Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87149

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu pojawiła się historia, w której autor opisywał perypetie związane z próbą umiejscowienia ślubu zawartego na Bali. No cóż, właśnie się przekonałam, że wcale nie trzeba latać na egzotyczną wyspę, żeby rozbić się o niekompatybilne procedury.

Kiedy podjęliśmy decyzję o zalegalizowaniu związku, też zamarzył nam się ślub na plaży, jednak ze względu na chęć spędzenia tego dnia w gronie bliskich nam osób oraz w celu uniknięcia potencjalnych komplikacji urzędowych zrezygnowaliśmy z równikowego słońca i ciepłego, turkusowego morza na rzecz białego piasku nad Bałtykiem i wybraliśmy rodzimy kraj męża.

Wybór w dużej części podyktowany był też tym, że Szwecja nie wymaga jakiejś skomplikowanej papierologii. Aby wziąć tam ślub należy przedstawić dowód osobisty oraz jakikolwiek dokument potwierdzający wolny stan cywilny, co ważne, wystawiony przez kraj zamieszkania (nie kraj pochodzenia). W naszym wypadku wystarczyło zaświadczenie o zameldowaniu wystawione przez lokalny urząd meldunkowy, na którym był podany również stan cywilny. Koszt uzyskania dokumentu - 10 euro za 2 sztuki, czas spędzony w urzędzie - 5 min, koszt ślubu cywilnego w Szwecji - okrągłe zero, kraj uznaje, że takie rzeczy należą się obywatelowi jak psu buda i nie pobiera żadnych opłat skarbowych.

Dla porównania, gdybyśmy zdecydowali się na Polskę lub Niemcy, sprawy byłyby bardziej skomplikowane. Wymagane byłoby wówczas zaświadczenie o zdolności prawnej (braku przeciwskazań) do wstąpienia w związek małżeński, wystawione przez USC w kraju pochodzenia każdego z nas (plus w Polsce byłoby dodatkowo konieczne angażowanie tłumacza przysięgłego na czas ceremonii).

Problem polegałby na tym, że Szwecja nie wystawia takiego zaświadczenia obywatelom mieszkającym poza jej granicami. Mogłaby je wystawić tylko na podstawie identycznego zaświadczenia wystawionego przez urząd w kraju zamieszkania, którego Niemcy mu nie wystawią, gdyż nie jest ich obywatelem.

To znaczy w ostateczności mogliby wystawić, ale tylko na podstawie identycznego zaświadczenia wystawionego przez urząd w kraju pochodzenia, czyli Szwecji (która go nie wystawi, bo on tam nie mieszka), a więc bujaj się chłopie od Annasza do Kajfasza, ale marne szanse, że ktoś zaproponuje wyście z impasu. Tak więc Szwecja była niejako oczywistym wyborem.

Procedura ze ślubem cywilnym wygląda tak. W Szwecji nie ma USC, organizacją papierów zajmuje się skarbówka (Skatteverket). Samego ślubu udziela prywatny Mistrz Ceremonii (przypomina to polski ślub humanistyczny, tyle że ma moc prawną). Mniej więcej 3-4 miesiące przed ślubem należy stawić się w skarbówce osobiście i przedstawić wymagane dokumenty (o których pisałam wyżej). Kilka tygodni później przychodzi tzw. licencja, ważna 4 miesiące, którą w dniu ślubu należy dać Mistrzowi Ceremonii, on ją później podpisuje i wysyła do Skatteverket (Mistrz Ceremonii ma bodajże status urzędnika, tylko nie jest formalnie zatrudniony przez żadną instytucję).

Ze względu na wybuch epidemii i związane z tym ograniczenia, naszą uroczystość musieliśmy przesunąć na przyszły rok (perypetie z tym związane opisałam już w innej historii). Żeby nie tracić jednak licencji i uniknąć korowodu związanego z wyrabianiem nowej, umówiliśmy się z Mistrzem Ceremonii (nazwę ją Ingrid), że przyjedziemy cichaczem w tym roku, podpiszemy papiery, a resztę ceremonii zrobimy w przyszłym roku. Tak też zrobiliśmy, dokumenty podpisane początkiem lipca, po czym nadszedł czas, żeby umiejscowić dokument w polskich księgach Stanu Cywilnego. I zaczęła się zabawa.

W konsulacie poinformowano mnie, jaki dokumenty będę musiała złożyć: odpis aktu ślubu, odpisy aktów urodzenia mój i męża, dowód opłaty skarbowej (50 euro, cenią się) i chyba kopie dowodów tożsamości. Pierwszy problem - Skatteverket nie wystawi odpisu aktu urodzenia oraz aktu ślubu, gdyż takie dokumenty w Szwecji nie istnieją. Jedyne, co mogą wystawić, to wyciąg z bazy danych dotyczący mojego męża, gdzie znajdą się jego dane osobowe, informacje na temat urodzenia, rodziców, oraz faktu, że wziął ślub.

Jeśli chodzi o mnie, to będzie tam figurowało moje imię i nazwisko. I nic więcej, bo jako że nigdy nie mieszkałam w Szwecji, nie mam ich numeru podatkowego i nie figuruję w ich bazie danych. Nie mogą odnotować również faktu, biorąc ślub przyjęłam nazwisko męża. Wpiszą tylko dotychczasowe i już. Dobra wiadomość w tym wszystkim jest taka, że dokument mogą wystawić w wersji dwujęzycznej szwedzko-polskiej. Przynajmniej odpadnie problem z tłumaczeniem. Poprosiliśmy jeszcze o wersję szwedzko-niemiecką, żeby przedstawić w urzędzie meldunkowym w miejscu zamieszkania (jest to konieczne do zmiany klas podatkowych). Druga dobra wiadomość: koszt dokumentów - zero.

Kontaktuję się ponownie z konsulatem, tłumaczę, jak wygląda sytuacja i pytam, co teraz. Trafiłam na bardzo miłą i pomocną panią. Tak, ona wie, że w Szwecji nie ma takich dokumentów, niech przyślą, co mogą przysłać, ona prześle to do USC w moim mieście w Polsce i wytłumaczy, co i jak. Jeśli chodzi o zmianę nazwiska, to muszę tylko wypełnić załączony formularz z deklaracją, zapłacić drugie 50 euro (cenią się), wszystko zeskanować, wysłać jej mailem i chyba powinno być ok.

W połowie lipca przyszły dokumenty. Zeskanowałam, wysłałam pani w konsulacie i czekam na odpowiedź. Po jakichś 2 tygodniach dzwonię i pytam o status sprawy.
- No jak to jaki jest status? Na razie żaden, bo cały czas czekamy na oryginały dokumentów, które miała pani przysłać pocztą.
- Nikt nic o tym nie wspomniał. Mówiła pani tylko o skanach.
- A to widocznie zapomniałam. To proszę szybciutko dosłać oryginały.

Dosłałam szybko oryginały i czekam na rozwój wypadków. W połowie sierpnia dzwoni pani z konsulatu. Jest problem. A w zasadzie dwa problemy. USC w moim rodzinnym mieście odrzucił moje papiery z dwóch powodów. Raz, otrzymany wyciąg z bazy danych Skatteverket ma tytuł w stylu "w celu przedstawienia jako odpowiednik aktu ślubu", w związku z czym potrzebny będzie jeszcze jeden dokument, dokładnie ten sam wyciąg z tymi samymi informacjami, tylko z tytułem "w celu przedstawienia jako odpowiednik aktu urodzenia" (czyli Skatteverket musi nam przysłać jeszcze raz dokładnie to samo, tylko pod inną nazwą), a dwa, w dokumencie widnieje data ślubu, natomiast nie ma żadnej informacji na temat miejsca jego zawarcia. Muszą nam przysłać ten dokument jeszcze raz, uzupełniony o tę informację.

Telefon do Skatteverket - dokument pod innym tytułem przyślą nam od ręki, ale z tym drugim jest problem. Informacji o miejscu zawarcia ślubu nie zamieszcza się w szwedzkich dokumentach i nie mają możliwości prawnej zrobienia tego. Nie i już. Przysłali nam tę odpowiedź również mailem, po angielsku, żebyśmy mieli to na piśmie.

Ponowny kontakt z konsulatem, mówię, czego dowiedziałam się w Skateverket i pytam, co teraz. Oni mi nie pomogą. Musi być informacja na temat miejsca ślubu i już. Bez tego sprawa nie ruszy. Nieważne, że Skatteverket nie może wpisać tej informacji, mamy coś wykombinować i koniec (Annasz i Kajfasz pozdrawiają serdecznie). W tym momencie przyszło mi coś do głowy, pomyślałam o Ingrid. Pytam, czy zaakceptują informację na piśmie od urzędnika, który udzielał nam ślubu. Pani na to, że być może tak, proszę przysłać i oni zobaczą.

Telefon do Ingrid. Nie ma problemu, zaraz przyśle nam mail po angielsku z informacją, gdzie i kiedy odbył się ślub. Gdyby to nie wystarczyło, może nam wystawić taki symboliczny akt ślubu, mający wartość pamiątkową (dyplom, który wygląda jak te, które otrzymuje się na zakończenie przedszkola lub wygrawszy konkurs recytatorski), który również będzie zawierał te informacje, podpisy jej i świadków i tak dalej. Z tym że to dopiero we wrześniu, jak wróci z urlopu.

Wysłaliśmy brakujący dokument ze Skatteverket oraz mail od Ingrid do konsulatu, konsulat przesłał dalej. USC odmówił, gdyż mail nie jest dokumentem urzędowym i nie mogą go zaakceptować jako dowodu, gdzie odbył się ślub. Mamy przysłać ten dyplom, jego podobno mają zaakceptować. Dla mnie trochę absurdalne, że mail od urzędnika nie jest wystarczającym dowodem, a dyplomik zrobiony w Paincie jest, ale nie muszę wszystkiego rozumieć.

Dostaliśmy dyplom, dzisiaj go wysłałam, dołączając pismo, w którym bardzo grzecznie urzędowym językiem wytłumaczyłam, że choćbym się zes*ała, to nic innego już nie jestem w stanie im dostarczyć. I czekam na decyzję, bo na razie jestem żoną i nie jestem oraz nie wiem, jak się nazywam.

W międzyczasie mąż poszedł do lokalnego urzędu meldunkowego ze szwedzko-niemieckim dokumentem, żeby nas zarejestrować jako małżeństwo. Dokument został odrzucony w całości, gdyż nie spełnia niemieckich standardów. Niemiecki urząd nie akceptuje wyciągu z bazy danych, ma być klasyczny akt ślubu. A że Szwecja ich nie wystawia, to nie ich problem.

Tak śledzę, czym zajmuje się Parlament Europejski i rozumiem, że krzywizna bananów ważna rzecz, ale może by tak pomyśleć o jakimś ujednoliceniu przepisów i dokumentów USC w ramach Unii?

USC

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (172)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…