Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#85749

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia długa jak moje zmagania ze służbą zdrowia.

Jakiś czas temu zaczęłam mieć niepokojące objawy zdrowotne, głównie o charakterze neurologicznym, które wraz z biegiem czasu mocno się nasilały.

Problemy zaczęły się niedługo po przeprowadzce do stolicy, więc wybrałam się do nowego rodzinnego. Pracowałam jeszcze wtedy na śmieciówce - zlecenie, więc płaca średnia, godzin dużo, ale naprawdę lubiłam tę robotę.
W każdym razie pojawiły się u mnie zawroty i bóle głowy, ogólne osłabienie, drgawki. Badania krwi książkowe - to na pewno przez nową pracę, dużo godzin, do tego stres i przemęczenie. Doktor przepisała mi jakieś cudowne, sponsorowane witaminki, więc jedziemy dalej.
Po czasie niby trochę zelżało, ale drgawki pozostały, czasem przyplątała się migrena z aurą, kołatania serca i problemy z koordynacją. Przez dłuższy czas nie mogłam się dostać do rodzinnego i cały czas byłam odsyłana z kwitkiem. Zabrałam papiery i przenosiłam się do innej przychodni. Zaczęło się.

Graniczyło z cudem aby za każdym razem dostać się do tego samego lekarza, ale że każdy z nich miał wgląd w moją kartę, lepsze to, niż nic.

Doktor nr 1 - przemiły Ukrainiec (absolutnie nie mam nic do naszych wschodnich sąsiadów, co będzie ważne przy końcu historii). Opowiedziałam mu wszystko po kolei, co pieczołowicie wklepywał w klawiaturę komputera, ale po chwili zorientowałam się, że po prostu googlował moje objawy. W rodzinie jakieś choroby przewlekłe? No tak, nadciśnienie.
Tym sposobem na jednej wizycie dostałam skierowanie do kardiologa, laryngologa i okulisty. W głowie odpaliłam największą medyczną imprezę mojego życia i myślę sobie - no dobra.

Kardiolog robi EKG, osłuchuje, stwierdza tachykardię. Opowiadam mu o współtowarzyszących problemach neurologicznych. W rodzinie są jakieś choroby serca? Wyżej wspomniane nadciśnienie. A ma pani wysokie ciśnienie? Ostatnio mierzę, bo mam te kołatania, bywa różnie. No to faktycznie może pani mieć problemy z nadciśnieniem, to często dziedziczne, więc i stąd inne objawy. Pomierzyć sobie w domu i zapisać się na następną wizytę.

W międzyczasie zmieniam pracę na taką z półki - "ta wymarzona". Całkowicie zdalna, z branży, zgodnie z wykształceniem, zarobki o niebo lepsze, więc jest super, oprócz tego, że dość stresująca przy początkowym wdrażaniu się na nowe stanowisko.
Mierzę to ciśnienie, na ciśnieniomierzu co jakiś czas wyskakuje info o arytmii, tętno w spoczynku czasem winduje do 90-120.
Wracam do kardiologa z rozpiską pomiaru ciśnienia - no jest ta tendencja do nadciśnienia plus tachykardia, ale najwidoczniej to u pani rodzinne. Na tapetę wchodzi Ebivol, reguluje moje serducho, ale objawy neurologiczne, co prawda zelżone, ale zostają, z biegiem czasu poszerzając się o oczopląs, zaburzenia ruchu i coraz mocniejsze drgawki.

Doktor nr 2 - ta sama przychodnia, krótkie info na temat przebiegu leczenia, bo resztę ma w systemie. Ma pani skierowanie do neurologa? Nie? No to wypiszemy. Badania krwi są bardzo dobre, to pewnie kwestia nadciśnienia i stresu w pracy, niech się to wszystko unormuje. Jest taki super, czysty magnes w sklepie z ziołolecznictwem obok. W domu pytam wujka google o moje objawy, ale rezygnuję po kolejnej lekturze o glejakach i innych takich.

Otwieram kolejną zapadnię z tabliczką "gabinet laryngologiczny". Trochę mi się ucho lewe przytyka i te szumy uszne - no tak, może tak być przez to nadciśnienie. Audiogram wykazuje mi nadwrażliwość na dźwięki - słyszę, że to nic poważnego. Po wszystkim kręci mi się w głowie. Nie ma pani problemów z błędnikiem? No nie wiem, może mam, czekam na wizytę do neurologa.

Raz jest lepiej, raz gorzej, w międzyczasie dopada mnie paskudne grypsko, więc czując się jak naczelny hipochondryk, próbując dostać się do lekarza rodzinnego. Tydzień z rzędu brak numerków, gorący okres, tłumy przed przychodnią o godzinie 7:00 na czele z babciami, które przynoszą swoje własne krzesełka. Dziękuję, postoję.

Tego samego dnia leżąc już w łóżku i zasypiając dostaję silnych drgawek - nogi same mi podskakują, światło uderza mi do głowy. Wstaję i zaczyna mi być cholernie zimno - jest gorący lipiec, ludzie śpią przy otwartych oknach. Ubieram zimowe ciuchy i jadę do szpitala, serce wali mi jak młot, dygoczę z zimna i w myślach modlę się żeby dojechać. Dojeżdżam, czekam, biorą mnie - ciśnienie 200/110, tętno 165. Opowiadam o tym, co działo się ze mną pół godziny temu i że mam na co dzień takie a nie inne objawy oraz że przyjmuję Ebivol. Czym się pani tak denerwuje? Stresująca praca? Praca jak każda inna, bywa stresująca. No to pewnie ma pani nerwicę. Dają mi zastrzyk i odsyłają do Nocnej Pomocy, na razie nie wymagam hospitalizacji, a na SORze tylko pilne przypadki. Ze stresu gardło mi wysycha tak, że nie mogę oddychać, ale jadę. W NP spada mi trochę ciśnienie, ale nieznacznie, dostaję kolejny zastrzyk. Tętno nadal jest wysokie i odsyłają mnie z powrotem do szpitala, gdzie spędzam 4 godziny podłączona do kroplówki, z wypisem, a raczej tylko i wyłącznie opisem tego, czego doświadczyłam. Zalecana konsultacja z lekarzem rodzinnym.

Kilka dni później idę prywatnie do kardiologa - ciśnienie całkiem dobre, tętno przyspieszone. Usg nie wykrywa żadnych zmian w sercu, jest git.
Idę też prywatnie do neurologa - 250 zł w plecy i alleluja. Wie pani co, opisane objawy mogą mieć związek z różnymi chorobami neurologicznymi, nie chciałbym pani straszyć, ale... I już w głowie mam wizję guzów i innych zwierzątek pełzających do tyłu, tak szeroko opisywanych w googlowych publikacjach. Trzeba koniecznie zrobić rezonans głowy, odcinka szyjnego, żył. Dostaję skierowanie, dzwonię do prywatnych placówek, cena zbija mnie z nóg, nawet, jak na to, że w miarę dobrze zarabiam.

W końcu po kilku dniach i codziennym wiszeniu po pół godziny na linii, dodzwaniam się do rejestracji mojej przychodni, po to, by po raz kolejny usłyszeć, że "sory-memory". Placówka ma kilka swoich oddziałów przychodni, w innej są miejsca do rodzinnego, ale to wiąże się z przeniesieniem. Dobra, niech będzie.

Doktor nr 3 - i tego samego dnia trafiam w dziesiątkę. Mówię o tym z czym się borykam i o szpitalnej akcji. Lekarz pyta mnie o wszystkie objawy, więc wymieniam to co, dotychczas miałam: wysokie ciśnienie, tachykardia, bóle migrenowe z aurą, wymioty, oczopląs, drgania obok powiek, nadwrażliwość na dźwięki i światło, drgawki. Pyta, jak te drgawki wyglądają, więc opisuję - podnosi mi kończyny, czuję jakbym miała wyładowania do głowy, czasem odrzuca mi głowę na bok.

Bingo - podejrzenie padaczki.

Czuję jakby ktoś wcisnął mi reset w mózgu, więc pytam, jak to? Ano rodzajów padaczki jest kilkadziesiąt, nie każda wygląda tak samo. Nie musi przecież nas rzucać na ziemię ze ślinotokiem. I owszem, pani objawy są niepokojące, trzeba pilnej konsultacji z neurologiem. Na szczęście tę na NFZ mam za kilka dni.
Przez kilka ostatnich dób do wizyty boję się zasnąć, z obawą, że dostanę padaczki i palpitacji serca. I w końcu nadciąga ten wyczekiwany, piękny dzień.

Neurolog to starsza pani, lekko niedosłysząca. Zagląda do starego i świeżego skierowania z padaczką. Niech pani streści swój życiorys, dolegliwości i ten swój atak. Zaczynam opisywać, tylko po to, żeby za chwilę zebrać soczysty opierdziel. Ma pani wynik EEG? Nie? No to nie musi być padaczka i pewnie nią nie jest, to pewnie nerwica. I w ogóle kto pani takich głupot naopowiadał? Do neurologa to idzie się w ostatniej kolejności, najpierw trzeba sprawdzić wszystkie opcje. Była pani u kardiologa? No byłam, ale za bardzo poprawy nie ma. No jak nie ma, to pewnie nerwica, już pani mówiłam. Miesiączkę ma pani regularną? Ostatnio może nie za bardzo, ale wszystko konsultowane ginekologicznie, mieści się w granicach normy. Stres of kors. Pani doktor stuka mnie młoteczkiem po policzkach i stwierdza, że to mogą być równie dobrze zaburzenia hormonalne i ona to czuje. Do mojej kolekcji trofeów dołącza skierowanie do endokrynologa, a to co czuję ja, to to, jak cofam się do tyłu. Każe mi wrócić po endokrynologu i EWENTUALNIE wtedy zrobimy EEG. Termin do endokrynologa... Około dwóch - trzech miesięcy.

Wychodzę i po prostu ryczę. Z bezsilności, straty czasu, braku jakiejkolwiek pomocy. Zaczynam się zastanawiać, czy może ze mną jest coś nie tak i wyolbrzymiam?
Następnego dnia rozmawiam z dobrą znajomą z Ukrainy i nakreślam jej mniej więcej patową sytuację. Swieta jest zszokowana i zaczyna opowiadać o tym, jak działa u nich prywatna służba zdrowia, jak również o tym, że wiele Polaków oraz innych zachodnich sąsiadów przyjeżdża do nich na diagnostykę oraz leczenie.

Jestem pełna uprzedzeń co do funkcjonowania ukraińskiej służby zdrowia, ale razem ze Swietą kalkuluję, czy faktycznie to mi się opłaca. Koszt ok. 1300 zł, czyli mniejszy niż za moje 3 rezonanse w Polsce prywatnie. Obejmuje to przejazd, nocleg, pakiet badań na najnowszych sprzętach medycznych: rezonans głowy i tętnic, przysadki mózgowej, szyi i tętnic szyjnych, kręgosłupa, usg serca, szyi, tarczycy, badania laboratoryjne, badanie EEG, konsultację neuropatologa. Wszystko, autentycznie - W JEDEN DZIEŃ, włącznie z wszelkimi wynikami i konsultacją.

Biorę wolne na trzy dni - jedziemy we środę, czwartek badania i piątek dajemy sobie na zakładkę w razie co.
Praktycznie nie śpię całą noc, z nerwów i ekscytacji. Ze wszystkiego na przemian.

Na pierwszy rzut badanie EEG - owszem, coś tam wyszło. Mój mózg bardzo żywo reaguje na bodźce świetlne i jest "w spazmach", podłoże nerwowe. Podejrzenie padaczki, ale dla pewności trzeba wykonać rezonans.

Następnie usg szyi - tętnica prawa zwężona. Usg tarczycy - guzek, do dalszej diagnostyki, zapewne hormonalny.

Szereg rezonansów magnetycznych potwierdza - padaczka o charakterze mioklonicznym. Do tego zwężona tętnica w głowie, naczyniak kręgosłupa szyjnego, a w bonusie przepuklina na dolnym odcinku kręgosłupa i początki osteochondrozy. Niestety również i nerwica, która jasno wyszła na EEG i która była powodem nasilania się moich drgawek podczas napadów. To nic z czym nie da się żyć i walczyć, ale w końcu wiedziałam, co mi jest. Byłam po prostu szczęśliwa.

Po powrocie do Polski wszelkie badania i zdjęcia z rezonansów zostały przetłumaczone i zaakceptowane jako zgodne, tylko badanie EEG zostało zrobione raz jeszcze, potwierdzając wszystko powyższe.

Bardzo chciałabym wysilić się na jakąś puentę, ale nie mam siły. W jeden dzień dowiedziałam się tego, o co walczyłam przez rok, ba, nawet o wiele więcej, co znacznie przyspieszyło moją "walkę" na różnych płaszczyznach.

Pytania rzucone w tłum.
Ile jest takich osób, które jak kauczuk odbijają się od drzwi do drzwi instytucji medycznych, doświadczając opieszałości lub totalnej ignorancji?
Ile jest osób, które dzięki wykonywanej pracy mogą pozwalać sobie na to, aby tak się odbijać?
I w końcu ile jest osób, które mają determinację i środki pieniężne, aby to robić?

Jest mi po prostu przykro.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (222)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…