Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87367

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatni, miejscami wybuchowy, odcinek libijskich migawek (chyba, że ktoś poprosi o jeszcze).

Zaraz po przyjeździe, z ustępującym szefem wybraliśmy się w odwiedziny do filii Szkoły Polskiej (niektórych właśnie zamykanych). Pomknęliśmy maluchem (!) na wschód, do Tobruku. Za Al Marj (dawna Barka, zrujnowana przez trzęsienie ziemi i odbudowana na nowym miejscu przez między innymi polskie firmy) trzeba było przejechać nad wąwozem potężnym mostem na pylonach. NB, identyczny most w Genui widowiskowo się zawalił jakiś czas temu. Arabowie swój zamknęli kilka lat wcześniej w trosce o bezpieczeństwo.

Na przyczółku mostu zatrzymaliśmy się odcedzić kartofelki, a współtowarzysz mówi: zobacz, co teraz będzie. Minęło może pięć minut i z piskiem zatrzymał się obok malucha dżip pełen kałaszy, wrzasków i młodych ludzi w skórzanych kurtkach. Kazali oddać wszystkie aparaty fotograficzne, kamery i notatniki, ale my niczego takiego nie mieliśmy. W końcu odjechali, a ja się dowiedziałem, że przez najbliższe trzy lata wraz z całą rodziną będę pod czułą obserwacją służb.

Zbliżamy się do Tobruku. Mijamy Ajn al Gazalah (miłośnicy II wojny wiedzą, o co biega). Niemalże do szosy dochodzą świetnie zachowane okopy z oblężenia Tobruku. Poprosiłem o zatrzymanie, bo było widać hełmy i jakieś resztki wyposażenia. I kolejna lekcja: tu wszystko jest ostro zaminowane aż do granicy z Egiptem. Nikt tego nie czyścił, bo i po co. Najwyżej dołożyli, jak kłócili się z sąsiadem.

Jeżdżąc drogą nad morzem wielokrotnie mijałem stanowisko rakiet przeciwlotniczych S 125 Newa. W czasie służby wojskowej pracowałem na takich zestawach i zauważyłem, że wyrzutnie są w fatalnym stanie. Sól od morza powoduje szybką korozję, a i nie było widać gospodarskiego zainteresowania. Zapytałem o to kumpla mieszkającego w Libii dłużej. Wyjaśnienie: A wiesz, bo jak działa, to trzeba przy tym siedzieć, a tak to można popijać herbatkę. W 1989, w czasie nalotu Air Force nawet odpalili. Rakieta trafiła w stację benzynową na końcu ulicy, bo zapomnieli podnieść belkę wyrzutni. Tak, że tak. Polscy instruktorzy wyjechali i już nikomu się nic nie chciało.

Mieszkając w mieście parkowałem auto zawsze przed wejściem do budynku i pieczołowicie je zamykałem. Zawsze rano okazywało się, że jest otwarte. Pewnego razu nie tylko było otwarte, ale pod fotelem był prezent: amerykańska super dokładna sztabówka okolic Benghazi zatopiona w plastiku z mnóstwem czerwonych i niebieskich strzałek (wyglądało na plan jakiegoś ataku na miasto). Trzy minuty później prezent płonął w kiblu (potworny smród), a ja trzęsłem się ze strachu, co by było, gdyby...

Wyjeżdżając poza miasto trzeba się było liczyć z kontrolami na szosie. Czyli rząd beczek po benzynie, wąski przejazd z gościem uzbrojonym po zęby i papierologia. Tłumaczę, kim jestem i gdzie jadę, legitymując się stosownym libijskim dokumentem i nagle zdaję sobie sprawę, że gostek czyta moje pismo do góry nogami, a paluszek ma na spuście kałasza ustawionego na ogień ciągły. Lufa patrzyła na moje kolana, mniej więcej. A gdyby kichnął? I już wiedziałem, dlaczego do stawki MSZ dodano mi tzw. dodatek frontowy.

Gdybyście chcieli, to w następnym odcinku mogą być fajne spotkania z mieszkańcami Libii.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (115)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…