Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87853

~samotnamatkapolkaidolka ·
| Do ulubionych
Jestem samotną matką 10-letniego chłopca, choć uważam, że słowo "samotna" brzmi bardzo smutno, a ja swojego życia nie uważam za smutne. Mój były partner jest świetnym ojcem, widuje się synem kilka razy w tygodniu, nigdy nie musieliśmy wykłócać się o alimenty. Mam fajną pracę, całkiem fajne mieszkanie, grupę dobrych przyjaciół i przekochanych rodziców.

"Samotna" jestem od 5 lat. W tym czasie spotykałam się z dwoma mężczyznami. Z jednym przez kilka miesięcy, a relację zakończyliśmy, ponieważ narzucał zbyt szybkie tempo i już po 6 miesiącach sugerował, że się do mnie wprowadzi. Gdy nie odpuszczał tematu przez kolejne tygodnie po prostu powiedziałam, że nie bardzo mi pasuje tak szybkie przeniesienia związku na wyższy level, nie tylko ze względu na syna, ale też na względu na to, że byłam gotowa wpuszczać póki co nikogo w moją strefę komfortu.

Z drugim mężczyzną spotykałam się krócej, gdyż szybko zauważyłam, że jest źle nastawiony do mojego syna. Nie oczekiwałam, że pokocha go jak swoje dziecko albo będzie łaknął jego towarzystwa na naszych randkach, ale on nie potrafił nawet przez kilka minut ukryć swojej niechęci do mojego syna. Postanowiłam to skończyć, bo nie ukrywajmy, dziecko jest dla mnie najważniejsze, więc dłuższa relacja z kimś, kto nie potrafi go zaakceptować jest bez sensu. Obecnie do roku się z nikim nie spotykam. Nie szukam faceta, ale nie wykluczam związania się z kimś, jeśli spotkałabym odpowiednią osobę na swojej drodze.

Zapytacie pewnie, co w tym piekielnego? Otóż w zasadzie dwie sytuacje z ostatnich kilku miesięcy. Pierwsza to moja koleżanka z pracy, która usilnie próbuje mnie swatać z kim popadnie. Gdy okazuję brak zainteresowania jej starszym ode mnie o 20 lat zaniedbanym wujkiem, bucowatym i wulgarnym kolegą z pracy, jej sąsiadem, który jest w trakcie rozwodu i do określenia kobiet używa głównie dwóch słów - k...rwy lub niunie - lub bezrobotnym bratem, który w wieku 35 lat mieszka z rodzicami, to słyszę, że jestem zbyt wybredna i bo w mojej sytuacji jak "nie wezmę, tego co jest" to zestarzeję się w samotności.

Druga piekielność to teksty, które kilkakrotnie słyszałam od facetów, z którymi byłam na jednej randce. Dlaczego na jednej?
Przykładowo, facet usiłował się wprosić do mnie do mieszkania po skończonej randce. Gdy odmówiłam go mu wejścia na górę, zrobił zniesmaczoną minę i się pożegnał, a potem napisał mi smsa, żebym nie zgrywała takiej świętej, bo wiatropylna chyba nie jestem. Edukacja seksualna chyba naprawdę u nas kuluje, skoro niektórzy żyją w przekonaniu, że w ciążę zachodzi się tylko na pierwsze rance ;).

Inna sytuacja - byłam na swego rodzaju podwójnej randce. Moja przyjaciółka, jej mąż, jego kolega i ja. Niby nie randka, ale przyjaciółka zapewniała, że na pewno miło spędzimy czas, a ten kolega to singiel itd...
Nie oceniam ludzi po wyglądzie, ale pomijając, że moja "randka" pojawiła się na spotkaniu w zabrudzonej koszuli, za krótkich spodniach, cały śmierdzący tanimi perfumami. Cały wieczór wypowiadał się na każdy temat na zasadzie "eeee...nie wiem" "yyy nie interesuję się" "a kogo to obchodzi".

W dodatku o swojej pracy kierownika supermarketu wypowiadał się niczym pan życia, któremu plebs powinien buty lizać. Gdy w rozmowie padł temat związkowy (a ja kilka miesięcy wcześniej rozstałam się z facetem - tym, który usilnie chciał ze mną zamieszkać) to dowiedziałam się, że jako samotna matka chyba na głowę upadłam, że pogoniłam faceta, który chciał się do mnie wprowadzić, bo jako samotnej matce trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno. Gdy mąż przyjaciółki "wywlekł" temat drugiego faceta, który okazywał mojemu dziecku jawną wrogość, kolega dorzucił jeszcze, że tak to jest jak odpieluszkowe zapalenie mózgu staje się stanem pernamentnym. Sam nie czuł żadnej żenady opowiadając o tym, że w ramach rozstaniowych złośliwości wywalił wszystkie ciuchy swojej byłej dziewczyny na śmietnik, a kandydatka na żonę musiałaby dobrze dogadywać się z jego mamusią i dostać jej namaszczenie. Mało tego - kolega był na tyle bezczelny, że pod koniec spotkania poprosił mnie o numer, bo chciałby się ze mną jeszcze spotkać albo chociaż "poklikać" (tak, właśnie tego określenia użył).

Powiedziałam, że niestety, ja nie odczuwam podobnej chęci do spotkań z nim. Oczywiście, zareagował tak jak się spodziewałam, stwierdził, że mi się w dupie poprzewracało, zachowuje się jak księżniczka, on jest młody, ma pracę i nie ma dzieci, więc czego ja jeszcze więcej oczekuję?
Dodatkowy smaczek - później przyjaciółka przyznała, że ten "kolega męża" to bardziej dalszy znajomy, zdesperowany, żeby znaleźć kobietę, więc pomyśleli o mnie. Dzięki...

I ostatni kandydat, facet, który zaprosił mnie na kolację. I podkreślam słowo "zaprosił", bo to było jednoznaczne zaproszenie. Wybaczcie, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś kogoś gdzieś zaprasza, to oznacza, że rachunek bierze na siebie. Wieczór przebiegał w bardzo miłej atmosferze i byłam przekonana, że chciałabym się z nim ponownie spotkać. On też zapewniał, że ma nadzieję, że niebawem to powtórzymy. Gdy przyszło do płacenia rachunku, poprosił kelnera o dwa osobne. Trochę się zdziwiłam, ale cóż, może coś źle zrozumiałam, nie ma problemu, zapłacę za siebie. Gorzej, że kelner poprosił o przypomnienie, co kto konsumował i do czyjego rachunku dopisać np. butelkę wina. Facet nie dość, że butelkę wina, którą w większości wypił on, próbował wpisać na mój rachunek, to jeszcze usiłował wmówić, że ja zjadłam deser, który on zamówił. Gdy czekaliśmy już w nieco oklapłej atmosferze na rachunki, rzucił jeszcze przepraszającym tonem:

- Wybacz, że nie zapłacę za ciebie, ale nie będę sponsorował cudych dzieciaków, rozumiesz, prawda?

samotne macierzynstwo

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (236)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…