Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#86732

~Mikko ·
| Do ulubionych
Mignęła mi wczoraj w poczekalni historia, czy raczej narzekanie jakiegoś pracownika kawiarni na temat klientów wchodzących tuż przed zamknięciem.

Pracowałem przez jakiś czas jako menadżer niewielkiej restauracji i zaryzykuję falę hejtu dzieląc się z Wami moimi obserwacjami co do podejścia zarówno klientów, jak i personelu, co do godzin otwarcia.

Otóż lokal w którym wtedy pracowałem był otwarty w tygodniu od 16 do 1 (w tym kuchnia do 23) i w weekend od 11 do 2 (w tym kuchnia do 24). Na początek może ustalmy, co oznacza, że lokal jest otwarty do 1? Tyle, że do 1 mają prawo siedzieć w nim goście. Nie oznacza to ani automatycznie godziny zakończenia pracy dla pracowników, ani godziny, do której gościom wolno zamawiać.

Do tego zaznaczę, że pracownicy zawsze to wiedzieli od początku. Mówiłem zarówno kucharzom, jak i kelnerom, że muszą liczyć się z tym, że pracę kończymy 30-60 minut po zamknięciu lokalu, a przypadku kucharzy oczywiście kuchni. Zdarzały się zarówno dni, kiedy na przykład była w mieście impreza i wtedy uzgadnialiśmy, że pracujemy dłużej, ale też dość spokojne dni, kiedy zamykaliśmy po wyjściu ostatniego gościa najwcześniej godzinę przed oficjalną godziną zamknięcia.

Do rzeczy. Podam Wam kilka przykładów na piekielne zachowanie klientów i pracowników. Oczywiście godziny pracy były skrupulatnie zapisywane i wszelkie nadgodziny były płatne.

1. Pracowała kiedyś u nas taka Agatka, młoda, sympatyczna i pracowita dziewczyna. To znaczy takie odniosłem wrażenie. Agatka jednak mimo ustaleń, zakładała, że powinna wychodzić do domu równo z godziną zamknięcia. Oczywiście, nigdy nie ośmieszała się mówieniem tej wprost, ale wiedząc, że im szybciej skończy sprzątanie stolików i rozliczenie tym szybciej wyjdzie.

Na początku nie komentowałem tego, bo faktycznie jeśli do obsłużenia był już jeden gość to nic nie stało na przeszkodzie, aby zacząć już sprzątanie. Z czasem jednak dochodziło do absurdów, że w weekend o pierwszej, gdy połowa stolików była jeszcze zajęta zakładała już krzesła na drugą połowę lokalu. Potrafiła także odmówić podania piwa o 1:30 w weekend, mówiąc, że już zamykamy.
Kilkakrotnie zwracałem jej uwagę, nie skutkowało jednak i zawsze miała wymówkę typu, że klient był już pijany lub, że goście tak już chcieli wyjść, a poza tym ona ma autobus o 2:05, a następny za godzinę. Jakby trochę pomyślała to przekalkulowałaby, że może sobie spokojnie wszystko posprzątać do 3 i jechać autobusem o 3:05. Ale cóż, bardzo jej się spieszyło i po pewnym czasie dostała wypowiedzenie.

2. Kolejnym piekielnym był kucharz, Wojtek. Wojtek był znakomitym kucharzem i to ratowało mu tyłek. Niepisana zasada była taka, że zbieramy zamówienia do 22:50 czy w weekend do 23:50. Ponieważ kelnerzy raczej dobrze sobie radzili z informowaniem gości, że kuchnia za chwilę zamyka i jest ostatnia szansa na zamówienie czegoś, chyba nigdy nie było sytuacji, aby ktoś próbował zamówić jedzenie później. Wojtek jednak strzelał fochy, gdy zamówienie przychodziło 15 min przed zamknięciem kuchni, a jak już miał to zrobienia coś bardziej pracochłonnego to rzucał w kuchni garnkami, urwami i pracował niechlujnie. Raz wpadł na salę z mordą, że co to za zamówienia, 6 kotletów 10 min przed zamknięciem kuchni?! Ludzie w szoku, zatargałem go do kuchni i ostrzegłem, że to ostatnia taka akcja albo niech pakuje swój kram i wypier... Od tamtej pory złagodniał, choć nadal tłukł się ze wściekłości, gdy dostawał zamówienia później niż pół godziny przed zamknięciem.

Ogólnie pracowników z takim podejściem mieliśmy jeszcze kilkoro, ale nie będę rozwlekał opisywaniem ich.

3. Przejdźmy do klientów. Otóż pod historią, która mnie zainspirowała widziałem komentarz, że można wejść minutę przed zamknięciem i obsługa ma cię obsłużyć. Otóż nie. To znaczy - wejść można. Ale po to, aby za chwilę wyjść. Jeśli obsługa stwierdzi, że w pozostałym do zamknięcia czasie nie zdążysz skonsumować zamówienia - nie mają obowiązku cię obsłużyć. Oczywiście, bez przesady. Piwo na pół godziny przed zamknięciem jest ok, natomiast cwaniaków, którzy wchodzili o 00:55 i domagali się karty, bo weszli w godzinach otwarcia to wyjdą jak im się będzie podobało, po prostu wypraszałem.

Zdarzyła nam się kiedyś taka para, taki Janusz i Grażyna w wersji luksusowej. Przyszli dosłownie 2-3 min przed zamknięciem na drinka. Poinformowałem, że przykro mi, ale za chwilę zamykamy. Janusz arogancko stwierdził, że jest przed 2, więc mam go obsłużyć, bo wszedł przed 2. Usadziłem ich przy stoliku, podałem karty. Nim się zdecydowali wybiła 2 i poprosiłem ich o opuszczenie lokalu. Wygrażali się wezwaniem policji (!), skargą do menadżera (Słucham państwa) i recenzją w internecie (proszę, to wolny kraj).

4. Siedzieli u nas dwaj panowie, podejrzewam studenci. Na 5 min przed zamknięciem chcieli zamówić jeszcze piwo. Biorąc pod uwagę, że poprzednie pili ponad godzinę byłem sceptyczny. Zaproponowałem panom, że dostaną szocika na koszt firmy, ale o 1 zapraszamy do wyjścia. Panowie przystali na tę propozycję. Szociki pili mini łykami i o 2 mieli jeszcze pół kieliszka. Oczywiście cwaniakujac stwierdzili, że nie wyjdą dopóki nie wypiją. Ok, dałem im kolejne 5 min. Nawet kropli nie upili. W tym momencie barman sprzątnął kieliszki i kazał im spadać, skoro nie mają już nic do picia. Rzucali się oczywiście, że zabrano im zamówienie, za które... no właśnie, nie zapłacili, więc i nie mieli się o co rzucać. Barmana trochę opieprzyłem za tę akcję, ale szczerze, miałem ochotę sam to zrobić.

5. Na koniec zostawiłem sobie najgorszy typ klienta. Otóż jeśli lokal przykładowo o 1:30 w sobotę był pełen to uzgadnialiśmy z załogą, że zostajemy na przykład o 3. Większość nie miała z tym problemu i goście do ostatniej minuty byli traktowani grzecznie i z uśmiechem. Siedziały u nas kiedyś takie dwie babki w średnim wieku. Nalane już do oporu i chwilę przed 3 były jedynymi klientkami. Kelnerka powiedziała, że gdy wspomniała, że zaraz zamykamy i poprosiła o uregulowanie rachunki zaczęły ją obrażać i na nią pluć (!). No cóż, oczywiście do akcji wkroczyłem ja, na spokojnie tłumaczę, że i tak siedzimy już godzinę po zamknięciu i musimy zamknąć. Jedna z kobiet, rycząca czterdziestka w za małej spódnicy uwiesiła mi się na szyi i wybełkotała:
- Chłopcze, ja to ci inaczej zapłacę - i ku mojemu obrzydzeniu wsadziła mi język do ucha. Odepchnąłem ją i powiedziałem, że albo regulują rachunek z odpowiednim napiwkiem dla obrażonej kelnerki albo wzywam policję zgłaszając wyłudzenie, napaść i molestowanie seksualne. Kobity w popłochu rzuciły na stół banknoty i zwiały. Co lepsze 2 dni później dostałem maila ze skargą na mnie, że próbowałem na kobietach wymusić seks w ramach zapłaty za drinki, Cóż za pech, że mail trafił do mnie, a ja to trochę inaczej pamiętałem.

Cóż, powiem tylko - pamiętajcie, aby szanować ludzi, którzy was obsługują. Nawet jeśli nadgodziny są płatne to nikt nie lubi po 10-12 godzinach pracy siedzieć kolejną godzinę, bo Wy chcecie się piwa napić. Jeśli z cwaniackim uśmiechem wchodzicie minutę przed zamknięciem do lokalu i cieszycie się, że wymusiliście na kelnerce obsłużenie Was, to jesteście piekielni.

Co do osób z gastro - łaski nie robicie, że obsłużycie klienta, który zapewnia Wam wypłatę. Rozumiem frustrację w niektórych sytuacjach, ale słuchając niektórych mam wrażenie, że chcieliby, aby w ogóle nikt nie przychodził - może czas zmienić pracę?

Szanujmy się nawzajem, a życie będzie trochę prostsze.

gastronomia

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (180)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…