Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#86707

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie jest to piekielność dużego kalibru, ale irytująca jak cholera. Przeglądając stare historie, przypomniałam sobie jak ostatnio zadzwoniła do mnie wybitnie uparta konsultantka, ze wspaniałą, niesamowitą, jedyną w swoim rodzaju i najlepszą we wszechświecie i okolicach, ofertą ubezpieczenia mojej skromnej osoby. Akurat jakiś czas wcześniej zastanawialiśmy się z mężem nad kwestią rozszerzenia naszych dodatkowych ubezpieczeń, więc uznałam, że co mi tam, posłucham, a nuż coś ciekawego mi zaproponuje. Pani z entuzjazmem zaczęła wyliczać mi wszystkie korzyści, niestety dość szybko w toku rozmowy wyszło, że to co mi proponuje, to już mam, nawet odrobinę lepsze. W tym momencie moje zainteresowanie opadło drastycznie, w związku z czym usiłowałam zakończyć rozmowę.

Usiłowałam jest tu słowem najbliższym prawdzie, bo choć starałam się zrozumiale przekazać, że jej oferta mnie nie interesuje, więc żegnam, miłego dnia, to niewiele z tego wynikało. Niestety pani była najwyraźniej nieźle wyszkolona w te klocki (a ja tego dnia miałam widocznie jakiś niedobór asertywności, /no i byłam przed pierwszą kawą.../), bo skubana tak mi za każdym razem niepostrzeżenie wchodziła w zdanie, że za cholerę nie szło zakończyć tej rozmowy. W takich okolicznościach postanowiłam wykorzystać myk, który pozwala mi zazwyczaj bezproblemowo zakończyć rozmowę, dodatkowo uszczęśliwiając konsultanta (a nawet ze dwa razy zdarzyło mi się rzeczywiście zawrzeć w ten sposób jakąś umowę). Mam osobnego maila na wszelkie cudowne oferty, do zakładania kont na różnych nieistotnych portalach itp., więc zwykle kiedy albo oferta rzeczywiście mnie interesuje, albo kiedy trafię na mocno zdeterminowanego konsultanta, a chcę stosunkowo szybko zakończyć rozmowę, pytam, czy jest możliwość, żeby przesłali mi ogólne warunki na maila, ja sobie poczytam, i wtedy pogadamy. Zadałam to pytanie kobiecie, która do mnie dzwoniła. Podejrzewam, że chyba ją zaskoczyła tak szybka propozycja podania maila, bo wygadała się, a pociągnięta za język nie bardzo miała jak mi naściemniać prosto w ucho, i wyszło, że ona jak najbardziej, z dziką wręcz rozkoszą, prześle mi umowę. Ale zaraz, jaką umowę? "No bo ta oferta działa tak, że zgoda na wysłanie przez nas maila jest jednoznaczna z akceptacją warunków, ale pani się nie martwi, można zrezygnować w ciągu trzech dni od otrzymania maila, i wtedy płaci się tylko pierwszą ratę, a ochrona ubezpieczeniowa i tak trwa 30 dni od otrzymania maila. No to słucham, na jaki adres wysłać umowę?". Wypowiedziane na jednym oddechu. No nie, ja nie chcę żadnej umowy, ja chcę przeczytać, co ewentualnie miałoby się w tej umowie znaleźć. "Niestety, tak się nie da, ale pani się nie martwi, można zrezygnować (...)". Zapętliła się kobieta. Mówię, że w takim razie, to ja podziękuję, wdech, żeby się pożegnać, a tu litania od nowa "ale niech pani się zastanowi! Nie zależy pani na rodzinie? Bo nasze ubezpieczenie nie tylko pokrywa koszty leczenia takich chorób jak x, y i z, czego inne ubezpieczenia zazwyczaj nie zawierają (no patrz, a moje jakoś zawiera...), ale dodatkowo w przypadku pani śmierci, rodzinie wypłacana jest kwota x przy składce a lub kwota y przy składce b" itd. Kiedy zbliżała się do końca zdania (a przynajmniej tak mi się zdawało), zaczerpnęłam powietrza, żeby się z nią definitywnie pożegnać, ale skubana, na końcówce wydechu dorzuciła "a zdaje sobie pani sprawę, ile kosztuje dziś pogrzeb, i jaka jest wysokość zasiłku pogrzebowego?". No i mój wdech zużył się na odpowiedź, że owszem, zdaję sobie sprawę, jednak /wdech, i znowu mi się wcięła/...
I tak wyglądała cała rozmowa od momentu, w którym babka poczuła, że zainteresowany z początku klient wyślizguje jej się z rąk. Całości przysłuchiwał się mój mąż, bo akurat jechaliśmy samochodem, i po skończonej rozmowie powiedział mi, że w sumie osiem razy próbowałam kulturalnie zakończyć tę rozmowę. Tzn. próbowałam więcej, ale tyle razy zdążyłam dojść do słów "dziękuję, do usłyszenia/żegnam/do widzenia" czy tam innego zwyczajowego pożegnania. Bardzo nie lubię tak robić, ale babka była tak nachalna, że ostatecznie pożegnałam się wypluwając słowa w tempie karabinu maszynowego, nie dając jej dojść do słowa, i po prostu się rozłączyłam, nie słuchając tym razem co tam jeszcze ma do powiedzenia, bo oczywiście coś jeszcze mówiła, kiedy wciskałam czerwoną słuchawkę.

Kurczę, rozumiem, że taka praca, ale bez przesady. Kobieta była tak napastliwa, że gdyby to była rozmowa twarzą w twarz, a nie telefoniczna, to pewnie stałaby tak blisko mnie, że czułabym co jadła na śniadanie, i mówiąc do mnie prawie dotykałaby nosem mojej twarzy... Owszem, można próbować przekonać klienta, ale jak po 5 minutach rozmowy potencjalny klient już wie na pewno, że nie chce danego produktu, a na każdy kolejny argument odpowiada "rozumiem, jednak, jak już mówiłam, nie interesuje mnie ta oferta", to ciśnięcie go kolejne 48 minut (serio, sprawdziłam w wykazie połączeń...) jest już nie tylko piekielne, ale i zwyczajnie nierozsądne, bo w tym czasie mogłaby zadzwonić do kogoś, kto rzeczywiście chciałby coś od niej kupić, zamiast zawracać gitarę komuś, kto jeszcze się nie rozłączył tylko dlatego, że nie potrafi być chamem. Dawno już nie dzwonił do mnie tak uparty i upierdliwy wciskacz, zwykle po usłyszeniu odmowy dopytują, czy aby na pewno, i normalnie kończą rozmowę, nieraz nawet życzą miłego dnia, dlatego byłam przekonana, że takie praktyki jak tej pani, zakończyły się już dość dawno, a tu taki psikus. Jej sposób prowadzenia rozmowy to niemal idealna wizualizacja mojego pojęcia "agresywnego marketingu", bo przez 90% czasu czułam się normalnie atakowana jej wspaniałą ofertą, i po chwili miałam serdecznie dość ciągłego bronienia się...

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (71)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…