Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87547

~ten ·
| Do ulubionych
Ostatnio robiłem w myślach podsumowanie roku i przyszła mi sama do głowy smutna, ale też piekielna historia z poprzedniego, czyli czasów prze pandemią. Rzecz będzie o dominacji finansowej o której często słyszy się z ust skrajnie lewicowych osób.

Byłem z dziewczyną od około roku, dogadywaliśmy się, spędzaliśmy ze sobą czas, mieliśmy wspólne tematy itd. O pieniądzach rozmawialiśmy rzadko. Ważniejsze było raczej to jak minął dzień w pracy niż to ile się zarabia na godzinę. Wiedzieliśmy jednak o swoich zarobkach i z racji tego że ja zarabiałem znacznie więcej niż ona, to często wykładałem więcej na wspólne spędzanie czasu. Nie było to typowo jednostronne, bo czasem zaprosiła mnie do kina i nie oponowałem żeby to ona płaciła, ale np. jakiś wspólny wyjazd często opłacałem ja, a mniejsze w stylu lody już bez znaczenia kto. Nie ustalaliśmy tego, samo jakoś tak wyszło ale najważniejsze że oboje zdawaliśmy się nie mieć z tym problemów.

Punkt zmiany nastąpił na początku 2019 roku. Sytuacja pomiędzy nami stała się na tyle poważna, że postanowiliśmy ze sobą zamieszkać. Ot, kolejny krok. Jednocześnie ona straciła pracę, później zdobyła nową, ale z około miesięcznym okresem przerwy. Jako że nie pracując nie masz dochodów, to za wszystko płaciłem ja. Umówiliśmy się że później do rachunków będzie się dokładać jak jej poduszka finansowa wróci do stanu sprzed utarty pracy, ale czynsz i kredyt za mieszkanie spłacam ja, ponieważ jest moje i trochę głupio żeby dziewczyna z którą jestem finansowała mi część kredytu.
Niestety wraz ze zmianą pracy pojawiła się koleżanka o poglądach skrajnie lewicowych. Jako że była bardzo miła dla mojej dziewczyny, to ta przyjęła to z wdzięcznością i pomiędzy nimi powstało coś co można nazwać przyjaźnią bez stażu. Wszyscy wliczając mnie byli zadowoleni (moja miłość jest zadowolona, więc ja cieszę się jej szczęściem). Na początku z ową koleżanką kontakt był dobry. Nie była nachalna, opowiadała o swoich przekonaniach gdy tylko była okazja, ale jakoś nie przeszkadzało mi to, bo na początku nie przesadzała. Ja tam do gejów czy lesbijek nic nie mam, też myślę, że kobiety powinny mieć równe prawa, a do tematów które były mi bardziej obce typu gender-fluid trzymałem się z dystansem i dążyłem do ucinania tematu.

W pewnym momencie więź miedzy nimi była coraz mocniejsza i koleżanka prezentowała coraz skrajniejsze teorie. Jako, że zaczęło to być męczące, bo ile można o jednym i tym samym, to zacząłem wyrażać swoje opinie. Nie były jakieś straszne, np. uważam że aborcja powinna być legalna, ale nie powinna być refundowana na NFZ, wyłączając szczególne przypadki jak gwałt. Wybuch był błyskawiczny, bo śmiałem wyrazić pogląd nie tylko inny, ale na temat który mnie nie dotyczy bo nie posiadam macicy. To, że oboje płacimy składki to żaden argument.

Finalnie doszło do tego, że spotkania w wspólnym gronie stały się rzadkością i zmieniły się w "babskie wieczory". Sytuacja można by powiedzieć win-win. One mogą rozmawiać o czym chcą, a ja nie jestem zmuszany do rozmów o tym o czym nie chcę.

Niestety pojawił się problem. Wpływ na moją dziewczynę był tak duży, że prowadził do konfliktów w związku. Nie bardzo chciałem coś z tym robić, bo nie chcę być tym który wpływa czy manipuluje drugą osobą. Z drugiej strony zależało mi na niej więc długich wieczornych rozmów trochę było, ale im dalej w las, tym ciężej było się dogadać. Do tego z dziewczyny, która ma te 1000zł na niespodziewane wydatki, które uratowały jej tyłek gdy straciła pracę, stała się osobą której nie starcza do wypłaty. Z osoby, która wie jak działa pieniądz, praca i wydatki, zmieniła się w osobę która "zna swoją wartość" i nie będzie odmawiać sobie drinka w pubie gdzie wszystkie piją, bo ja mam takie widzimisię żeby dorosłą kobietę uczyć finansów. Przyszło lato i planowana wycieczka. Co ważne, ustalaliśmy ją gdy zmieniała pracę i zarzekła się że ona nie tylko odłoży sobie poduszkę finansową, ale za wyżej wymienioną wycieczkę też zapłaci sama (tylko za siebie oczywiście). I jako że poduszki i oszczędności nie ma, a bieżące "potrzeby" pochłaniają wszystko co zarabia i jeszcze brakuje, na wycieczkę nie było ją stać. Oboje o tym wiedzieliśmy, ale nie poruszaliśmy tego tematu. Szczerze to czekałem na jej ruch. Ja planowałem ją odwołać i zasugerować pojechanie pod namiot bo taniej. Tak żeby nauczyć ją że jak nie ma pieniędzy, to nie oznacza że ja zawsze muszę zapłacić.

Pewnego wieczora wróciła lekko wstawiona po jednej z imprez i postanowił, a że to właśnie idealny moment na taką rozmowę. Zapewne przez alkohol dodający odwagi. Po jej deklaracji, że ona nie ma i chce żebym to ja zapłacił, zaproponowałem opcję z namiotem. Reakcja była taka jakbym dał jej w twarz. Ona nie jest jakimś szczylkiem co ma 20 lat i będzie spać w namiocie wśród robactwa. Obiecałem jej hotel, plaże i powinienem się z obietnicy wywiązać. Ja poprawiłem, że nie obiecałem, tylko wspólnie planowaliśmy, a to wręcz ona się zaręczała, że ona pokryje koszty swojej osoby. Po tym nastąpiło piekło. Nawrzucała mi najbardziej absurdalnych rzeczy w stylu "panoszę się ze swoją męskością rozpychając się w łóżku", a kończąc na tym, że dominuję ją finansowo pokazując ile to ja nie zarabiam i specjalnie upadlając każąc jej płacić za siebie lub spać jak menel(bo na polach namiotowych śpią menele). Zakończyła to cudownym pomysłem jak można wyjść z owej sytuacji, a mianowicie sumujemy nasze wypłaty i dzielimy się po połowie. Na ten pomysł już parsknąłem jej w twarz i powiedziałem że jest chyba chora. Wtedy kazała mi wprost wypi***ac (z MOJEGO mieszkania) i jej się nie pokazywać. Jako że emocje wzięły górę, to bez słowa założyłem buty i wyszedłem. Zadzwoniłem do przyjaciela, poprosiłem o poważną rozmowę i chwilę później czekał na mnie w swoim mieszkaniu z przygotowaną wódką.

Rozmawialiśmy pół nocy, a raczej on słuchał nie chcąc się wcinać w związek, ale pomógł mi tym, że mogłem się wygadać. Wracam następnego dnia koło południa i mam nadzieję na poważną rozmowę. Zamiast tego, zastaję mieszkanie ogołocone z jej rzeczy, ale w pełnym porządku, a na stole list. W liście było mniej więcej tyle, że to koniec, ona przeprowadza się do przyjaciółki (tak, tej) i ma nadzieję, że ta sytuacja da mi to myślenia na tyle, że nie skrzywdzę już żadnej innej kobiety.

Najpierw poleciały łzy, a potem gdy uświadomiłem sobie sytuację, zostały wyparte przez uczucie ulgi. Ostatnimi czasy sam miałem ochotę zakończyć związek, ale brakowało mi odwagi. Tutaj nie tylko sprawa rozwiązała się sama, ale też to nie ja byłem tym złym który kończy półtoraroczny związek.
2 tygodnie później odezwała się do mnie na facebooku, ale ja tylko zdawkowo odpowiadałem. W końcu wylała swój prawdziwy plan, że myślała, że o nią zawalczę i zgodzę się na pomysł jej przyjaciółki (a jakże) z podziałem pensji. Że ona rozumie błąd, bylebyśmy wrócili do siebie. Dla nas było już jednak za późno. Jeżeli dla kogoś wystawne drineczki są ważniejsze niż druga osoba to niestety nie mogą być razem. Jeszcze przez kilka miesięcy męczyła mnie i prosiła o powrót, ale potem dała sobie spokój.

Ja do dzisiaj jestem sam i mam bardzo spaczone spojrzenie na to co kobiety/mężczyźni powinni i co im wypada lub nie. Lepiej chyba jednak tak niż tkwić w spaczonym związku.

Skomentuj (80) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (284)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…