Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87084

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój szef, odsłona trzecia. Tym razem z latoroślą. Szef Janusz ma dwójkę dzieci: piętnastoletnią córkę i dziewiętnastoletniego syna, który w tym roku zdał maturę i wybiera się na studia. O ile dziewczynka jest piękna, mądra i do tego bardzo grzeczna i sympatyczna, to u Juniora (tak go nazywamy z kolegami w biurze) poszło to w znacznie innym kierunku.


Braki w zakresie intelektu i kultury osobistej kompensuje rozwydrzeniem, arogancją i roszczeniowością, oraz przekonaniem, że pieniądze tatusia wszystko mu w życiu załatwią. (Przykład zachowania Juniora: ojciec kupuje mu nowy telefon. Miesiąc później na rynku pojawia się nowszy model, który Junior oczywiście chce mieć. Ojciec odmawia, bo dopiero co sprezentował mu bardzo dobry sprzęt i nie widzi potrzeby kupowania nowszego po zaledwie miesiącu. Następnego dnia Junior roztrzaskuje ekran w telefonie, mówiąc "Teraz musisz mi kupić nowy".

Janusz pyta nas w biurze, co on ma zrobić, na co wszyscy jednogłośnie odpowiadamy "wysłać g*wniarza do pracy przy roznoszeniu ulotek lub myciu podłóg w McDonaldzie, niech na nowy telefon sam sobie zarobi, a przy okazji nauczy się pracy i szacunku do pieniędzy (zdzielenie gnojka szmatą w łeb kulturalnie pominęliśmy). A jako zastępczy telefon dać mu Nokię 3310, do dzwonienia wystarczy". Janusz pomyślał, pomyślał i stwierdził, że sumienie nie pozwoliłoby mu tak potraktować własnego dziecka i kupił mu ten nowy telefon).

Od połowy marca pracuję z domu i ze względu na totalny zastój w branży spowodowany pandemią - w ograniczonym wymiarze godzin (roboty 1/4, a pensję dost. Przez ostatnie 2 tygodnie Janusz był z rodziną na urlopie na innym kontynencie.

W zeszły wtorek zadzwonił do mnie w okolicach godziny 12:30.
- Crannberry, słuchaj, strasznie mi głupio Cię o to prosić, bo to nie ma nic wspólnego z Twoim zakresem obowiązków, ale jest mi niesamowicie potrzebna Twoja pomoc w pewnej prywatnej sprawie. Baaardzo Cię przepraszam, że zawracam Ci czymś takim głowę, ale jest nagła sprawa i nie mam pojęcia, jak sobie inaczej poradzić.

Po tym, jak się kaja, wyobrażam sobie, że przyjemność powierzonego zadania będzie porównywalna z wydłubaniem sobie nerki łyżeczką do herbaty… A więc, Junior właśnie sobie przypomniał, że następnego dnia mija ostateczny termin składania dokumentów na uczelnię, na którą chciał aplikować. A że dokumenty, które znajdują się u Janusza w domu, trzeba wysłać pocztą, a sami są kilka tysięcy kilometrów dalej, mają problem. Moja pomoc miałaby polegać na tym, żeby pojechać do nich do domu (sąsiad ma klucze i mnie wpuści), wziąć potrzebne dokumenty, które leżą na komodzie w przedpokoju, podjechać do znajomego notariusza, zrobić i uwierzytelnić kopię, a następnie wysłać ją listem poleconym na adres:
"Rekrutacja na uczelnię
Kod pocztowy, Dortmund".

To oczywiście w ramach dzisiejszych godzin pracy, Janusz jest niezmiernie wdzięczny i jeszcze raz bardzo przeprasza. U notariusza powinnam być w zasadzie o 13:30, ale że to jest za niecałą godzinę, on rozumie, że raczej nie zdążę (chociaż może bardzo się nie spóźnię, bo to jest tuż obok jego domu), więc nie ma kompletnie problemu, notariusz ma czas cały dzień, o której bym nie podjechała, będzie dobrze. Ważne tylko, żeby list wysłać przed 16, bo musi koniecznie dojść do jutra.

Trochę mnie zdziwił ten Dortmund, bo pamiętałam, jak Janusz chwalił się wszem wobec, że Junior wybiera się do jakiejś superprestiżowej szkoły biznesu w Szwajcarii z ogromnym czesnym i jeszcze większymi perspektywami po jej ukończeniu, a tu nagle taka zmiana, ale nie wnikam. Każdy ma prawo zmienić zdanie.

Jeździć po mieście i załatwiać prywatne sprawy Janusza w 36-stopniowym upale chciało mi się raczej średnio, ale raz, że nie miałam jak się wymigać nadmiarem obowiązków, a dwa, w sumie miałam okazję założyć coś bardziej wyjściowego i na chwilę zmienić krajobraz na coś innego niż kartony przeprowadzkowe.

O 12:45 wyszłam z domu, o 13:15 byłam w domu Janusza. Znalazłam kopertę, w której był cały plik papierów. Sfotografowałam wszystkie, wysłałam mu zdjęcie i dzwonię spytać, które z nich mam zabrać do notariusza. Słyszę dialog w tle:
- Junior, Crannberry pyta, które dokumenty trzeba wysłać, wszystkie czy tylko niektóre?
- Oooeeesuuu, nie wiem, co mi głowę zawracasz… Chyba tylko to zielone. Nie wiem, daj mi spokój, gram.
- Crannberry, słuchaj, tam w tych dokumentach, powinno być jakieś zielone coś. Junior mówi, że tylko to trzeba wysłać.

Zielone coś okazało się być świadectwem maturalnym. Szybki rzut oka na oceny pozwolił mi zrozumieć zmianę planów i rezygnację z superprestiżowej szkoły biznesu w Szwajcarii. Wzięłam dokument i pojechałam do notariusza. Okazało się, że ten wcale nie mieścił się tuż obok, tylko po drugiej stronie miasta, dobre 25 minut jazdy. Dotarłam tam dokładnie o 13:50. Podchodzę do recepcji, witam się z panią i mówię, w jakiej sprawie przybywam. Pani powitała mnie pełnym pretensji tonem.
- Proszę pani, ale pani miała być tutaj o 13:30. Przyjeżdża pani spóźniona 20 minut i na co pani liczy? Że notariusz będzie specjalnie na panią czekał, bo pani nie ma poczucia czasu?
- Proszę pani, wyświadczam grzeczność panu Januszowi, że w ogóle tu jestem, bo jego prywatne sprawy nie są moim obowiązkiem. Pan Janusz poprosił mnie o to w ostatniej chwili, zdając sobie sprawę z tego, że nie mam szans dotrzeć tu punktualnie i powiedział, że rzekomo było z wami ustalone, że mogę bez problemu przyjechać później.
- Nieprawda, nikt mu nic takiego nie mówił, a nam obiecał, że będzie pani punktualnie, a pani się spóźniła. Pan notariusz nie ma w tej chwili czasu.
- Rozumiem, to znaczy, że pan Janusz zachował się nie w porządku, okłamał i mnie, i panią, więc połajanki kieruje pani pod zły adres. Jeśli pan notariusz nie ma czasu, to ja sobie pójdę, mnie na tym nie zależy, a panu Januszowi powiem, że odmówili państwo wykonania usługi. Szczegóły wyjaśniajcie z nim bezpośrednio, to nie moja sprawa.
- No dobra, niech pani zostanie. Spytam notariusza, czy może to teraz podpisać.

Notariusz jednak mógł i podpisał, a ja podjechałam na pobliską pocztę wysłać list. Jest 14:10. Piszę jeszcze do Janusza, żeby upewnić się, że adres "Rekrutacja na uczelnię, kod pocztowy, Dortmund" na pewno jest prawidłowy, bo wydaje się jakiś niekompletny. Czekam kilka minut, brak odpowiedzi. Dzwonię. Nie odbiera. Dzwonię drugi i trzeci raz. Nie odbiera. Trudno, nie jestem w stanie sterczeć cały dzień na poczcie. Wysyłam list pod taki adres, jaki mi podał i wracam do domu.

O 19:30 (poczta w Niemczech czynna jest do 18:00) Janusz odpisuje na wiadomość: "Sorry, byliśmy na plaży, telefon zostawiłem w pokoju. Adres nie jest kompletny, musisz dopisać nazwę ulicy Wilhelmstrasse 123. Aha, i BARDZO WAŻNA RZECZ, nie zapomnij!!!!! Na kopercie koniecznie musisz umieścić numer zgłoszenia 123xxx456, bez tego aplikacja jest nieważna. Proszę wyślij to koniecznie jeszcze dzisiaj, bo to musi koniecznie na jutro dojść.

Nie bardzo wiedziałam, jak zareagować. Powiedzieć, że list został już wysłany kilka godzin wcześniej w godzinach otwarcia poczty, i teraz swoje numery zgłoszenia może sobie w tyłek wsadzić? Strzelić mu wykład na temat, że jeśli się kogoś prosi o przysługę, to należy mu udzielić informacji pozwalających na wykonanie tej przysługi, a przynajmniej odbierać telefon? Postanowiłam zignorować i nie odpisywać w ogóle. Dlaczego ja mam się przejmować i tracić czas, skoro główni zainteresowani mają wyjebongo? Poza tym nie będę ryzykować, że jeszcze przyjdzie mu do głowy "poprosić mnie o kolejną przysługę", tym razem może pojechać do Dortmund i po drodze łapać w locie list, czy coś równie realnego. Najwyżej Junior będzie musiał przesiedzieć rok w domu na koszt tatusia, grając na Playstation.

Edit z ostatniej chwili. Mam w tym tygodniu urlop i jestem na zagranicznych wakacjach. Przed chwilą dzwoni do mnie żona Janusza (chyba wywołałam wilka z lasu).
- Crannberry, Junior chce aplikować na jeszcze jedną uczelnię i oni tam tez chcą uwierzytelnioną kopie świadectwa, a myśmy sobie właśnie przypomnieli, że nie odebraliśmy od Ciebie oryginału.
- No nie odebraliście, leży u mnie w szufladzie. Janusz prosił, żebym przechowała.
- No właśnie, nam jest teraz potrzebny. Czy wy jesteście w tej chwili w domu?
- nie, jesteśmy za granicą, mówiłam Januszowi, że wyjeżdżam na tydzień. Wracamy w sobotę wieczorem. A kiedy jest termin składania dokumentów?
- Dzisiaj

No to macie pecha...

praca

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (243)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…