Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87635

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już zaczęłam rozpamiętywać nieudane związki z odległej przeszłości, myślę, że nada się jeszcze jeden, z początku mojego pobytu w Irlandii. Z Eamonnem skąpcem.  
 
Eamonna poznałam w  pracy. Obydwoje pracowaliśmy wówczas w irlandzkich narodowych liniach lotniczych. Był ode mnie ponad 10 lat starszy i wydawał się mieć poważniejsze podejście do życia i związków niż moi rówieśnicy. Wychowany w konserwatywnej, katolickiej rodzinie, mówił, że zależy mu na stworzeniu stałego związku, z perspektywami na przyszłość, na ułożeniu sobie życia, założeniu rodziny i tak dalej. Swoim zachowaniem też pokazywał, że ma wobec mnie poważne zamiary. Spotykaliśmy się prawie codziennie (jeśli tylko grafiki na to pozwalały), kiedy tylko mógł, woził mnie i odbierał z pracy (nawet jeśli ja kończyłam pracę koło północy, a on miał następnego dnia na 5 rano, to wstawał w nocy i po mnie wyjeżdżał), gotował rosół i jeździł do apteki, kiedy byłam chora; szybko przedstawił mnie swojej rodzinie, moją też chętnie odwiedzał, wszem wobec opowiadając chęci spędzenia ze mną życia.  
 
Ponieważ, jak wspomniałam, pochodził z bardzo tradycyjnej, katolickiej rodziny, wspólnie mieszkanie nie wchodziło w grę. Owszem, nocował czasem u mnie, nie zdarzało się to jednak często. Spędzaliśmy raczej czas na "klasycznych" randkach: to poszliśmy na spacer, to pojechaliśmy na wycieczkę, to przyjechał do mnie do domu, to ja do niego (chociaż głównie to on przyjeżdżał do mnie - u niego nie bardzo było warunki, gdyż wszystkie pokoje w domu wynajmował lokatorom, samemu śpiąc na kanapie w salonie), to jechaliśmy na weekend do jego rodziców, to lecieliśmy do Polski do moich. Wspólne wyjścia na kolację czy drinka były bardzo utrudnione ze względu na nieregularne godziny pracy - albo zaczynało się prace o 5 rano, albo kończyło około 23, rzadko kiedy mieliśmy też wolne w ten sam dzień (jedna z wad pracy w tej branży - życie towarzyskie ograniczone jest do kolegów, z którymi akurat masz kompatybilny grafik). A jak już udało się coś zaplanować, jemu zawsze zmieniał się grafik i musiał iść do pracy.   
  
Z tego względu, że nie mieliśmy za bardzo warunków na "zabawę w dom" i wspólne wykonywanie codziennych czynności, do tego miałam w głowie stereotyp "polskiej dziwki lecącej na kasę" i bardzo starałam się tego unikać, pewna kwestia nie rzuciła mi się w oczy od razu, tylko zdałam sobie z niej sprawę dopiero po kilku miesiącach (tyle mniej więcej trwała nasza znajomość). Eamonn był skąpy. Nie oszczędny, skąpy. I nie piszę tego z perspektywy obrażonej Karyny, której facet odmawia sponsoringu. Mam na myśli ten rodzaj skąpstwa, o którym brzydko mówi się, że ktoś by "gó…no spod siebie zjadł i szkłem dupę podtarł", byle tylko zaoszczędzić. Taki, co odmawia sobie dosłownie wszystkiego, łącznie z myciem w ciepłej wodzie (jeśli sam musi za nią zapłacić - jeśli płaci ktoś inny, będzie godzinę siedział w wannie). Nie wiem, skąd mu się to brało, rodzina, z której pochodził, finansowo zawsze radziła sobie bardzo dobrze i nigdy nie musieli na niczym oszczędzać (siostry kilka razy w roku latały do Nowego Jorku na zakupy), jemu samemu też nigdy niczego nie brakowało. 
 
Dwa przykłady. Bywając u niego w domu, zauważyłam ze na bardzo długo starcza mu butelka żelu pod prysznic. Zagadnęłam go o to z ciekawości, jak on to robi, ponieważ mój kończy się zawsze trzy razy szybciej. On na to, że oszczędza. Żelu pod prysznic używa co drugi, czasami nawet trzeci dzień (zależnie od potrzeb), w pozostałe dni myjąc się samą wodą. Kiedy zdarzało nam się jeść razem kolację, jedliśmy u mnie. Ja robiłam zakupy i gotowałam. Któregoś dnia postanowił się zrewanżować i zaprosić mnie na kolację do siebie.  Kolacją okazało się być kilka kromek najtańszego chleba tostowego. Do tego masełka, dżemiki i herbata torebkowa, które wyniósł z pracy. "Frykasów" w postaci sera, wędliny czy jakichś warzyw nie miał, że o czymś na ciepło nawet nie wspomnę, bo to, jak stwierdził, fanaberie i niepotrzebne trwonienie pieniędzy. Chlebem też się można najeść.  
 
Okazało się, że z własnym wyżywieniem Eamonn bazował na darmowych posiłkach, które dostawaliśmy w pracy i wałówce, którą dostawał od rodziców, a jak miał wolne, to albo przyjeżdżał jeść do mnie, albo dopychał się chlebem tostowym. Zanim mnie poznał, w dni wolne albo jeździł do rodziców, albo brał nadgodziny, żeby móc zjeść w pracy (i przy okazji sobie dorobić). I nie robił tego z biedy. Mieliśmy jeszcze tzw. "stare kontrakty" z czasów, kiedy liniom lotniczym świetnie się powodziło i sowicie wynagradzały pracowników. Ze wszystkimi obrywami, typu dodatki za pracę w uciążliwych godzinach, diety czy prowizje, dostawaliśmy na rękę w okolicach 4000eur. No więc, naprawdę nie było potrzeby oszczędzania na środkach higieny osobistej czy podstawowych produktach spożywczych. Aha, a te nagłe zmiany w grafiku za każdym razem, kiedy mieliśmy w planach iść do restauracji, okazało się później, że sam sobie ustawiał, żeby tylko nie musieć wydawać pieniędzy. 
 
O ile na samym początku, przez to, że na siłę próbowałam unikać bycia posądzoną o "lecenie na kasę", nie zwracałam uwagi na to, że facet nigdy nie wydaje na nic pieniędzy, oszczędzanie na sobie samym traktowałam może jak nieszkodliwe dziwactwo, to jego późniejsze zachowania skłoniły mnie jednak do zrewidowania tej znajomości. 
 
Ponieważ moja pierwsza praca w Irlandii, w cieszących się najgorszą sławą tanich liniach, nie należała do dobrze płatnych, moim pierwszym lokum był pokój wynajęty w sporym domu, zamieszkałym przez innych lokatorów, delikatnie mówiąc niezbyt ciekawych. Po kilku miesiącach pracy w tych "normalnych" liniach, zebrałam się w końcu, żeby zmienić miejsce zamieszkania i wspólnie z jedną przyjaciółką wynająć trzypokojowe mieszkanie. Miałyśmy trudności ze znalezieniem pasującego nam lokum. Boom budowlany z czasów tygrysa celtyckiego jeszcze się nie zaczął, nowych budynków było bardzo mało, a w tych starszych panował brytyjski standard, czyli grzyb i pleśń. Ale… wiedziałam, że oprócz domu, w którym mieszkał, Eamonn miał jeszcze mieszkanie, w nowo wybudowanym apartamentowcu, do tego 3km od lotniska, więc w idealnej lokalizacji. Mieszkanie kupił rok wcześniej, na wynajem. Było ono co prawda na tamta chwilę wynajęte, ale zwolnienie go było kwestą wręczenia lokatorce 4-tygodniowego wypowiedzenia. Spytałam Eamonna, czy byłaby taka opcja, żeby wymówił lokatorce i wynajął nam. Jej czynsz płaciła opieka społeczna w wysokości 600 euro miesięcznie (to też była osobna piekielność - dziewczyna z Mołdawii, żyła z zasiłków dla samotnej, niepracującej matki, opieka społeczna płaciła jej za wszystko, podczas gdy dziecko było w Mołdawii u jej rodziców, a ona mieszkała sama z kochasiem, również bezrobotnym, do tego oboje powtarzali, ze w tym kraju tylko frajerzy pracują), my byłyśmy gotowe płacić powiedzmy 1000 euro. Więc wywalając patusów i wynajmując nam, wyszedłby finansowo na plus. Ku mojemu zaskoczeniu Eamonn odmówił. A dlaczego? Jak to tłumaczył, lokatorce płaci czynsz opieka społeczna. Może jest niski, ale za to gwarantowany. Natomiast co w sytuacji jeśli ja stracę pracę lub zachoruję, lub przydarzy mi się inne nieszczęście i nie będę w stanie płacić mu czynszu? On nie chce być stratny, więc nic z tego. No cóż… Niby jego mieszkanie i może je wynajmować, komu chce, ale nastąpił pierwszy zgrzyt. Miłe z jego strony to nie było. Na szczęście tydzień później znalazłyśmy inne, fajne mieszkanie, a Eamonn pomógł w przeprowadzce.   
 
Kiedy już mieszkałam w nowym mieszkaniu, na kilka dni przyjechali moi rodzice. Ponieważ oboje z Eamonnem mieliśmy wtedy wolne, postanowiliśmy zabrać ich na dwudniową wycieczkę do Galway na zachodzie kraju. W tamtych okolicach mieszkała rodzina Eamonna, a jego przemiła siostra Olivia, która miała tam swój dom (w którym nie mieszkała i stał pusty), zaproponowała, żebyśmy tam w czwórkę przenocowali. Obiecała również zostawić nam w lodówce produkty na śniadanie, żebyśmy nie musieli rano szukać sklepu.  
 
Kiedy rano zeszliśmy do kuchni, chcąc zrobić śniadanie, lodówka okazała się jednak być pusta. Nie było nawet butelki wody. Byłam zaskoczona, no ale może Olivia nie zdążyła zrobić zakupów. Na szczęście moja mama przezornie zabrała ze sobą jakieś pieczywo, herbatę, kawę i coś do chleba, więc mieliśmy co jeść. Eamonn też chętnie się częstował.  
 
Po powrocie zdzwoniłyśmy się z Olivią, podziękowałam za możliwość noclegu, a ona spytała, jak rodzicom smakowało typowe irlandzkie śniadanie. I wtedy się wydało. Olivia przygotowała dla nas wszystkie produkty na irlandzki "fry-up", czyli kiełbaski, bekon, jajka, black pudding, fasolkę, pomidory.  Do tego tosty, masło, dżem, owoce, mleko, kawę, herbatę i sok pomarańczowy. Produkty potajemnie pozbierał jednak Eamonn, który wstał zanim inni się obudzili, spakował je do swojej torby i miał prowiant na następne dni. Kolejne brzydkie zachowanie, które dało mi do myślenia.  
 
Czarę goryczy przelała jednak inna sytuacja, która nastąpiła jakieś 2 tygodnie później. Mieliśmy jechać na pierwsze wspólne wakacje.  Może wakacje to za dużo powiedziane, ot, przedłużony weekend. 4 dni w Hiszpanii, odskocznia od irlandzkiej deszczowej aury. Eamonn miał wtedy wolne, mnie udało się pozamieniać z koleżankami i wreszcie nadarzyła się okazja, żeby wspólnie spędzić kilka dni poza domem. Bardzo się na ten wyjazd cieszyłam. Bilety na samolot mieliśmy pracownicze, hotel Eamonn zarezerwował używając swojej karty kredytowej, moją część miałam mu zwrócić w dzień wylotu, w gotówce.  
 
Wylot miał nastąpić w piątek o 5 rano. W czwartek wieczorem, kiedy kończyłam się pakować, zadzwonił Eamonn. Nici z wyjazdu. W pracy pojawiła się oferta nadgodzin i szukali ochotnika na weekend. Eamonn się entuzjastycznie zgłosił i, nie konsultując tego ze mną, odwołał rezerwację. Jak to tłumaczył, wakacje nie są niezbędne do życia, a na koncie zawsze lepiej jest mieć więcej kasy niż mniej.  
 
W tym momencie stwierdziłam, że wystarczy. To nie ma dłużej sensu, gość będzie ewidentnie szczęśliwszy w związku ze swoim kontem bankowym i ja nie będę mu stać na drodze. Opie*doliłam go z góry na dół, wykrzyczałam całą zbierającą się od jakiegoś czasu frustrację i zakończyłam znajomość.  Jemu nie było to w smak (nie wiem, czy ze względu na uczucia, czy darmowe obiadki), najpierw nie rozumiał, o co mi chodzi, potem prosił, żebym przemyślała swoją decyzję, on się zmieni i tak dalej. Pisał, wydzwaniał, prosił o spotkanie, nachodził mnie w domu. Kiedy to nie przyniosło efektu, przedstawił mi wyciągi ze swojej karty kredytowej, na której pozaznaczał różowym markerem wszystkie wydatki, które poniósł na mnie (kwoty w przybliżeniu): 
Kolacja na naszej pierwszej randce - 50 euro (kwota za 2 osoby) 
Prezent, który dał mi na urodziny - 30 euro (na 24 urodziny dał mi krem przeciwzmarszczkowy do cery dojrzałej, ale był akurat w promocji na lotnisku)  
Kwiaty, które kupił mojej mamie przy pierwszej wizycie u moich rodziców - 20 euro 
Hotel w Hiszpanii, w którym mieliśmy się zatrzymać - 300 euro 
Do tego zażądał zwrotu prezentów, które dostałam na urodziny od jego sióstr, czyli balsamu do ciała i świeczki zapachowej (on zażądał zwrotu, nie siostry). 
 
Odnośnie hotelu zwróciłam mu uwagę, że anulując rezerwację, całą kwotę odzyskał, co zresztą widnieje jako następna pozycja na wyciągu z karty. Resztę roszczeń wyśmiałam. Myślałam, ze to zakończyło temat. Ale nie... 
 
Jakieś dwa tygodnie później moja mama dostała od niego list, w którym skarżył się, że nie dość, że zabawiłam się jego kosztem i złamałam mu serce, to jeszcze zrujnowałam go finansowo, że poniosła porażkę, wychowując mnie na pasożyta i parę innych ciepłych słów. Do listu dołączony był wspomniany wyciąg z karty z zaznaczonymi pozycjami (tym razem odpuścił jednak hotel w Hiszpanii), domagając się zwrotu kosztów od mojej mamy, bo skoro ja się nie poczuwam, to niech ona przynajmniej będzie honorowa. Pozbierawszy szczękę z podłogi, mama do niego zadzwoniła z propozycją, żebyśmy rozliczyli się wzajemnie. Ona też bardzo chętnie wystawi jemu rachunek za jego wizyty w Polsce, wożenie go z lotniska i na wycieczki, gotowanie dla niego, zapraszanie go do restauracji i może jeszcze za ciepłą wodę i prąd, które zużył, nocując u niej w domu. I zapewnia go, że kwota wyjdzie znacznie wyższa niż 100 euro. Eamonn nie skorzystał z propozycji i odpuścił temat rozliczeń.

Irlandia

Skomentuj (62) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (202)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…