Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#86181

~PyzyZMiesem ·
| Do ulubionych
Historia o pierwszych i zapewne ostatnich wspólnych wakacjach ze znajomymi.

Słowem wstępu: Kasię poznałam na studiach. Znajoma znajomej, ja szukałam współlokatorki do pokoju w studenckim mieszkaniu, a ona właśnie szła na studia w tym samym mieście. 2 lata młodsza ode mnie, ale mieszkało nam się wspólnie idealnie. Na studenckie imprezy nie wychodziła, bo zawsze jak najszybciej wracała do rodzinnego domu i chłopaka. Mieszkałyśmy razem 3 lata, w tym czasie Bartka (chłopaka Kasi) widziałam może ze 2 razy. Na studia magisterskie Kasia dojeżdżała już z rodzinnego domu, ale dalej utrzymywałyśmy świetny kontakt. I tak minął kolejny rok naszej znajomości.

Historia właściwa rozpoczęła się na początku lata 2019 r. Kasia rzuciła pomysł, abyśmy pojechali w tym roku na wakacje wspólnie, wraz z naszymi narzeczonymi. Trochę się bałam tego wyjazdu, bo jednak zawsze spędzałam wakacje tylko we dwoje, ale co tam. Przecież mieszkałam z Kasią i dogadywałyśmy się świetnie, więc co mogłoby pójść nie tak?
Kierunek wyjazdu był moim pomysłem - Chorwacja, bo można dojechać samochodem, a w 4 osoby ma to sens. Wszyscy zaakceptowali pomysł, termin ustaliliśmy na wrzesień, zaklepaliśmy urlopy w pracy i pozostało ustalać szczegóły.
Postanowiliśmy jechać do Makarskiej i stamtąd robić jakieś wycieczki. Na mojej liście "must to see" był Dubrownik, na wszystko inne byłam otwarta. I już wtedy nastąpił pierwszy zgrzyt: "bo Kasia znalazła tanie loty do Dubrownika, a tak daleko jechać samochodem to się zmęczymy, taka daleka droga, bez sensu, lećmy na wakacje samolotem." Hmm... no nie. Czworo dorosłych ludzi, posiadających prawo jazdy, to wychodzi po 3 godziny za kółkiem na osobę. Poza tym Chorwacja to jedyne miejsce, gdzie jeszcze opłaca się jechać na wakacje samochodem. A zatem propozycja moja i Rafała (mojego partnera): albo samochodem do Chorwacji, albo samolotem w dowolne inne miejsce w Europie - mogą wybrać dokąd. Odpowiedź Kasi: "no dobrze, to pojedziemy autem, chociaż tak daleko i taka ciężka droga". W związku z tym wpadłam na pomysł podzielenia trasy na odcinki, taki Eurotrip - po drodze zwiedzamy Wiedeń i tam śpimy, a wracając zrobimy sobie nocleg nad jeziorem Balaton oraz przy Parku Narodowym Jezior Plitwickich. Kasia: „Świetny pomysł, ale to już w drodze powrotnej zrezygnujmy z tego Balatonu, bo to za dużo noclegów”. Okej, ustalone.
Środek transportu. Kasia zaproponowała, że pojedziemy ich samochodem. Jak dla mnie – bez znaczenia, nie boję się prowadzić innych aut, ale nie mam też problemu, żeby ktoś inny prowadził mój samochód. Ale skoro proponują, to super, jedźmy ich.

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Za kierownicą prawie cały czas siedział Bartek, chociaż proponowaliśmy mu zamianę. Tylko na 3-godzinnym odcinku po krętych drogach Słowenii samochód prowadził mój partner, Rafał.

Pierwsze 3 dni w Chorwacji przebiegły całkiem w porządku. Czas w ciągu dnia spędzaliśmy raczej osobno, wieczory integracyjne przy drinkach w apartamencie. Już wcześniej ustaliliśmy, że jednego dnia pojedziemy do miejscowości Split na wycieczkę (1 godzina jazdy od naszego noclegu). Plan był następujący: rano jedziemy samochodem na spływ pontonowy po rzece tuż obok Splitu, a potem resztę dnia spędzamy w Splicie i wracamy wieczorem na nocleg. Dzień wcześniej Kasia stwierdziła: „my jednak nie chcemy jechać na ten spływ, ale widzieliśmy, że stąd są takie wycieczki busem – to może wy pojedziecie busem, a potem my was odbierzemy i razem pojedziemy do Splitu?”. Nasza decyzja: okej, spoko pomysł, tak zróbmy.

Rano my się zebraliśmy, a Kasia z Bartkiem poszli na plażę. Umówiliśmy się około godziny 13.00 w miejscu zakończenia spływu. Płynęliśmy jednak tak szybko, że już o 11.00 było po wszystkim ;) A zatem telefon do znajomych – wracamy do Makarskiej busem i potem razem wyruszamy do Splitu. Wróciliśmy, zjedliśmy obiad, mija 13:00, a ich dalej nie ma w apartamencie. Dzwonię i słyszę „Nooo, my już się zbieramy z plaży. Ale tak sobie pomyśleliśmy, że w ogóle nam się nie chce jechać do Splitu. Może zrezygnujemy z tej wycieczki?” Zatkało mnie. Bo przecież mogli to postanowić rano, dać nam samochód i sami byśmy sobie pojechali. Kiedy przyszli i zobaczyli nasze miny stwierdzili, że tylko się przebiorą i jedziemy. Ja zapewniłam, że nic na siłę, bo przecież nie o to chodzi, żeby na wakacjach robić coś wbrew sobie. „Nie, nie, nie, możemy jechać, przecież wam obiecaliśmy”. Pojechaliśmy. Ja z Rafałem postanowiliśmy wejść górskim szlakiem na szczyt, żeby zwiedzić ruiny zamku, natomiast Kasia z Bartkiem postanowili tylko pospacerować po mieście. Wspinaczka trochę nam zajęła, potem chcieliśmy jeszcze posiedzieć trochę na plaży, pozwiedzać miasto itp. O godzinie 18.00 odbieram telefon: „hej, jesteście już gotowi? Bo za 15 minut kończy nam się opłata za parkowanie, to może byśmy nie przedłużali tylko już wrócili?”. Co mieliśmy zrobić? Wróciliśmy, bo przecież nie będziemy ich zmuszać, aby na nas czekali...

Dzień siódmy – wycieczka do Dubrownika (2,5 – 3 godziny jazdy samochodem od Makarskiej). Już wcześniej Kasia i Bartek coś przebąkiwali, że w sumie ma padać, a nie ma sensu zwiedzać miasta w deszczu. Na ich nieszczęście rano pokazało nam się piękne słońce i wyruszyliśmy na wycieczkę. Po zaparkowaniu wywiązał się dialog:

Kasia i Bartek: To o której spotykamy się przy aucie?
My: No nie wiem, jak najpóźniej, może tak koło 21?
KiB: Niee, to za późno, będziemy zmęczeni, jedźmy wcześniej.
My: No, ale jak nie chcesz prowadzić, to przecież Rafał spokojnie pojedzie, to nie jest problem.
B: Nie, ja dam radę, ale nie tak późno. O 18.00 moglibyśmy wyjechać.
My: No to może krakowskim targiem 19.30 – o 19.00 jest zachód słońca, to sobie zobaczymy i wyjedziemy.
KiB: okej, niech będzie.

Każdy poszedł w innym kierunku, ja już lekko zirytowana, ale przecież piękne miasto, Gra o Tron, rozkoszujmy się urlopem. Spacerujemy sobie z Rafałem po murach obronnych starego miasta i nagle mija nas Kasia. Następuje dialog:

Kasia: Hej, to o 18:00 widzimy się przy aucie.
Ja: No tak, do zobaczenia.
<chwila konsternacji>
Ja: Kasia, czekaj, jak o 18:00 jak umawialiśmy się później?!
Kasia: No niby tak, ale wiesz... Kto ma auto, ten ustala godziny ;> Na razie!

To było dla mnie jak policzek - taka przyjaciółka? Ostatecznie telefonicznie wynegocjowaliśmy godzinę 18.30 i piękny zachód słońca oglądałam przez okno samochodu.
Przedostatni wieczór. Kontakt werbalny ograniczyliśmy do minimum. Wiadomość na grupowym czacie:

Kasia: Jutrzejszy nocleg w „Pensjonacie u Marii”, tutaj macie linka.
Ja: Kasia, ale przecież wysyłałaś wcześniej, że zarezerwowałaś nocleg w „Pensjonacie u Magdy”, to zupełnie inny ośrodek!
Kasia: Tak? Widocznie musiałam to zmienić.

Tutaj trzeba dodać, że oba ośrodki różniły się diametralnie standardem. Nie oczekiwaliśmy cudów, zamierzaliśmy też spać w 4-osobowym pokoju, ale rozlatujące się szafki i standard „polskiej wsi” był dla mnie przesadą.

Rafał: Kasia, no ale jak to zmieniłaś? Tu chodzą po podwórku kury, a ja w życiu nie zgodziłbym się na nocleg z kurami. Nie po to jadę na wakacje, żeby mieć pod oknem to ptactwo!!
Kasia: Wiesz co, to jest tylko jedna noc. My jakoś nie narzekaliśmy, jak we Wiedniu zarezerwowałeś nam nocleg w piwnicy.
Rafał: Ej, ale wiedziałaś wcześniej, gdzie nocujemy, widziałaś zdjęcia i zgodziłaś się na taki standard. A Ty nas postawiłaś przed faktem dokonanym i nie zapytałaś o zdanie.
Kasia: No trudno.

Ostatni dzień – Park Narodowy Jezior Plitwickich. Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, kilka godzin jazdy i byliśmy na miejscu. W Internecie pisali, że na zwiedzanie parku należy zarezerwować cały dzień. My skończyliśmy wycieczkę wczesnym wieczorem. Kiedy wsiedliśmy do auta padło pytanie Bartka: „Chcecie jechać na ten nocleg czy od razu do domu?”. Przyjęliśmy to pytanie z wielką ulgą i zgodnie ustaliliśmy, że nocleg odwołujemy nawet, jeśli musielibyśmy pokryć całość kosztów… Jak widać wszyscy mieli już serdecznie dość tego wyjazdu.

Po wyjeździe nasza przyjaźń wisiała na włosku. Już wcześniej poprosiłam Kasię, żeby była moją świadkową na ślubie i teraz zastanawiałam się, czy to odwoływać, czy też nie. Biłam się z myślami, kiedy po miesiącu Kasia odezwała się na naszym wakacyjnym czacie.

Kasia: Cześć. Przyszła do nas niemiła pamiątka z wakacji. Już wcześniej dostaliśmy mandat na XX koron czeskich, ale taka mała wartość, że nawet wam nie pisaliśmy. Teraz dostaliśmy mandat z Austrii na 150 euro. To już jest dość dużo i chciałabym zapytać, czy poczuwacie się do współdzielenia kosztów.

No nieźle. Ja byłam w stanie już im zapłacić, ale Rafał mnie powstrzymał: „Zastanów się, mandaty za prędkość są przewinieniem kierowcy. Po co ten Bartek tak gnał? Przecież wszyscy wiedzą, że w Austrii trzeba przestrzegać przepisów, bo mandaty są wysokie, a oni naprawdę to kontrolują.” No cóż... Przyznałam mu rację. Odpisał więc:

Rafał: Jeżeli to mandat z odcinka, który ja prowadziłem, to zapłacę go w całości.
Bartek: Nie ma o czym rozmawiać już, mandat jest z dnia, kiedy wyjechaliśmy z Wiednia, więc równie dobrze ty mogłeś prowadzić, ale nie jestem pewien. Nie ma sprawy, zapłacę to sam.
Rafał: Ale ja dokładnie wiem, gdzie prowadziłem: od miejscowości XX o godzinie XX (jedliśmy śniadanie w McDonald's i płaciliśmy kartą ;) ) aż do granicy Chorwacji.

No cóż. Nastąpiła obraza majestatu. Bo Bartek ciągle prowadził, a my się teraz nie poczuwamy do współdzielenia kosztów. To nieważne, że nikt mu nie kazał pędzić i wielokrotnie proponowaliśmy zamianę za kierownicą. Powiem szczerze, że zrzucilibyśmy się na ten mandat, gdyby całe wakacje wyglądały inaczej. Ale jeśli ktoś mi mówi, że „kto ma auto, ten ustala godziny” no to sorry...

Wakacje ze znajomymi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (225)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…