Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87584

(PW) ·
| Do ulubionych
Chyba większość osób mieszkających w atrakcyjnych turystycznie miejscowościach zetknęła się z tematem najazdów gości. Nie mówię tu o tych zaproszonych, z którymi utrzymuje się na co dzień bliskie relacje, a o tych dawno niewidzianych, którzy zaprosili się sami w imię "nadrabiania więzi" rodzinnych czy towarzyskich, a to nadrabianie więzi dziwnym trafem zbiega się w czasie z sezonem turystycznym w danym miejscu (u nas najczęściej w czasie trwania Oktoberfestu). O ile z pierwszą grupą i nawet sporą częścią tej drugiej spędza się bardzo miło czas, to niestety zdarzają się wyjątki w stylu rodziców z "bombelkiem" hodowanym bezsasadowo, którzy przy kompletnym braku reakcji rodziców niszczy wszystko, co mu wpadnie w małe rączki, kolega będący mocno na bakier z higiena osobistą, znajomy, który zapewniał, że "je wszystko", a w momencie, kiedy stawiasz przed nim talerz z obiadem, oznajmia, że jednak jest weganinem uczulonym na gluten, czy goście "nie rób sobie kłopotu", którzy w ramach nierobienia kłopotu narobią kłopotu, np. nie chcąc robić kłopotu ze śniadaniem, nie poczekają, aż je przygotujesz, tylko za twoimi plecami wyjedzą wszystkie produkty, z których miałaś zamiar później zrobić obiad.

To są na szczęście ekstrema, ale najczęściej zdarza się, że nadrabiacz więzi, będący np. synem stryjecznego szwagra pociotka kuzynki cioci Basi, z którym kontakt ogranicza się do tego, że rodzice byli u tej części rodziny kilkanaście lat temu na jakimś weselu, postanowi odwiedzić cię w ramach "nadrabiania więzi", w temat zaangażuje całą bliższą i dalszą rodzinę (zapewne żeby zminimalizować ryzyko odmowy), przyjedzie, wysiedzi się, zwiedzi zamek Neuschwanstein, wykąpie się w Chiemsee, zrobi zdjęcie z kuflem piwa w Hofbräuhaus, wyjedzie i natychmiast zerwie wszystkie kontakty, dodatkowo blokując w mediach społecznościowych (może aby uniknąć ewentualnej rewizyty, kto wie). Jednymi z takich nadrabiaczy byli "Państwo Doktorostwo z Warszawy" (wiem, że trąci stereotypem, no ale widocznie znikąd się te stereotypy nie biorą).

Moja babcia ma wieloletnią przyjaciółkę. Co prawda nie należy ona do rodziny, ale jest tak blisko z nami związana, że ja ją zawsze nazywałam ciocią Stasią. Bardzo miła, ciepła osoba, z sercem na dłoni, od zawsze wraz z mężem uczestniczyła w życiu naszej rodziny. Ciocia Stasia ma 2 córki, jedną starszą ode mnie o kilkanaście lat, drugą bodajże o sześć. Z racji różnicy wieku nigdy nie miałam z nimi specjalnie kontaktu, starsza mnie czasami doglądała, kiedy byłam zupełnie malutka, co pamiętam jak przez mgłę, natomiast ostatnie wspomnienie z tą młodszą mam, kiedy spędzałam u babci wakacje przez 7 klasą, a ciocia Stasia przyszła z nią, pochwalić się, że Agnieszka dostała się właśnie na medycynę w Warszawie. Więcej jej nie widziałam aż do 2009 roku, kiedy korzystając z pobytu u babci, odwiedziłam ciocię Stasię, chcąc wręczyć jej zaproszenie na mój ślub.

Akurat była u niej Agnieszka z mężem, dwójką dzieci i trzecim w drodze. Jako że w dorosłym wieku różnica 6 lat nie jest już tak drastyczna, nawiązaliśmy kontakt i trochę pogadaliśmy, opowiadając, co u kogo słychać. Otóż, Agnieszka obecnie ma w Warszawie gabinet medycyny estetycznej, mąż Wojtek jest protetykiem dentystycznym, maja willę w Konstancinie, dzieciaczki, a w wolnych chwilach dużo podróżują. Ogólnie powiodło im się w życiu. Rozmawiało się bardzo miło, wymieniliśmy się adresami i numerami telefonów, obiecaliśmy sobie, że koniecznie trzeba się będzie spotkać i lepiej się poznać, pożegnaliśmy się, i na tym kontakt się urwał.

Minęło prawie 8 lat, było lato 2017 roku. Mieszkałam wówczas sama, z moim facetem odwiedzaliśmy się co drugi weekend. Któregoś dnia dzwoni do mnie babcia i mówi, że dzwoniła do niej ciocia Stasia, mówiąc, że Agnieszka z Wojtkiem bardzo chcieliby mnie lepiej poznać, więc czy mogliby mnie kiedyś odwiedzić (standard - po co spytać samemu, mając wszystkie moje dane kontaktowe, lepiej zaangażować w temat kilka innych osób). Jako że babcia z ciocią Stasią niczego sobie wzajemnie nie odmówią, babcia już to w sumie wstępnie potwierdziła, a że ja mojej babci też niczego nie odmówię, zgodziłam się od razu. Zastanawiało mnie tylko, co ich nagle naszło, bo rozmawialiśmy ze sobą raptem raz w życiu, ale wszystko wyjaśnił telefon od Wojtka. Otóż wraz z dziećmi i jeszcze jednym kolegą (łącznie w 6 osób) wybierają się na trzytygodniowe wczasy na Lazurowym Wybrzeżu (z jakichś przyczyn samochodem) i chcieliby po drodze przenocować. Nocleg wypadłby w następny weekend z piątku na sobotę. Trochę zaniepokoiła mnie ich liczba, więc uprzedziłam, że miejsca noclegowe mam dość ograniczone. Będą mieć do dyspozycji rozkładaną a kanapę w pokoju gościnnym, drugą w salonie oraz jeden dmuchany materac i muszą się tym jakoś podzielić. Wojtek na to ze śmiechem: "nie przesadzaj, na pewno nie jest tak źle". Nie wiem, co miał na myśli - czy oczekiwał, że sobie na szybko dobuduję dodatkowe piętro? Zignorowałam uwagę, kazałam im przywieźć sobie dwie własne poduszki, bo ja aż tylu nie mam, i dać mi znać, o której będą, żebym zdążyła wrócić z pracy.

Przyjechali w piątek po południu. Przywitali się i zaczęli wypakowywać jakieś swoje rzeczy. Może mam drobnomieszczańskie nawyki, ale nawet kiedy idę do koleżanki na ploty, przynoszę przynajmniej "coś do kawy", nie wspominając już o korzystaniu z grzecznościowego noclegu u de facto obcych ludzi. Od Państwa Doktorostwa dostałam w prezencie plastikowy długopis z logo gabinetu protetyki dentystycznej Wojtka oraz notesik z logo gabinetu medycyny estetycznej Agnieszki. Kto wie, może uznali, że tak źle wyglądam, że powinnam niezwłocznie zarezerwować sobie u nich wizytę.

Na kolację zaproponowałam wyjście do lokalnej, całkiem klimatycznej, bawarskiej restauracji. Byli zaskoczeni, że nie podjęłam ich domowym obiadem, ale wytłumaczyłam, że niestety obowiązki zawodowe nie pozwoliły mi na gotowanie dla 7 osób. Ponownie zaskoczeni byli, kiedy odmówiłam opłacenia rachunku za wszystkich. Ale muszę przyznać, że poza tymi drobiazgami całkiem sympatycznie się z nimi rozmawiało.

Wieczorem posiedzieliśmy jeszcze trochę u mnie w mieszkaniu i poszli spać. Rano zrobiłam im śniadanie, zjedli, podziękowali, pożegnali się i pojechali.

Trzy tygodnie później spędzałam weekend u mojego faceta. W sobotę późnym popołudniem zadzwonił do mnie Wojtek.
- Cran, gdzie ty jesteś?
- W tej chwili w Kopenhadze
- Jakiej Kopenhadze?
- Tej duńskiej, a czemu? Coś się stało?
- A za ile możesz być w domu? Bo my stoimy u ciebie pod drzwiami.
- Jak to stoicie u mnie pod drzwiami? Przecież nie umawialiśmy się na ten weekend. Nie ma mnie, w domu będę dopiero w poniedziałek po pracy.
- No przecież mówiliśmy, że jedziemy na wczasy na trzy tygodnie. Mogłaś się domyślić, kiedy będziemy wracać.
- Nic nie wspominaliście o chęci noclegu również w drodze powrotnej, inaczej zostawiłabym wam klucze u sąsiadów.
- Bo to chyba było logiczne?
- Dla mnie nie. Szkoda, że nic nie powiedzieliście, bo teraz mogę wam tylko podać kilka namiarów na pensjonaty w okolicy.
- Nie trzeba. Damy sobie radę. Cześć.

Najwidoczniej dali sobie radę, bo więcej nie dzwonili. Babci nic nie opowiadałam, bo nie chciałam robić kwasu.

Parę miesięcy później zmarł mój dziadek. Państwo Doktorostwo byli na pogrzebie, ale do nikogo z naszej rodziny nawet nie podeszli powiedzieć "dzień dobry". Nie wiem, czy się obrazili, czy po prostu nie było im w danej chwili nic potrzebne, więc nie zawracali sobie głowy kontaktami.

W te święta rozmawiałam z moją babcią. Okazało się, że ciocia Stasia ma prośbę. Ponieważ Agnieszka z Wojtkiem są zapalonymi narciarzami, a w Polsce wszystko pozamykane, postanowili w okresie ferii zimowych wybrać się z dzieciakami na narty do Szwajcarii. A ze jadą samochodem, a odległość spora, potrzebują po drodze przenocować, więc czy byłabym tak miła… Odpowiedziałam, że bardzo mi przykro, ale "niestety" mamy w Bawarii całkowity lockdown i kategoryczny zakaz przyjmowania w domach jakichkolwiek gości.

Jak im szkoda na samolot, to niech siedzą na tyłkach w domu.

nadrabianie więzi

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (190)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…