Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#86565

(PW) ·
| Do ulubionych
Moje perypetie z właścicielem mieszkania, w którym wynajmowałam pokójb- piekielności jakich wiele, jednak krwi skutecznie mi napsuły.
Przypomniała mi się historia o tym, jak kiedyś, jeszcze za czasów studenckich szukałam pokoju do wynajęcia.
Co prawda studiowałam zaocznie, ale znalazłam też pracę i czułam dreszczyk emocji na myśl, że wreszcie pójdę "na swoje".
Mieszkanie, które znalazłam wydawało się w porządku, może meble trąciły trochę PRL-em, ale nowe panele, drzwi, wyremontowała łazienka i kuchnia. Za tą cenę nie ma co narzekać - pomyślałam.
Właściciel kontaktowy, miły, wszystko wydawało się być w porządku.

I było tak do pierwszej nocy spędzonej w moim pokoju. O ile wspomniane wyżej meble, pamiętające czasy Gierka mi nie przeszkadzały, o tyle wersalka, tym razem z epoki lat 90-tych okazała się być koszmarnie twarda. Na tyle, że budziłam się kilka razy w nocy. Nie wspomnę o innych małych, ale dość znaczących usterkach, jak np. zacinanie się kurka od prysznica, czy odpadające wieszaki, psująca się pralka, których nie dało się zauważyć na przy oglądaniu mieszkania.
Postanowiłam, więc nocować u mojego ówczesnego wtedy chłopaka i tak w rezultacie mieszkałam u niego przez parę dni.
Nie minął tydzień i dostaję telefon od właściciela. Że dlaczego wprowadziłam się, a nie mieszkam, że współlokatorki się niepokoją dlaczego mnie nie ma - których wcale nie znałam zresztą - i czy zamierzam tam wrócić.

Powiedziałam właścicielowi, że wrócić zamierzam, ale jednocześnie muszę wypowiedzieć z miesięcznym okresem wypowiedzenia, na co z niechęcią się zgodził.
Za kilka dni, choć nie upłynął jeszcze termin płatności czynszu - upływał 10-tego, dostaję pismo od właściciela, którym było wezwaniem do zapłaty, z groźbą zabrania kaucji na koszt poszukiwań nowej lokatorki i natychmiastowego wypowiedzenia mi pokoju. Oczywiście wszystko zapłaciłam w terminie, ale do tego czasu dostałam kilka telefonów od Pana Piekielnego z pretensjami dlaczego tak późno i gdzie w ogóle jestem, dlaczego się nie wprowadzam.

W końcu przyszedł czas urlopu i mojego wyjazdu w góry, o czym wspomniałam współlokatorkom. Miałam wyjechać na kilka dni, nie było mnie tydzień. Telefon od właściciela. Gdzie jestem, czy mam zamiar dalej tam mieszkać, czy zapłacę mu za kolejny czynsz, mimo że termin upływał za 2 tygodnie. Wspomniał też, że współlokatorki mówiły mu żeby wymienił zamki w drzwiach (sic!), bo mnie tam wiecznie nie ma.

Zbliżał się czas mojej wyprowadzki. Dwa telefony od piekielnego bohatera tej historii, czy na pewno chcę opuścić mieszkanie, mimo moich zapewnień.
Przy kolejnej zapłacie pretensje, że znów czekałam prawie do 10-tego i straszenie nieoddaniem mi kaucji.
W końcu w dniu przeprowadzki narzekanie, że wprowadziłam się na tak krótko, tak ciężko się ze mną skontaktować jak jestem w pracy- zawsze oddzwaniałam, czasem po kilku godzinach, ale jednak.

Na końcu komentarz, że pokojem zainteresowanych jest wielu chętnych na moje miejsce - w co nie chciało mi się wierzyć sądząc po tym ile czasu widniało w internecie.
Aż mi się przypomniały stare, dobre czasy, kiedy miałam naście lat i pilnowano mnie na koloniach...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (118)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…