Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#86255

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkając jeszcze w Polsce czy w Irlandii, często słyszałam od ludzi mieszkających w Niemczech różne historie o piekielnych sąsiadach, głównie w wieku emerytalnym, którym wszystko przeszkadza i którzy uprzykrzają życie, np. przychodząc z pretensjami lub nawet wzywając policję, kiedy ktoś włączy odkurzacz, ubija kotlety, zadzwoni mu budzik lub po godzinie 22 spuści wodę.

Traktowałam te opowieści raczej z przymrużeniem oka, dopóki sama tam nie zamieszkałam i nie przekonałam się, że ludzie potrafią zachowywać się, powiedzmy, dziwnie. Nie wiem, czym pewne zachowania są spowodowane, może są to różnice kulturowe, może stetryczenie, może lata "chowu wsobnego" w Bawarii zrobiły swoje i coś się poprzestawiało w puli genetycznej, a może jeszcze coś innego. Z tego, co z reguły czytam/słyszę, bardzo popularnym egzemplarzem jest nadwrażliwy emeryt, który jest zawsze w domu i któremu wszystko przeszkadza, nawet, że za głośno oddychasz.

U mnie w budynku takich zawziętych strażników ciszy, którym przeszkadzają codzienne czynności, na szczęście nie ma, ale jest za to kilka innych okazów. Opisane sytuacje wydarzyły się na przestrzeni 9 lat, kolejność od najdrobniejszej do najbardziej piekielnej. O ile pierwsze trzy są nieszkodliwe i bardziej do pośmiania się, to z ostatnim osobnikiem jest faktycznie duży problem.

1. Babcia z dołu.

W mieszkaniu pod moim mieszka babcia, ponad 90 lat, bardzo sympatyczna, trochę przygłucha. Mówiąc "trochę" mam na myśli, że trzeba do niej mówić bardzo głośno i powoli, a jak włączy telewizor, drży cały blok. Lat temu bodajże 8, kiedy z pierwszym mężem podjęliśmy decyzję o rozstaniu, odbyliśmy tę rozmowę w niedzielne popołudnie. Bardzo cicho i spokojnie, bez krzyków czy awantur. W dodatku po angielsku.

Następnego dnia, kiedy wychodziłam do pracy, babcia z dołu zaczepiła mnie na schodach. Po zwyczajowej wymianie uprzejmości powiedziała mi, że mam się niczym nie przejmować, to że będę teraz mieszkać sama, to nic złego, ona też mieszka sama, i inne babcie w bloku też. Na pewno dam sobie radę. Jak chłop się chce wyprowadzić, to niech się wyprowadza i kij mu w oko. Byłam dość zaskoczona, poza tym nie radziłam sobie przesadnie z językiem (przy wysileniu zwojów mózgowych rozumiałam, co się do mnie mówi, ale ciężko mi było samej coś sensownego powiedzieć), więc powiedziałam tylko, że miło z jej strony, dziękuję za ciepłe słowa i się pożegnałam. Po chwili dopiero dotarło do mnie, że z byłym przecież rozmawialiśmy naprawdę cicho, on po tej rozmowie nigdzie nie wychodził, a zanim odbył rozmowę ze mną, raczej nie zwierzał się babci z dołu, z którą nigdy słowa nie zamienił, że będzie chciał ode mnie odejść. No więc jakim cudem babcia, która normalnie nie słyszy, co się do niej mówi, wiedziała, co się dzieje w moim domu? W bloku jest niezła izolacja, a dziur w podłodze nie mam.

2. Babcia z góry, rok 2013 lub 2014.

Któregoś wieczoru usłyszałam dochodzące skądś piszczenie czujnika dymu. Jakby z dołu. Zeszłam na dół, próbując zlokalizować źródło i weszłam do piwnicy. Pisk dochodził z tzw. pomieszczenia elektrycznego, znajdującego się za ciężkimi ognioodpornymi drzwiami. Pomieszczenie było zamknięte, klucz miał tylko dozorca, który był na urlopie. W administracji osiedla tez nikt nie odbierał telefonu, nawet alarmowego (było po 22). Dym się nie wydobywa, drzwi zimne, ale mimo to warto sprawdzić, co się tam stało, poza tym pisk był już bardzo głośny i było go wyraźnie słychać u mnie w mieszkaniu. Zadzwoniłam w takim razie na straż pożarną. Dyspozytor podziękował za zgłoszenie i powiedział, że wysyła natychmiast ekipę z ciężkim sprzętem (trzeba się do tego pomieszczenia jakoś dostać). Za chwilę przyjechały 3 wozy na sygnale, wybiegł z nich tłum strażaków, dostali się do pomieszczenia i zresetowali czujnik dymu. Winne okazały się tylko wyczerpane baterie. Co ciekawe, przez ten cały czas, nikt z sąsiadów nie zainteresował się, co się dzieje i dlaczego przed klatką stoi kilka wozów straży pożarnej na sygnale.

Spisujemy jeszcze tylko szybko protokół i panowie się żegnają, kiedy na sygnale przyjeżdża policja. Jak się okazuje, wezwana przez babcię z góry z powodu zakłócania ciszy nocnej (babcia poskarżyła się policji, że sąsiedzi hałasują, nie dodała jednak, że chodzi o straż pożarną). Policjanci i strażacy, widząc się nawzajem, byli lekko zdezorientowani, ale zaraz w koszuli nocnej i wałkach na głowie zeszła babcia z góry, pomstując na czym świat stoi o "hałasowanie po nocy strażą pożarną" i żądając od policji zrobienia z tym porządku. Główny strażak puknął się w czoło, pytając babcię, czy jak następnym razem zapali jej się pod dupą, to mają nie gasić. Babcia na to, że ona mieszka na czwartym piętrze, do niej żaden ogień nie dotrze i ona sobie żadnej straży pożarnej na przyszłość nie życzy. Dostała pouczenie.

3. Sąsiad pedant z naprzeciwka.

Bardzo sympatyczny, samotny pan, w wieku trudnym do określenia, coś pomiędzy 30 a 60. Dość pedantyczny, swoje mieszkanie odkurza codziennie punktualnie o 5 rano, a jego sposób wieszania prania przypomina szachownicę (w sensie tak równiutko jak od linijki).

Niedługo po przeprowadzce do Monachium musieliśmy wyjechać na 4 dni do Polski. Mieliśmy wtedy chomika i ponieważ lecieliśmy samolotem i nie mogliśmy go ze sobą zabrać, musieliśmy poprosić kogoś z sąsiadów, żeby pod naszą nieobecność dał mu jeść i zmienił wodę w poidełku. Mieliśmy parę zaufanych sąsiadów (Polka i jej partner), ale niestety wyjeżdżali w tym samym czasie, więc musieliśmy poprosić kogoś innego. Padło na pana z przeciwka. Pan bez problemu się zgodził, przyszedł zobaczyć chomika, pogłaskał go (chomik był trochę nietypowy, bo do wszystkich szedł i uwielbiał, jak go ktoś głaskał lub nosił na rękach), opowiedział nam, że jako dziecko sam chciał mieć chomika, więc oczywiście, zajmie się najlepiej, jak będzie umiał.

Po powrocie zauważyliśmy, że pan z naprzeciwka nie tylko karmił i poił chomika, ale również wysprzątał mu klatkę, kupił dodatkowe trociny, a oprócz tego wysprzątał nam mieszkanie: wyniósł śmieci, odkurzył, umył podłogi (nie żebyśmy wcześniej mieli brudno, ale widać było, że jest świeżo wymyte, poza tym środki czystości stały na wierzchu) i poprzestawiał kwiatki na parapetach, żeby stały równiutko. Trochę "overkill". Poszliśmy do pana podziękować za opiekę nad chomikiem i pytamy, dlaczego u nas sprzątał, bardzo oczywiście miło z jego strony, ale nam głupio tak teraz i w ogóle. On na to, że chomikowi sprzątał codziennie klatkę, żeby miał czyściutko i skończyły mu się trociny, to kupił nowe. A jak zmieniał trociny, trochę wysypało mu się na podłogę i chciał odkurzyć, a jak już zaczął odkurzać, to wysprzątał całe mieszkanie. Bardzo miło, no ale naprawdę nie trzeba było.

Jakiś miesiąc później chciałam zrobić na szybko coś na kolację i przypomniałam sobie, że w zamrażalniku miałam pudełko z sosem bolognese, którego kiedyś zrobiłam więcej i zamroziłam. Zanurkowałam w zamrażalniku, wyciągnęłam gdzieś z głębi pudełko i widzę, że połowy sosu nie ma. I to nie tak, jakby ktoś rozmroził, zjadł połowę i zamroził resztę, tylko połowa zamrożonego sosu była idealnie równiutko odkrojona. Pytam się byłego, dlaczego zjadł połowę sosu, nic mi nie mówiąc, i go jeszcze tak głupio kroił zamiast rozmrozić. On na to, że nie wie, o czym mówię. Przecież zawsze jemy razem.

Zaczęliśmy się zastanawiać, co się mogło stać. I przypomnieliśmy sobie o panu z przeciwka, który jako jedyny przebywał w naszym mieszkaniu pod naszą nieobecność. Widocznie zgłodniał podczas sprzątania i się poczęstował. Nie żebym mu tam żałowała, czym chata bogata, ale to jednak trochę zbyt dziwne, zwłaszcza że pudełko z sosem nie leżało na wierzchu, tylko było dość głęboko schowane. Nie chcieliśmy myśleć, gdzie jeszcze grzebał, czego jeszcze szukał i co przestawiał, żeby było równiutko; postanowiliśmy na przyszłość nie dawać mu kluczy.

4. Dziadek nazista z klatki obok. O ile w poprzednich przypadkach można mówić o nieszkodliwych dziwactwach, to z nim naprawdę jest problem. Nienawidzi cudzoziemców i opowiada wprost, jak to za pana na H było dobrze, bo "robił porządek z Auslendrami" i wtedy to były czasy, a teraz nie ma czasów. Sąsiadów atakuje bezpośrednio (wyzywając, grożąc, strasząc dzieci, niszcząc mienie) lub pośrednio przez pisanie wyssanych z palca skarg, donosów, pozwów (żona jest emerytowanym prawnikem, więc pewnie ona mu je pisze), nasyłanie policji itd. Czepia się tak absurdalnych rzeczy, że ktoś podlewa kwiatki na swoim balkonie i przy tej czynności wystaje ponad barierkę, a w regulaminie wspólnoty jest napisane, że nic na balkonie nie może ponad barierkę wystawać, albo że ludzie w okresie świątecznym dekorują okna, a jemu to przeszkadza. Szczególnie cięty jest na ludzi z Europy środkowo-wschodniej.

Mnie ze względu na nazwisko oraz fakt, że przez kilka lat jeździłam samochodem z kierownicą po drugiej stronie, uważa za Brytyjkę, a ja nie wyprowadzam go z błędu, więc mam jeszcze względny spokój. Względny w porównaniu z innymi, ale swoje też z nim przeszłam. Raz miałam przeciętą oponę i raz urwane lusterko (zgłoszone na policję, ale że za rękę nie złapałam, nic nie mogą zrobić; fakt, że dziadek dzień wcześniej pluł się do nas o auto na obcych blachach, a do zniszczeń doszło w garażu podziemnym, do którego dostęp mają tylko mieszkańcy nie był wystarczającym dowodem) - skończyło się, jak przerejestrowałam samochód. Raz widział mnie, jak wyrzucałam śmieci i odniósł mi je do domu, bo on sobie nie życzy "auslenderskich" śmieci w niemieckich kontenerach (tu miał pecha, bo drzwi otworzył mu mój były, Niemiec, więc dziadek budynek opuścił niemalże na kopach). Kiedy miałam remontowany balkon, stał pod nim codziennie i robił kafelkarzowi zdjęcia oraz napisał kilka donosów do właścicielki mojego mieszkania, opisując, jak ja to mieszkanie niby zdewastowałam. Właścicielka przekazała mi kopie listów, które od niego dostała, a ja wybrałam się z nimi do dziadka, w swojej naiwności licząc na to, że uda mi się z nim porozumieć jak z człowiekiem i wyjaśnić temat.

Przeliczyłam się, dziadek mnie opierdzielił i zwyzywał, a potem napisał skargę do administracji osiedla oraz właścicielki mieszkania, jak to ja go niby naszłam w domu późnym wieczorem, agresywnie się zachowując. Na szczęście przed rozmową z dziadkiem włączyłam nagrywanie w telefonie, więc bez problemu udowodniłam, ze "późny wieczór" była to 18:50, a agresywny był wyłącznie on. Właścicielka najpierw próbowała interweniować w jego sprawie w administracji, tam jednak powiedziano jej mniej więcej, że oni chcą mieć święty spokój, dlatego łatwiej jest im iść na rękę dziadkowi. Ostatecznie kobieta poinformowała go, że jeśli ja przez jego szykany się wyprowadzę, to ona pozwie go za poniesione przez nią straty czy utratę dochodu czy coś tam, i że nie odpuści. Nie wiem, czym tam go jeszcze postraszyła, ale chyba pomogło, bo na razie, odpukać, mam od 4 lat spokój, dziadek, jak mnie widzi, nawet mi grzecznie mówi „dzień dobry”.

Przerąbane ma za to moja sąsiadka Polka ze swoim partnerem (partner pochodzi z Rumunii). Na swoje nieszczęście mają jeszcze psa. Co chwilę mają kontrole z różnych miejsc, gdyż dziadek donosi, że dewastują mieszkanie, że znęcają się nad psem, że po nim nie sprzątają (po psie, owszem, sprzątają, dziadek jednak podąża ich tropem, wyciąga torebki z odchodami ze śmietnika, rozrzuca zawartość, fotografuje i pisze donos), że pies jest niebezpieczny i atakuje ludzi, że kradną samochody i łupy trzymają w garażu, i tak dalej, i tak dalej, co tylko dziadkowi przyjdzie do głowy. Oprócz tego dziadek działa również bezpośrednio, zostawiając im na wycieraczce dwójeczki (produkcji zapewne własnej), kradnąc im pocztę ze skrzynki, co jakiś czas mają też uszkodzony samochód.

Każda taka akcja jest zgłaszana, tylko że albo nie został złapany za rękę (więc wszyscy wiemy, kto to, ale nie można udowodnić), albo, jak już zostanie na czymś złapany, typu wyzwiska czy przysłanie pogróżek (robi to swoją drogą tak sprytnie, że między wierszami można bez problemu wyczytać, że dziadek czymś grozi i z jakiego powodu, ale oficjalnie nie ma się do czego przyczepić), gdzie podpisuje się imieniem i nazwiskiem, okazuje się, że dziadek ma jakieś tam "żółte papiery" i nic mu nie można za bardzo zrobić. Stopień jego niezrównoważenia nie jest jednak na tyle silny, żeby uznać, że stanowi zagrożenie i zamknąć go w zakładzie. Wszystkie donosy dziadka traktowane są za to z pełną powagą. W pewnym momencie moi sąsiedzi byli oboje już tak udręczeni, że brali pod uwagę rozwiązanie wymagające czarnego worka i metalowej rurki.

Wyprowadzka w mieście, gdzie mieszkań jest o wiele mniej niż chętnych, a ceny najmu są astronomiczne nie wchodziła u nich w grę, ze względu na to, że mając psa mieli marne szanse na wygranie castingu, a niski dochód nie pozwalał na płacenie wyższego czynszu. Zresztą nie mieli też gwarancji, że w nowym miejscu nie trafiliby na drugiego takiego wariata.

Kilka miesięcy temu dziadek się jednak doigrał. Wpuszczając super glue do zamków w ich samochodzie niechcący nagrał się na kamerkę samochodową zamontowaną w ich drugim samochodzie, zaparkowanym bezpośrednio za tamtym. Nareszcie był konkretny dowód, wezwali policję, dziadek miał sprawę w sądzie, którą przegrał. Musiał zapłacić karę oraz zasponsorować im nowe zamki (plus opłacić koszty postępowania). Najpierw biegał po osiedlu, skarżąc się naokoło, jak go sąsiedzi imigranci prześladują i musi zapłacić kilka tysięcy kary, a nie ma biedny z czego, potem zmienił zdanie i chwalił się, jak to wygrał sprawę przeciwko imigrantom i oni muszą teraz wypier… z jego kraju, a następnie poszedł się chyba poskarżyć lokalnej prasie, gdyż niedługo później w lokalnej gazecie (link podesłała sąsiadka) ukazał się artykuł o tym jak to biedny emeryt mobbingowany przez sąsiadów cudzoziemców miał sprawę w sądzie, mimo iż ci, jego zdaniem, nie mieli żadnych dowodów jego winy. Gdyby ktoś był ciekaw, tutaj artykuł (co prawda po niemiecku, ale google daje radę - lepiej tłumaczyć na angielski, ale po polsku też idzie się zorientować):
https://www.merkur.de/lokales/ebersberg/ebersberg-ort28611/nachbarschaftsstreit-wird-vor-amtsgericht-eberberg-verhandelt-rentner-74-muss-zahlen-10260464.html.

Wyjaśnienie odnośnie artykułu. Pomijając fakt, że jest on napisany tak bełkotliwie, iż, nie znając sprawy, miałabym trudności ze zorientowaniem się, o co tam chodzi (dziadek go chyba dyktował), pojawia się pewna nieścisłość. Sąsiadka mówi, że dziadek sprawę przegrał i został obciążony wszystkimi kosztami (których wyszło łącznie ponad 3000 euro). W artykule podane jest, że sprawę niby umorzono, jednak dziadek mimo to dostał karę (co się chyba trochę kupy nie trzyma, ale nie jestem prawnikiem, nie znam się), ale nie musiał zwracać kosztu nowych zamków. Jak było naprawdę, wiedzą tylko sami zainteresowani, ale biorąc pod uwagę inne bzdety, które dziadek wypisywał, osobiście skłaniam się raczej ku wersji sąsiadki i że dziadek naziol naopowiadał głupot dziennikarzowi

sąsiedzi

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (123)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…