Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#86504

~SmutnaLokatorka ·
| Do ulubionych
Czytałam na Piekielnych często historie o toksycznych rodzicach, myślę, że i moja będzie tu pasować.

Jestem jedynaczką i pochodzę z dość zamożnej rodziny. Jest to o tyle ważne, że większość moich znajomych uważa, że miałam w życiu lepiej i łatwiej niż cała reszta świata. Z mojej perspektywy wygląda to trochę inaczej. Mogłabym opisać całą masę historii o tym, jak zachowanie mojej matki pozbawiało mnie na każdym etapie życia aż do matury znajomych i sympatii otoczenia, ale dziś chciałam się skupić na jednym konkretnym aspekcie.

Z rodzicami mieszaliśmy pod miastem w domu jednorodzinnym, do szkoły zawsze chodziłam w mieście, rodzice mnie zawozili i przyjeżdżali po mnie, nie tylko do szkoły, ale też na wszelkie zajęcia pozalekcyjne i spotkania towarzyskie. Do 18stki jechałam komunikacją miejską może ze 3 razy w życiu. Przed maturą planując studia pomyślałam, że czas najwyższy jakoś wyrwać się spod pantofla rodziców, czy raczej matki, bo mój ojciec był piekielny jedynie w swojej bierności wobec poczynań matki. Zagadałam więc z nimi temat, powiedziałam, że chcę się wyprowadzić do mieszkania do miasta, a raczej pokoju w dzielonym mieszkaniu. Byłam gotowa pójść do pracy i sobie na utrzymanie zarobić, nawet jeśli oznaczałoby to studia zaoczne i pracę na kasie albo mopie. Spodziewałam się różnej reakcji ze strony matki, ale co wtedy wydało mi się dziwne, zareagowała spokojnie, pochwaliła chęć usamodzielnienia się i powiedziała, że wrócimy do tematu po zdanych egzaminach maturalnych.

Faktycznie gdy było już po maturach rodzice zabrali mnie do miasta pod pretekstem obejrzenia mieszkań na wynajem. Byłam wściekła, bo miałam nadzieję, że w tym jednym dadzą mi wolną rękę, ale oczywiście nie chcąc im sprawiać przykrości pojechałam z nimi.

Zabrali mnie do dwupokojowego mieszkania w centrum, agentka zachwalała okolicę, sąsiedztwo i stylowy wystrój, a ja już wiedziałam, że czynsz musi być kosmiczny jak na studenckie możliwości i to kolejny sposób moich rodziców na trzymanie mnie na smyczy. Rzeczywistość okazała się być jeszcze gorsza - moi rodzice w momencie, gdy pokazywali mi mieszkanie byli już pod podpisaniu umowy kupna. Z entuzjazmem oznajmili, że kupili mi mieszkanie jako prezent na dobry start w dorosłe życie.

Większość z Was pewnie nie zrozumie, w czym problem i stwierdzi, że jestem rozwydrzoną niewdzięcznicą. Ale ja chciałam tylko jednego - odrobiny wolności i swobody, a całe życie czułam na karku oddech rodziców. I co miałam zrobić w tej sytuacji? Nie przyjąć mieszkania? Okazać niewdzięczność?
Miałam tylko nadzieję, że moja matka faktycznie mówi poważnie, że to prezent na dobry start w samodzielność, a nie kolejny sposób na kontrolowanie mnie i biadolenie, ile to ona dla mnie poświęciła.

Niestety, wyszło jak zwykle. Przez cały okres studiów mieszkanie było argumentem w każdej kłótni. Matka wyrzucała mi między innymi
- że nie ukończyłam studiów w terminie, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- że nie miałam średniej 5.0, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- że po studiach nadal nie mam narzeczonego, mimo, że kupiła mi mieszkanie (akurat tu po prostu przemilczałam jej, że się od dawna z kimś spotykam - niech to najlepiej świadczy o tym, jak świetny miałyśmy kontakt)
- że mam nadwagę, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- że moje koleżanki z roku są ładniejsze, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- i sto innych pretensji

Kilkakrotnie w trakcie studiów chciałam się wyprowadzić z mieszkania i iść w cholerę. Po każdej takiej rozmowie matka wpadała w histerię, szlochała, że wbijam jej nóż serce, że ona tak się starała, takie piękne mieszkanie, dla jedynej kochanej córeczki, a córka okazuje się żmiją...

Na studiach poznałam mojego męża i niedługo po obronie dyplomu postanowiliśmy wziąć ślub. Wesele i cyrki związane z zapoznaniem rodziny mojego męża to materiał na osobną historię, więc póki co pominę milczeniem, aby nie przedłużać.

Mąż wiedząc o moich perypetiach z mieszkaniem od razu zaznaczył, że chce, abyśmy po ślubie kupili własne, a to oddali moim rodzicom. Byłam oczywiście za, ale matka znów mnie "udobruchała" argumentując, żebyśmy odkładali póki możemy, będzie mniejszy kredyt, gdzie się spieszyć, póki dzieci nie ma... Mąż nalegał, ale z drugiej stronie właśnie mieliśmy w planach otwarcie własnej działalności gospodarczej i po szczerej, jak sądziłam, rozmowie z moimi rodzicami postanowiliśmy na razie zostać w mieszkaniu.

Firma się rozkręcała i w zasadzie w najgorszym możliwym momencie podjęliśmy decyzję o wyprowadzce póki co na wynajem. Dlaczego? Moja matka zachowała się jak zwykle i ciągle, wyrzucała nam, że:

- ona kupiła mieszkanie, a rodzice mojego męża nie dali podobnej kwoty w prezencie ślubnym (typowa klasa średnia z bloku, w dodatku mają 4 dzieci, a nie jak moi rodzice tylko jedno - i tak byli hojni na wesele)
- mój mąż nie pomagał mojemu ojcu w remoncie domu (mój mąż nie ma pojęcia o remontach, a ojciec robił remont raczej dla rozrywki niż z potrzeby)
- nie zatrudniliśmy córki jej koleżanki w naszej firmie - co z tego, że firma ledwo na siebie zarabiała póki co, a dziewczyna nie miała pojęcia i branży i nawet nie wiem, co miałaby robić
- Nie zaprosiliśmy jej koleżanek na wesele - nie znam tych kobiet
- Nie spędzamy z nimi każdych świąt - spędzamy co drugie, przy czym święta u moich rodziców to krótki wspólny posiłek z jednego dania, opowieści matki o jej pracy i telewizor chodzący non stop w tle.

I oczywiście zawsze pojawia się koronny argument - "mimo, że kupiłam WAM mieszkanie"

Decyzję o wyprowadzce podjęliśmy po kolejnej sprzeczce z matką, podczas której zaczęła poniżać mojego męża nazywając go nieudacznikiem i patologią.
Tego samego dnia zaczęliśmy szukać mieszkania na wynajem (zerowa zdolność kredytowa ze względu na raczkującą firmę), tydzień później spakowaliśmy cały dobytek, przeprowadziliśmy się, a klucze do świętego mieszkania mojej matki wrzuciliśmy do skrzynki na listy moich rodziców.

Od tego pory mamy jedynie sporadyczny kontakt z moimi rodzicami. Jest nam finansowo dość ciężko, ale dajemy radę, jest coraz lepiej, a ja chyba pierwszy raz w życiu jestem naprawdę szczęśliwa. Żałuję tylko jednego, że przez tyle lat nie potrafiłam odciąć pępowiny i pójść naprawdę na swoje.
Matka jest oczywiście obrażona, mieszkanie stoi puste, z tego co mówi ojciec, nawet nie próbują go wynająć, bo matka jest przekonana, że lada moment wrócimy z podkulonymi ogonami. Niedoczekanie.

rodzice matka

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (228)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…