu w tamtym miejscu, bardzo bym go upokorzyła.

Zgodziłam się, czując się trochę przyparta do muru, jednak później, już na osobności wytłumaczyłam mu, że ze ślubem chcę poczekać. Nie był zachwycony, tłumacząc, że on już ma ponad 35 lat, chce się ustatkować, założyć rodzinę, mieć dzieci, nie chce czekać nie wiadomo na co, ale nie ustąpiłam. Stanęło na tym, że ślub weźmiemy za rok z kawałkiem. Rok minął bez zmian. Ze ślubem wywiązała się dyskusja, gdyż ja chciałam coś skromnego (miałam uraz po poprzednim weselu oraz szkoda mi było znowu wydawać kupę forsy na imprezę), a on z przytupem i fajerwerkami, głownie z tego względu, że skoro z byłym miałam wystawny ślub, to dlaczego on ma być gorszy i czy ma to rozumieć, że byłego bardziej kochałam.

Nie wiedziałam, co o tym myśleć, więc zasięgnęłam opinii najbliższych w kwestii, czy to on przesadza, czy ja. Usłyszałam jednogłośnie, że muszę go zrozumieć, nie mogę myśleć tylko o sobie, muszę spróbować postawić się w jego sytuacji, spojrzeć z jego perspektywy i co mi szkodzi raz ustąpić. No to ustąpiłam.

Ślub był bajkowy, podróż poślubna też. Tylko, że wyczyściło mi to konto do zera, co okazało się być problematyczne, gdyż tuż przed ślubem dostałam wypowiedzenie w pracy. Jak to bywa w korpo, góra postanowiła "odświeżyć kadrę" i cały dział poszedł na zieloną trawkę. Propozycję z innej firmy dostałam niemal natychmiast, ale nie byłam pewna, czy ją przyjąć.
Dotychczasowa praca była bardzo dobrze płatna, ale też nieludzko absorbująca: nierzadko po kilkanaście godzin dziennie, pełna dyspozycyjność, telekonferencje o 6 rano (Rosja i Kazachstan) lub o 23 (Stany), czas poza biurem spędzany z nosem w telefonie, bo często szef chciał coś "na już" (dzwonił do mnie nawet w dzień ślubu), na każdy urlop czy długi weekend musiałam brać ze sobą laptop i przynajmniej godzinę dziennie pracować. Nowa oferta była zupełnie inna: niemiecka kancelaria (wyszlifowałabym język), praca 8 godzin dziennie i do domu, brak służbowej komórki, nikt nie zawraca głowy po godzinach, sama praca niespecjalnie wymagająca. Kancelaria ciesząca się ogromną renomą, doświadczenie u nich mogłoby zaprocentować w przyszłości. Jedyny haczyk - miesięczna pensja netto niższa od poprzedniej o prawie 1000 euro. Przy dwóch dochodach do przeżycia, ale samotna osoba nie dałaby rady się utrzymać. Co tu zrobić. Hans mówi "bierz". On w końcu też zarabia i to całkiem nieźle, trochę ograniczymy wyjazdy i inne przyjemności i spokojnie damy radę.

Nie mógł już patrzeć, jak się zarzynałam w poprzedniej firmie, dla niego też średnio przyjemne było, jak spędzałam czas, który miał być dla nas, z laptopem lub telefonem. Poza tym, jest to bezpieczna posadka, praca mało stresująca, kariery tam nie zrobię, ale może jest to właśnie idealny moment, żeby pomyśleć o dziecku? Trudno było nie przyznać mu racji. Zdecydowałam się przyjąć ofertę. I wszystko było ok aż do dnia, kiedy po miesiącu pracy przyniosłam pierwszą wypłatę. Kochany miś, mając wreszcie przewagę finansową, pokazał całkiem inne oblicze.

Zaczęło się od tego, że wysyczał mi, że "wreszcie jestem od niego zależna, i teraz on jest moim panem, a ja jego własnością i w końcu może przestać udawać uczucia, bo już i tak za długo to trwało", a potem poszło z górki. Najpierw w formie pojedynczych incydentów, za które przepraszał i tłumaczył stresem w pracy, obawą o zdrowie mamy itd. Z czasem "incydenty" nabierały mocy i przybierały na regularności, a winą za nie obarczał już wyłącznie mnie, albo próbował mi wmawiać, że nic takiego nie miało miejsca, a ja mam urojenia i powinnam się leczyć (to się w psychologii nazywa bodajże Gaslighting).

Nie będę wszystkiego szczegółowo opisywać, bo raz, że wyszłaby mi powieść, a dwa, niezbyt mam ochotę do tego wracać i to rozgrzebywać. W skrócie wyglądało to tak. Do kosztów życia dokładał się tylko wtedy, kiedy jego zdaniem sobie na to zasłużyłam. Jeśli sobie nie zasłużyłam, utrzymanie mieszkania było na mojej głowie, a jeśli brakowało mi pieniędzy na jedzenie, on robił zakupy tylko dla siebie, a ty "żryj gruz". Potem się wspaniałomyślnie litował i jednak coś mi przelewał.

Do tego dochodziło, zamykanie mnie w domu lub niewpuszczanie do niego, odcinanie od znajomych, notoryczna kontrola (śledzenie mnie, przeszukiwanie telefonu i laptopa) i oskarżanie o rzekome zdrady (przy jednoczesnym powtarzaniu mi, jak bardzo odrażająco wyglądam i na pewno nikt nie tknąłby "kijem przez szmatę"). Po jakimś czasie zaczęła dochodzić do tego przemoc fizyczna, typu nadepnął mi ciężkim butem na stopę, uderzył mnie drzwiami, czy zrzucił coś tak, że spadło na mnie. Dla mnie było jasne, że robi to specjalnie, ale nie było jak tego udowodnić. Zgłaszając to zrobiłabym z siebie wariatkę.

Na samym początku, kiedy to się zaczęło, zastanawiałam się, co się z nim dzieje, próbowałam go sama przed sobą usprawiedliwiać, nawet szukać winy w sobie. Trudno mi było uwierzyć, że pierwsze 2 lata związku były wyłącznie grą z jego strony. Oczy mi trochę otworzyła rozmowa, którą odbyli z nim jego rodzice, po tym, jak kiedyś wygadałam się im, jak ich syn zaczął mnie traktować. On się na początku wypierał i oskarżał mnie o konfabulację, jednak oni przypomnieli mu, że dokładnie w ten sam sposób traktował swoje poprzednie partnerki i tak samo wmawiał im chorobę psychiczną, aż w końcu od niego uciekły.

W sumie jego rodzice byli to jedyni ludzie, w których miałam wsparcie. Ponieważ prawdziwe oblicze pokazywał jedynie w czterech ścianach, a przy ludziach nadal zgrywał idealnego partnera, w momencie, kiedy zaczęłam szukać pomocy wśród bliskich mi osób, nie wierzył mi nikt, włączając moich własnych rodziców (niemożliwe, nie przesadzaj, on by tak nie mógł, nie on, nie taki miły człowiek, znowu chcesz się rozwieść, zwariowałaś, ty się zastanów czego chcesz w życiu i przestań tak skakać z kwiatka na kwiatek, oczywiście wszyscy tacy niedobrzy, tylko ty idealna, jeśli faktycznie coś ci nie tak powiedział, to się lepiej zastanów, czym go tak wku*wiłaś, nie dramatyzuj, zmyślasz coś, pewnie poznałaś kogoś nowego, chcesz się rozstać i na niego zwalić winę). Manipulant okręcił sobie wszystkich wokół palca. A ja byłam sama z problemem.

Jedna sytuacja, która przychodzi mi do głowy, która ilustruje jego wpływ na ludzi. Miałam problem z kręgosłupem i przepisaną rehabilitację. Jechałam któregoś dnia na wizytę do fizjoterapeuty. Hans uparł się, że mnie tam zawiezie, żeby "mieć pewność, że się nie będę puszczać po drodze". Wsiedliśmy do samochodu, ruszyliśmy, ja jeszcze na chwilę wysiadłam, żeby zamknąć garaż. Moja torebka z portfelem, telefonem i kluczami została w samochodzie. Wtedy on odjechał, zostawiając mnie samą na ulicy. Po jakichś 10 min wrócił i spytał, czy nadal zamierzam "świecić d*pą" przed fizjoterapeutą, czy będę grzeczną żoną i wrócę do domu. Krzyknęłam na niego, że ma mi oddać torebkę i złapałam za klamkę drzwi. W tym momencie on ponownie ruszył z dużym impetem. Szarpnięcie sprawiło, że straciłam równowagę i upadłam na asfalt. On odjechał. Chwilę mi zajęło, zanim byłam w stanie wstać, w międzyczasie zbiegli się jacyś ludzie, pytając, co się stało. Coś we mnie pękło, zaczęłam płakać i opowiedziałam, co się stało. I co się dzieje w moim małżeństwie.

Jedna z kobiet okazała się być pracownicą socjalną, pytała, jak może mi pomóc, czy chcę, żeby wezwać karetkę i policję. Nie chciałam karetki, gdyż miałam tylko pozdzierane kolana i nadgarstki, ale powiedziałam, że chyba jestem gotowa, żeby wezwać policję. W tym momencie przyjechał Hans. Podbiegł do nas i tonem najczulszej matki zaczął się dopytywać, co się stało, bo on właśnie wracał z pracy, zobaczył zbiegowisko i bardzo się przestraszył, jak zobaczył, że to jego ukochana żona siedzi tam na ziemi. Zaczęłam krzyczeć, żeby przestał udawać, jeszcze raz powtórzyłam, co się stało i że ma się do mnie nie zbliżać. A poza tym, skoro, jak mówi, właśnie wraca z pracy, to co robi w jego samochodzie moja torebka?

W tym momencie on zmienił wersję i oświadczył, że jestem psychopatką, która odmawia leczenia, często jestem agresywna do tego stopnia, że on się mnie boi, teraz na przykład on wracał z pracy, ja czekałam na niego na ulicy i kiedy tylko go zobaczyłam, podbiegłam do jego samochodu, włożyłam ręce przez otwarte okno i zaczęłam go dusić. On oczywiście nie chciał mi zrobić krzywdy, ale musiał się jakoś obronić, gdyż bał się o swoje życie. I jakimś sposobem nagle miał tych wszystkich ludzi po swojej stronie.

Pani pracownica społeczna zaproponowała wezwanie policji (on wspaniałomyślnie odmówił, gdyż mimo wszystko bardzo mnie kocha i nie chce robić mi problemów) i zaczęła udzielać mu rad, jak może bronić się przede mną i gdzie może szukać pomocy. Mimo iż jego wersja niezbyt trzymała się kupy, jemu wierzyli wszyscy, mnie nikt. Po tym zdarzeniu ostrzegł mnie, że tak będzie zawsze, jeśli zdecyduję się szukać gdzieś pomocy. Poza tym, jak mówił, czy policja, czy zwykli ludzie zawsze wezmą stronę swojego obywatela, a nie cudzoziemki. A ja po tym, czego właśnie byłam świadkiem, byłam w pełni skłonna uwierzyć, że ma rację.

Po kilku miesiącach, kiedy gnojenie działo się już regularnie, mentalnie ten związek był dla mnie skończony. Pozostała kwestia, jak go zakończyć fizycznie. Moim pierwszym krokiem, ale to zrobiłam już wcześniej, jak tylko zorientowałam się, że coś z nim jest nie halo, było rozpoczęcie brania za jego plecami tabletek antykoncepcyjnych, żeby broń boże przypadkiem nie zaciążyć. O to jednak w sumie nie musiałam się specjalnie martwić, gdyż on sam, po niedługim czasie wyniósł się z sypialni, gdyż, jak mówił, brzydził się przebywać blisko mnie.

Następnym krokiem była konieczność znalezienia lepszej pracy, bo z obecnej nie miałabym jak się sama utrzymać. Tu los się do mnie uśmiechnął i któregoś dnia dostałam telefon z jakiejś firmy - znaleźli mój profil na LinkedIn i chcieli zaproponować mi pracę. Pierwszym pytaniem, które do nich miałam, było ile płacą. Nic więcej mnie nie interesowało. Musiałam więcej zarabiać, żeby móc się od drania uwolnić. Proponowali kilka stówek więcej. Może być, biorę. Przeszłam przez rozmowę, przyjęli mnie, złożyłam wypowiedzenie w obecnej firmie. Niestety okres wypowiedzenia wynosił aż 3 miesiące, ale przynajmniej było jakieś światło w tunelu. Postanowiłam, że wytrzymam i będę myśleć, jak się drania pozbyć z domu. Z prawnego punktu widzenia wyglądało to słabo. Mimo iż umowa najmu była wyłącznie na mnie, on jako mój mąż miał prawo tam mieszkać. Do jego eksmisji nie miałam podstaw prawnych.

Pozwu rozwodowego nie mogłam złożyć bez wcześniejszej separacji. Na próbę rozmowy o rozstaniu i wyprowadzce, on zareagował śmiechem, oznajmiając, że związał się ze mną tylko i wyłącznie dlatego, że podobało mu się moje mieszkanie, więc nie ma zamiaru się z niego wyprowadzać. Kiedy zaproponowałam, że to ja się wyprowadzę i mu je zostawię, niech je sobie bierze i da mi święty spokój, tylko przepiszmy na niego umowę najmu i rachunki, odpowiedział, że nie ma mowy. Ja mogę się wyprowadzić, ale mieszkanie mam mu opłacać. Czyli dogadać się z nim nie dało. Na opłacanie dwóch mieszkań nie było mnie stać. Jakiekolwiek domy pomocy czy inna pomoc od państwa mi nie przysługiwały, bo pracowałam na cały etat, miałam stały dochód i duże mieszkanie, wynajęte na swoje nazwisko. Jednym słowem pat.

Spróbowałam innej taktyki. Podczas tych trzech miesięcy, które zostały do końca mojego wypowiedzenia, dałam mu poczucie, że mnie złamał. Robiłam, co chciał, żeby mieć względny spokój. I to w miarę działało. Czasami udawało się nawet porozumieć w temacie rozstania. Czasami udawało. To znaczy raz mówił, że nawet już był u prawnika, dowiedzieć się jak możemy najbardziej ugodowo się rozwieść, bo on nie widzi przyszłości dla związku ze mną, i że szuka dla siebie nowego mieszkania, innym razem mówił, że od niego odchodzi się tylko w trumnie, i że on albo mnie własnoręcznie zamorduje, albo zrobi mi z życia takie piekło (jakby już nie robił), że sama się zabiję, bo on chce po mnie wszystko odziedziczyć. Zależnie jaki miał humor. Mając poczucie, że mnie złamał, czuł się też bardzo pewnie na swojej pozycji. A jak ktoś czuje się zbyt pewnie, traci czujność i w końcu popełnia błąd.

Któregoś niedzielnego wieczoru wróciłam po weekendzie spędzonym u rodziców (jakimś cudem udało mi się pojechać samej). On nie chciał wpuścić mnie do domu, zatarasował czymś drzwi. W końcu udało mi się wejść, na co on zareagował wybuchem wściekłości. Zaczął rozrzucać moje rzeczy. Kiedy próbowałam go powstrzymać, złapał mnie za szyję i przydusił do drzwi, wrzeszcząc, że tym razem mnie zabije. Bałam się, że faktycznie coś mi zrobi, zaczęłam się szarpać i wyrywać. Wtedy chwycił mnie mocno za ramiona, wbijając w nie palce, i cisnął mną z całej siły o ziemię. Poczułam tak silny ból w kolanie, że zaczęłam płakać. On się zaczął śmiać i grozić, że to dopiero początek. Za chwilę poszedł po coś do swojego pokoju. Wykorzystałam moment i uciekłam z mieszkania, zdążyłam jeszcze zabrać torebkę. Schowałam się w samochodzie i zadzwoniłam na policję.

Tym razem zostawił mi na ciele ślady, więc była szansa, że ktoś mi w końcu uwierzy. Zanosząc się płaczem, powiedziałam dyspozytorce, co się stało. Kazała mi zostać w bezpiecznym miejscu i czekać na przyjazd patrolu. Policjanci przyjechali po jakichś 15 min. Kuśtykając podeszłam do nich, powiedziałam, co się stało i że potrzebuję pomocy. Oni na to, że jasne, po to tu są. Spytali mnie, czy mam gdzie spędzić noc. Wtedy ja wpadłam w jakąś histerię, zaczęłam krzyczeć, że nie, nie mam, a w ogóle to dlaczego ja mam się martwić o nocleg, podczas gdy on sobie zostanie w moim mieszkaniu. To moje nazwisko jest na umowie najmu, a nie jego, dlaczego to on ma tam zostać.

Policjant mi przerwał i poinformował mnie o czymś, za co do końca moich dni będę wielbić niemieckie prawodawstwo. Otóż procedura w przypadku (uzasadnionym) zgłoszenia przemocy domowej wygląda tak, że policja nie bawi się w żadne niebieskie karty, tylko wlepia sprawcy natychmiastowy nakaz eksmisji. Nie ma tu nawet znaczenia, na kogo jest umowa najmu, czy do kogo należy mieszkanie - „wer schlägt, muss gehen”, czyli kto uderzy, ma się wynieść (kwestie praw do nieruchomości rozstrzyga się później sądownie). Kazali mi poczekać w samochodzie, a sami poszli eksmitować Hansa. Spytali mnie jeszcze, czy może być wobec nich agresywny, żeby wiedzieli, jak się przygotować. Odpowiedziałam, że wprost przeciwnie. Będzie uroczy, czarujący, bardzo zdziwiony ich wizytą i będzie ich przekonywał, że jestem psychopatką, która całą sytuację sobie wymyśliła. Oni na to: aha, czyli standard.

Po około 20 minutach moim oczom ukazał się widok, którego nigdy nie zapomnę: Hans z walizką wyprowadzany przez policję. Zaprowadzili go do jego samochodu, wsiadł i odjechał. Policjanci podeszli do mnie i powiedzieli: Może pani wracać do domu, jest pani bezpieczna, on już pani nic nie zrobi. Wytłumaczyli mi, że Hans dostał nakaz eksmisji oraz zakaz zbliżania się do mnie lub mojego mieszkania i jakiegokolwiek bezpośredniego kontaktu ze mną pod groźbą kary więzienia. Eksmisja jest permanentna, zakaz zbliżania i kontaktu obowiązuje do środy o północy (mogę wystąpić do sądu o przedłużenie). Gdyby przed upływem tego czasu próbował się ze mną kontaktować, mam powiadomić policję. Spytałam ich jeszcze, co mówił, kiedy po niego przyszli. Oni na to: „to samo, co wszyscy przemocowcy w tej sytuacji. Nic, czego już nie słyszeliśmy”. Próbował tylko negocjować, żeby pozwolili mu zostać do rana w mieszkaniu, bo nie ma gdzie spać, na co policjanci zaproponowali mu nocleg na dołku. Przypomniał sobie wówczas, że istnieją hotele.

Powiedzieli jeszcze, że następnego dnia, ktoś będzie się ze mną kontaktował w sprawie dalszego postępowania, a ja mam pójść zrobić obdukcję, wystarczy u zwykłego lekarza rodzinnego.

Wróciłam do domu i poczułam tak niesamowitą ulgę i błogość, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. Nie wiedziałam wtedy, ile jeszcze przede mną. Ale o tym w drugiej części.

zagranica

Skomentuj (72) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 330 (370)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…