Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87443

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak do wszystkiego trzeba mieć plecy z wirusem w tle.

Kilka tygodni temu zachorowałam. Silny ból głowy zatokowo-skroniowy, zatkane uszy i nos, podwyższona temperatura. No zapalenie zatok jak nic. W poniedziałek grzecznie zostałam w domu, dałam znać w pracy, że dam L4 jak się tylko do lekarza dodzwonię. Był 26 października.

Dzwonię do mojej przychodni, byłam 38 w kolejce, ale mi zależy to siedzę, oglądam coś i tylko słucham komunikatów, która w kolejce aktualnie jestem. Po jakichś 45 minutach, udało się, jestem pierwsza.

Krótko tłumaczę o co chodzi czekam na termin teleporady, a tu zonk. Teleporada na 3 listopada pierwszy termin. To ja grzecznie podziękowałam, bo stwierdziłam, że za ponad tydzień to ja zdrowa będę, a tak daleko do tyłu L4 się nie wystawia. Za radą pani z rejestracji stwierdziłam, że dzwonię na nocną opiekę.

Zadzwoniłam o godzinie 18:01, dostałam termin bez problemu, o 20:30 w końcu zadzwonił lekarz.

Opisałam objawy, podkreśliłam, że pracuję w szpitalu i może nie mam bezpośredniego kontaktu z pacjentem, ale mam z lekarzami i sprzętem, który już ma kontakt z pacjentem. Pani oburzona zapytała, czy chodzi mi po prostu o L4. Ja zapytałam, czy nie byłoby tak rozsądniej i L4 dostałam na 3 dni. Ekstra, ale zamiast porady na te moje zatoki pani ofuknęła, że mam iść sobie zrobić tekst na koronę. Co z tego, że ze wszystkich objawów mam naciągany jeden. Iść i już, ona nie wypisze skierowania bo nie może, iść na test. Poinformowałam panią o terminach u moje lekarza POZ, na co pani doktor stwierdziła, że ona wie, ale no muszę coś wymyślić. Ekstra.

I tu zaczyna się nasze polskie "po znajomości", Bo skierowanie na wymaz dostałam właśnie po znajomości od taty przyjaciółki, który przyjmuje w moim mieście rodzinnym, oddalonym od mojego aktualnego miejsca zamieszkania o ponad 400 km. Na szczęście nie musiałam jechać tam i test mogłam zrobić na miejscu.

Wymaz udało się zrobić bardziej z powodu wyjątkowego szczęścia niż jakiś konkretnych informacji czy wydolności systemu, ale ja nie o tym.

Było to dzień po rozporządzeniu, że każdy skierowany na test ma kwarantannę. Skąd się o tym dowiedziałam? Nie ze strony rządowej, nie z informacji od sanepidu, a od ludzi w kolejce na wymaz. Również od przyjaciółki dowiedziałam się o tym, że wszystko mogę sprawdzić na swoim panelu pacjenta na gov.pl

Ekstra, mam kwarantannę na 10 dni, dwa dni później przychodzi wynik negatywny, uf, czyli jednak zapalenie zatok. Wciąż nieleczone.

Ale kwarantanna dalej wisi. Żadnego kontaktu ze strony sanepidu, policji, nikogo. Nikt mnie nie zapytał nawet czy sama mieszkam, czy się z kimś widziałam, nic. Nie mówię, że po wyniku, ale od otrzymania skierowania do otrzymania wyniku minęło 3 dni.

W piątek wciąż kwarantanna wisi, więc poprzez znajomości w sanepidzie poprosiłam, żeby kwarantannę mi ściągnęli, bo lekarz na nocnej nie może tego zrobić, lekarz, który mi wypisał skierowanie też nie, bo nie jestem oficjalnie jego pacjentem, dodzwonić się gdziekolwiek graniczy z cudem, więc musiała mi to załatwić żona kolegi pracująca w sanepidzie.

A bez odrobiny znajomości musiałabym po 3 dniach wrócić do pracy, albo siedzieć 10 dni w domu na kwarantannie, chociaż chłopak mieszkający ze mną już na niej nie był. Ja wiem, że sytuacja jest ciężka, ale w wielu krajach jest źle, a systemy jakoś działają...

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (148)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…