Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87058

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie długo.

Jestem współwłaścicielką sklepu monopolowego w mieście wojewódzkim.

Mniej więcej na początku wakacji dotarła do nas wiadomość, że hurtownia, w której od lat zaopatrujemy się w piwo, z końcem sierpnia zamyka działalność. W związku z tym postanowiliśmy "dogadać się" z inną hurtownią 2 (w której zamawialiśmy sporadycznie, kiedy np. w 'naszej' hurtowni czegoś zabrakło) w sprawie intensywniejszej współpracy, dostaw 2-3 razy w tygodniu, a nie raz na miesiąc itp.

Kiedy przedstawiciel hurtowni 2 się o tym dowiedział, stwierdził, że w ramach współpracy może nam zaproponować program, w którym po zakupie określonej ilości danego towaru dostaje się jakiś tam malutki procent zwrotu od kwoty zakupu(taki cashback dla sklepów). Cóż, mogłoby to być całkiem opłacalne, biorąc pod uwagę spore obroty sklepu.

Tak przynajmniej to zrozumiałam, ponieważ pan z hurtowni 2 (nie 'nasz' przedstawiciel od zamówień, tylko ktoś z innego działu, zwany dalej panem) przyszedł niezapowiedziany do sklepu i rozmawiał z pracownikiem. Cóż, po sprawdzeniu, że pan faktycznie przyszedł z hurtowni, umówiłam się z nim, aby mógł dokładnie przedstawić warunki, jakie chciałby zaproponować.

W dniu spotkania (piątek) pan pojawił się w towarzystwie pani z Warszawy, której bardzo nie chciałabym oceniać po stroju, ale widziałam jej stanik i to nie dlatego, że się przy mnie przebierała ;) Po uprzejmościach pani od razu przeszła do rzeczy i zaczęła mi opowiadać o tym, jak taki "cashback" działa, zupełnie nie dając ani mnie, ani panu dojść do słowa. Każde pytanie o inne aspekty takiej współpracy było zbywane i pani wracała do tego cudownego procesu zwrotu pieniędzy. Dodatkowo tłumaczyła to, jakbym była przedszkolakiem. Zupełnie, jak telemarketer-zacięta płyta. Po moim stanowczym stwierdzeniu, że ja poproszę umowę o takiej współpracy, zapoznam się z treścią i wtedy będę w stanie powiedzieć, czy mnie to interesuje, pani kilkukrotnie zapewniła, że tu się nie ma co zastanawiać (czerwona lampka), to się na pewno opłaca (komu?) i oni mają dojście do producentów, którzy dają pieniądze, no i się chcą podzielić. Serio, tak to ujęła.
W końcu, niechętnie, pani podała mi umowę. Próbowała coś mnie jeszcze zagadać, ale moje oczy nieuchronnie zawędrowały do piątej linijki tekstu, która kończyła się słowami "zwaną dalej franczyzodawca"* (tekst w oryginale, to nie ja robię literówki).

Pani jeszcze próbowała mnie przekonać, że to żadna franczyza, bo w nagłówku jest "umowa partnerska"...

Pożegnałam się dość ozięble i na tym by się mogło skończyć, jednak w poniedziałek pan skontaktował się z moją wspólniczką, przeprosił za zachowanie pani, stwierdził, że "wyskoczyła jak filip z konopii", przyjechała z Warszawy to chciała pokazać co to nie ona, takie tam. I jednak on by nam zaproponował warunki takie, o jakich mowa była na początku i że ja to zaaprobowałam(nie). No ok, wspólniczka stwierdziła, że niech w takim razie podrzuci jej umowę. Nie wiem, jak ją ten typ zakręcił, ale podpisała (ma dziewczyna spore osobiste problemy akurat, chodzi rozkojarzona). Jak się pewnie domyślacie, tę samą umowę, z którą pani z Warszawy niby "wyskoczyła jak filip". Na szczęście w takich sprawach jeden wspólnik nie może sam decydować, więc potrzebne są podpisy wszystkich.

Ale ja jeszcze o tym wszystkim nie wiedziałam, ponieważ...

W czwartek przyszłam do pracy po kilku dniach wolnego, dzień zamówień i dostaw, zalatana, nie zdążyłam odczytać wiadomości zanim pojawił się pan. Zostałam więc zaskoczona informacją, że przyszedł odebrać podpisaną umowę, o tu widział że wspólniczka kładła, oni tam wszystko dogadali, pan przeprasza za panią z Warszawy...

Wzięłam umowę do ręki i oczywiście widzę, że to ten sam papier, który widziałam tydzień wcześniej. Skrócę dialog żeby wyłowić meritum, bo była to długa dyskusja z powtarzającymi się argumentami.

Ja: Ale to jest ta sama umowa, to jest franczyza i ja tego nie podpiszę.
Pan: No, tak, tak, ale to ta pani z Warszawy nie umiała tego wyjaśnić.
Ja: Ale co tu wyjaśniać, nie zdecydujemy się na to.
Pan: Ale to nie franczyza, tu jest umowa partnerska.
Ja: Panie, w umowie stoi: pod szyldem sieci, zgodnie z koncepcją franczyzodawcy, udział w promocjach, plakaty.
Pan: Ale my tak tego nie wymagamy, to tylko taki wzór umowy...
Ja: Aha, czyli pan mi mówi, że mam się tu podpisać i zignorować treść?
Pan:Tak.
Ja:Czy Pan słyszy, co Pan mówi?

(pan próbuje mnie przekonać, że treść umowy to tak tylko dla beki, prawdziwe warunki, to on mi tu werbalnie przedstawi)

Ja: No dobrze, a gdzie załącznik nr1?
Pan: Tutaj, proszę.
Ja: To jest załącznik nr 2.
Pan: A, to ten.
Ja: Nie, to też 2.
Pan:(przeszukuje papiery) Aaa, bo my się tak tym pierwszym nie kierujemy.
Ja: Tak? A w umowie jest napisane, że załącznik jeden to wykaz towarów, jakie mam mieć w sklepie, żeby spełnić warunki umowy.


Przepychanki w takim tonie trwały z dziesięć minut, ciężko było go spławić. W końcu pan stwierdził, że jak mi się nie podoba, to można usunąć te zapisy. Mimo mojej widocznej niechęci, niezrażony, zapowiedział, że zostawi w sklepie przeredagowaną umowę.

I tak też zrobił. Zostawił pracownikowi TĘ SAMĄ umowę, z wykreślonymi jedynie zapisami o promocjach i plakatach oraz z załącznikami(załącznik nr1: karmy dla zwierząt, wędliny, kasze itd. Tak tylko przypominam, prowadzę sklep monopolowy...), a wszystko to umieszczone w katalogu z napisem na okładce: "najlepsze rozwiązania polskiej franczyzy".

Wybaczcie, ale XD

Czekam na dalszy rozwój wypadków, bo sądzę, że jeszcze spotkam tego pana, a marnowanie jego czasu chyba stanie się moim hobby.

* oprócz tego zwrotu, treści z umowy nie zostały przytoczone dosłownie, żeby nie było, że zdradzam jakieś tajemnice. :)
Edit: chociaż w sumie nic nie podpisywałam ;)

sklepy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (214)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…