Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#86499

(PW) ·
| Do ulubionych
Dodzwonić się do okolicznej przychodni w normalnym czasie to był prawie cud (spora placówka i tylko jeden numer telefonu), a teraz podobno w ogóle jest to niemożliwe. Drzwi są za to zamknięte na głucho z wywieszoną kartką "proszę dzwonić pod numer..." Z tego powodu od pewnego czasu daję się ubłagać i naginam swoje zasady, pomagając sąsiadom.

1) Niewchłanialne szwy na prawej łopatce, przenoszone ponad 3 tygodnie, zaczął się stan zapalny, bo o ile samo przenoszenie szwów co najwyżej skutkuje brzydką blizną, o tyle tutaj ewidentnie tkanka się naderwała, sąsiadowi skończyło się L4, musiał wrócić do pracy i tam "jakoś czymś zahaczył", mimo ostrożności. Facet nie chciał iść z tym na SOR, bo oni nie są od takich rzeczy (prawda), szyli go właśnie w lokalnej przychodni i gdziekolwiek się zwrócił, mówili, że powinni mu szwy zdjąć tam, gdzie zakładali (też prawda). I tak sobie chodził ze szwami prawie 2 miesiące od momentu założenia, bo w tak zwanym międzyczasie wybuchła pandemia i poradnia chirurgiczna w lecznicy zamknęła się na głucho, a dodzwonić się nie dał rady mimo kilkuset prób. Na miejscu usłyszał, że nie ma chirurga i ma sobie iść, świąteczna pomoc powiedziała mu to samo.

Zdjęłam, opatrzyłam, zaaplikowałam lek przeciwzapalny z własnych zapasów i - zaciskając w sumieniu zęby ze złości - w razie jakichkolwiek komplikacji kazałam jechać na ten SOR, bo lepiej jemu tam czekać pół doby na obejrzenie przez kogoś mającego na podorędziu coś więcej niż oczy, pincetę i apteczkę niż zapaskudzić zaognioną ranę i dostać posocznicy, skoro się ma brudną pracę, a nocna opieka lekarska odmówiła wystawienia zwolnienia, bo przecież już go leczy chirurg specjalista... Doradziłam napisanie skargi i kazałam na siebie uważać.

2) Sąsiadka ma cykliczne iniekcje. Raz się dodzwoniła i umówiła, że przyjdzie, więc jej otworzono, raz się nie dodzwoniła i kołatała do drzwi ponad 20 minut, aż ktoś jej otworzył i z wielkim fochem zastrzyk zrobił, za drugim niedodzwonionym razem odmówiono jej wpuszczenia i przyszła do mnie. Zastrzyk zrobiłam z duszą na ramieniu, bo domięśniowe podanie leku to już poważniejszy paragraf niż wyciągnięcie nitki ze skóry w razie jakichkolwiek komplikacji. Poradziłam następnym razem walić do drzwi tak długo, aż ktoś otworzy i grozić wezwaniem policji za odmowę pomocy.

3) Zmiana opatrunku na odleżynie - pielęgniarka miała przyjść, ale się spóźnia czwarty dzień. Sklęłam w duchu pigułę, na czymś świat stoi, bo to po prostu skazanie człowieka na cierpienie. Na szczęście materiały opatrunkowe były na miejscu, przeszkoliłam rodzinę, jak się dało (co też powinna zrobić pielęgniarka, ale okazało się, że nawet pacjentowi nie pokazała, co może samodzielnie ze sobą zrobić!) i poważnie zaczęłam się zastanawiać nad jakimiś regułami podziemnego medclubu, bo sytuacja przestała mi się podobać w najmniejszym stopniu. Choć za opatrunki jeszcze nikogo nie posadzili, to wolałabym nie tłumaczyć sądowi, że muszą mi udowodnić winę, a nie ja swoją niewinność.

4) Perełka z dzisiejszego ranka. Odsypiam nockę, kiedy do drzwi dzwoni sąsiadka znana mi ledwo-ledwo z widzenia. Wnuczka opiekuje się pradziadkiem (człowiek rakowy, łóżkowy, po dziewięćdziesiątce...), dziadek zacewnikowany, miał mieć zmieniony cewnik prawie dwa tygodnie temu, ale nie przyjechała po niego umówiona transportówka, dwa razy dodzwoniła się do poradni, kazali jej czekać, potem już nie dała rady się skontaktować. Żadna prywatna praktyka pielęgniarska, żadna inna przychodnia nie zgodziła się wysłać nikogo na przecewnikowanie, pogotowie nie zgodziło się wysłać karetki, bo to nie bezpośrednie zagrożenie życia. Ja też nie zmieniłam tego cewnika.

Zakładanie cewnika u kobiety to pikuś, ale u faceta to zupełnie inna sprawa, zwłaszcza u pacjenta onkologicznego. Nie może tego zrobić pierwszy lepszy sanitariusz, tylko pielęgniarz urologiczny po specjalistycznym przeszkoleniu, a sytuacje, w których woła się do pomocy urologa nie są wcale takie wyjątkowe. Ze współczuciem rozłożyłam ręce, bo po latach od ostatniego cewnikowania uznałam, że ryzyko zrobienia jakiegoś mimowolnego błędu jest za duże. Może gdybym robiła to często, może gdybym ostatni raz robiła to kilka miesięcy temu, ale nie raz jeden w ogóle w życiu na praktykach. Dałam bardzo wredny, bardzo brzydki patent na to, co powiedzieć, żeby dyspozytor musiał wysłać karetkę... i życzyłam powodzenia.

To nie były rzeczy ratujące życie, ale na pewno ich zrobienie od razu poprawiło tego życia jakość u tych ludzi. Przyszli do mnie nie dlatego, że nie chciało im się działać normalnymi sposobami, ale dlatego, że już nie wiedzieli, co mają zrobić, bo lokalne struktury ich zlały z góry na dół, a rozsądek podpowiadał, że to jeszcze nie czas na służby nagłego reagowania. I było im bardzo głupio, szczególnie kiedy mówiłam, że np. za taki zastrzyk, w razie powikłań, będę mieć poważne nieprzyjemności.

Dlaczego, do ciężkiej cholery, żeby uzyskać DROBNĄ pomoc medyczną w tym świecie człowiek musi zacząć grać bardzo nieczysto, sięgać po nieetyczne sposoby i oszukiwać, bo inaczej zostanie zostawiony samemu sobie na wieczne czekanie z pustą obietnicą, że ktoś się nim zajmie, a ten ktoś nawet nie zadzwoni, że nie dotrze i trzeba szukać pomocy gdzie indziej?

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (198)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…