Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87638

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój świętej pamięci dziadek miał kilka sióstr. Z jedną z nich (nazywaną w dalszej części historii ciocią Basią (imię zmienione)), najstarszą, nasza gałąź rodziny miała od lat bardzo dobry i regularny kontakt. Jednak jakiś czas temu zaczęło się to powoli zmieniać za sprawą piekielnego wnuczka cioci, a mojego dalekiego kuzyna.

Piekielnemu kuzynowi, powiedzmy – Markowi, powodziło się w życiu stosunkowo dobrze. Uczył się dobrze, płynnie mówi w dwóch językach obcych, skończył studia, znalazł dobrze płatną pracę i narzeczoną. Miał jednak jeden wielki problem – alkohol. Nie znam szczegółów, jednak przez nasilający się nałóg i brak chęci do porzucenia go, jego ukochana zdecydowała się go zostawić. I to był początek końca. Marek wpadł w okropny stan, stracił chęci do życia, olewał pracę i pił, pił i pił. Zaskoczeniem chyba dla nikogo nie będzie, że pracę w końcu stracił.

Od tego czasu jego życie dzieliło się na trzy rzeczy: chwile opamiętania i chęci zmian, libację alkoholową i podróże. Co jakiś podejmował pracę, by zaraz ją stracić. Chodził na odwyki, by z nich zrezygnować i wypisać się z ośrodka. Wyjeżdżał z rodzinnej wsi, by wrócić dzień lub dwa później. I tak mijały lata, a problem jedynie się nawarstwiał. Obecnie Marek ma około 35 lat.

Jak wspomniałam, moja bliska rodzina od lat utrzymywała dobry kontakt z jego babcią. Pomimo to Marka poznałam stosunkowo niedawno – przez większość mojego kilkunastoletniego życia nie interesował się za bardzo babcią. A i ciocia nie poruszała zazwyczaj tematu wnuka. Wiedziałam, że istnieje, nic poza tym. Alkoholizm Marka był do pewnego dnia tematem pomijanym.

A tym dniem był dzień, w który Marek po kolejnej stracie pracy postanowił zamieszkać u cioci Basi.

Zaczęło się niewinnie – pomagał w domu, zwalniając staruszkę z ciężkich prac w domu i w ogrodzie, prawie nie pił i podobno szukał nowej pracy w pobliskim mieście. Jednak wystarczyło zaledwie kilka tygodni, by zaczęły się problemy. Wrócił do picia, a gdy skończyły mu się pieniądze, wybłagał je w jakiś sposób od cioci Basi i kontynuował swój maraton alkoholu. Często nie wracał na noc, spał w krzakach przed domem zbyt pijany, żeby wejść do środka i nawiązywał kontakty z innymi wioskowymi pijakami.

Jednak tak szybko jak się pojawił, Marek zniknął. Zabrał uzyskane od swojej matki, a córki cioci Basi, pieniądze i wyjechał w góry, poszukując nowej posady bądź na odwyk. Nie pamiętam dokładnie.
Świetnie za to pamiętam, jak w wigilię byłam u cioci Basi, żeby zaprosić ją do domu mojej babci na kolację. Przyznam, że namówienie cioci nie należało do najłatwiejszych ze względu na jej pewnego rodzaju dumę i brak śmiałości – miała wrażenie, że będzie przeszkadzać i nie pasować ze względu na dalekie pokrewieństwo. Jednak po długiej rozmowie zgodziła się.

I właśnie wtedy zadzwonił telefon. Dzwonił oczywiście Marek, który miał święta spędzić w górach. W kilku słowach zapowiedział, że będzie za kilka godzin, bo się rozmyślił i jednak wraca do domu. Polecił także przygotowanie wigilijnej kolacji i rozłączył się. Tak po prostu.

Ciocia spanikowana (jej panikę w pełni zrozumiałam dopiero pół roku później, ale do tego dojdziemy z czasem), bo w domu nic nie ma. Myślała, że wigilię spędzi sama w łóżku, a tu już za kilka godzin będzie głodny jak wilk Marek. No nic, bardzo zawstydzona poprosiła mnie, czy mogłabym zapytać moją babcię, czy dałaby jej „tak z sześć pierożków, byle dla Marka było”. Pobiegłam, wytłumaczyłam sytuację i wróciłam z mnóstwem jedzenia, co by im jeszcze na następny dzień starczyło. Ciocia płakała ze wzruszenia.

Kolejne miesiące były dla cioci męczarnią. Marek zamieszkał u niej na stałe, co jakiś czas wyjeżdżając w poszukiwaniu pracy lub na odwyk. Kiedy był w domu, czasem pomagał, czasem nie. Przeprowadził połowiczny remont, zabierając cioci wannę (ogólnie dom cioci jest bardzo stary i wanna była w innym budynku), obiecując wstawienie nowej. Czego do teraz nie zrobił, ale to inna sprawa. Opowiedział mi historię swojego życia (opisaną na początku), wspominając dodatkowo o majakach, chęci zmiany oraz jednoczesnym braku woli. W międzyczasie też kradł cioci pieniądze, na co zareagowała w końcu jego matka (powiedzmy, że ciocia Wanda), która sama zabrała wszystkie pieniądze cioci Basi i robiła zakupy za nią. Sam Marek, jak okazało się później, bił ciocię Basię i znęcał się nad nią psychicznie.

Ciocia Basia znalazła się w okropnej sytuacji. Nie wychodziła z domu, a jej stan zdrowia znacznie się pogorszył. Z wyjątkowo żwawej i pełnej sił jak na swój wiek (ponad 80 lat) kobiety, stała się zgarbioną w pół i kulejącą staruszką. Kiedy tylko mogłam, odwiedzałam ją, proponując wsparcie. Marka zazwyczaj w domu nie było, a kiedy był – spał zmęczony pijackimi wyczynami.
Zapytacie pewnie: dlaczego go nie wyrzuciła za drzwi? Odpowiedź jest aż nazbyt prosta – miała zbyt dobre serce. To był jej wnuk i nieważne dla niej było, jak wobec niej się zachowywał. Cierpiała, milcząc w kwestii mnóstwa ważnych spraw, zdana na łaskę wnuka. Odrzucała pomoc mojej bliskiej rodziny, a nikt inny – sąsiedzi, jej dzieci, jej siostry i ich dzieci – nie był tym w ogóle zainteresowany. Wiedziała, że nikt inny się nie ulituje nad Markiem, a ona nie mogła pozwolić, aby ten został sam. Bezdomny, pozbawiony pracy i wyklęty przez rodzinę. Ta wizja sprawiała jej zbyt wielki ból, co wielokrotnie sama podkreślała. Miała złote serce (co mogłabym uzasadnić na wielu przykładach, ale tekst jest bardzo długi i bez tego) i to złote serce ją gubiło.

Z czasem wycofała się całkowicie z rozmów z innymi. Jej świat ograniczał się do domu, podwórka, Marka i cioci Wandy. Kiedy do niej przychodziłam, płakała. Nikt nie mógł jednak zmusić ją do zaprzestania krycia Marka i zgłoszenia wszystkiego na policję.

Do czasu.

Któregoś dnia, jakoś na przełomie wiosny i lata, do domu babci przyszedł jakiś daleki wujek i jednocześnie sąsiad cioci Basi. Przyniósł wieść, że ciocia Basia przyszła zakrwawiona do jego domu i zemdlała. Karetka była już w drodze. Babcia poszła zobaczyć co z ciocią i zaszła do jej domu wraz z policją. Marka oczywiście na miejscu już nie było (i to chyba na jego szczęście, bo babcia była tak wściekła, że byłaby gotowa go pobić, a pomimo wieku odznacza się ogromną siłą w rękach). Za to były rozbite naczynia i jedzenie walające się po podłodze, szafkach, kuchence... Słowem – po całej kuchni.

W szpitalu okazało się, że ciocia ma wstrząśnięcie mózgu i złamane żebro. To właśnie wtedy zdecydowała o zgłoszeniu wszystkiego na policję, chociaż jej córka cicho jej tego odradzała. Policja jednak zabrała się do pracy. Marek został złapany i osadzony w areszcie, a rodzina i sąsiedzi przesłuchani. Pamiętam, jak cała moja bliska rodzina drżała, żeby ciocia nie wycofała zarzutów, bo jak policja przyznała – gdyby to zrobiła, nie dałoby się nic zrobić.

Jednak tego nie zrobiła. Miała ogromne wątpliwości, ale do procesu doszło. Marek dostał sądowy zakaz zbliżania się do cioci Basi.

W tym czasie ciocia zaczęła powoli zdrowieć. Nadal była rozstrojona emocjonalnie i dodatkowo przerażona pandemią, jednak zaczęła chodzić bardziej wyprostowana, odzyskała kolory na twarzy i przestała być tak przerażająco chuda. Nie wyglądała jak rok wcześniej, ale było lepiej. Zaczęła wychodzić z domu na zakupy, na cmentarz do męża, czasem nawet do babci.

Ale Marek wrócił. Ponownie zamieszkał u cioci, cała sytuacja zatoczyła koło, wliczając to nawet złamanie (tym razem miednicy). Ciocia nie chce przyjąć od nikogo pomocy, a policja nie jest w stanie nic zdziałać, bo oficjalnie go tam nie ma. Jego istnienie jest skrzętnie ukrywane, chociaż i tak wszyscy wiedzą, że tam jest. Dopóki jednak nie zostanie złapany na gorącym uczynku, wszystko na nic.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (157)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…