Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#88398

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam zamiar napisać komentarz pod historią @cranberry, ale wyszedł na tyle długi, że zamieszczam jako historię.

Wypad w cztery koleżanki, majówka, Budapeszt, wydawało się, że mamy w miarę wszystko ustalone/mamy spójną wizję tego kilkudniowego pobytu. Taak, wydawało nam się.

Na miejscu okazało się, że koleżanka A. uważa, że 6 rano jest wspaniałą godziną do wstawania na mini-wakacjach, bo można pójść wcześniej do sklepu, oddalonego zaledwie o 1,5 km od hotelu, zrobić zakupy, wrócić do hotelu, zjeść śniadanie i zwiedzać, ach, dzień taki długi!

My we trzy wolałyśmy zacząć dzień spokojnie, powiedzmy o 9, wypić jakąś kawę/coś przegryźć w kawiarni - cenowo było w miarę ok, oczywiście drożej niż kanapka, ale bez przesady. No cóż, to tak się dogadałyśmy - ona wstawała rano, latała do sklepu i z powrotem, a potem wisiała nam nad głową przy tej kawie, bo ona już zjadła, kawę przywiozła ze sobą w saszetkach, i tracimy czas, a zwiedzanie czeka... i atmosferę od rana szlag trafiał.

Zwiedzanie - wcześniej uzgodniłyśmy punkty, które koniecznie chcemy zobaczyć, i niektóre inne, które zobaczymy, czy wystarczy nam czasu, pieniędzy i ochoty. Nagle okazało się, że ona wcale nie chce iść do muzeum X, woli muzeum Y, a zamiast zobaczyć Z woli zobaczyć W. No spoko, ale mogła dojść do tego wniosku wcześniej, zwłaszcza że dni miałyśmy mniej więcej tak rozplanowane, żeby rzeczy, które chcemy zobaczyć, były po drodze. Tymczasem jej muzeum Y wymagałoby albo całkowitej zmiany planów, albo nadłożenia dużo drogi, co by nam wykluczyło czas na jakiś lunch/obiad. Kończyło się tak, że z fochem szła tam, gdzie zaplanowane. Sama odłączyć się i jechać do "swoich" atrakcji nie chciała, bo obce miasto i ona sama się boi. I znów, atmosfera skiśnięta, bo niefajnie, jak się ktoś snuje z nosem na kwintę.

Obiady - nie planowałyśmy jakichś ekstrawaganckich restauracji, raczej spróbować coś lokalnego/pójść na pizzę. Ale koleżanka A. stwierdziła, że najlepiej będzie wracać na obiad do hotelu - a właściwie wynajętego apartamentu - i tam coś ugotować. Strata czasu, i na samo gotowanie, i na dojazd, bo lokum było kompromisem między ceną a lokalizacją, i choć połączenie metrem było dobre, to jednak trzeba było do centrum kawałek dojechać. Stwierdziłyśmy, że nie wracamy.

Pierwszego dnia A. została z nami, kręcąc nosem na każde proponowane miejsce na obiad, drugiego zdecydowała się wrócić, a my miałyśmy zjeść na mieście i za powiedzmy 2 godziny spotkać się w punkcie X. Czekamy i czekamy a jej nie ma, telefonu nie odbiera. No to zaczęłyśmy realizować dalsze punkty zwiedzania, tak jak było w planie - pisząc jej smsy, że jesteśmy tu i tu, potem idziemy tu - żeby mogła do nas dołączyć. To strzeliła focha, że ona nas po całym mieście nie będzie szukać i żebyśmy chodziły same gdzie chcemy. Tak zrobiłyśmy, ale atmosfera stała się ciężka jak ołów.

Zdjęcia - noo, jak człowiek gdzieś jedzie, to przeważnie robi zdjęcia, i nie jest to wymysł ostatnich kilku lat. My też, jak coś przykuło naszą uwagę, robiłyśmy foty. I nie, nie w typie 150 ujęć selfie z kaczym dziobkiem, tylko takie normalne zdjęcia różnych zabytków, mostu, rynku, ciekawej ulicy. A. cały czas podkreślała, że nie umiemy "chłonąć chwili" i że zdjęcia są takie dziecinne.

Zakupy - ja nigdy nie przywożę z wyjazdów typowych pamiątek, magnesów, kubków, koszulek, ciupag ani niczego w tym stylu. Ale pozostałe koleżanki chciały coś kupić, więc zakupy pamiątek były w planie wyjazdu. A. obleciała całą wielką halę, wracając po trzy razy do tego samego stoiska, żeby się przekonać, czy upatrzony breloczek nie jest przypadkiem gdzieś o kilka groszy tańszy. Rozumiem, jakby to było coś naprawdę drogiego, ale serio - kupiła, po jakichś 4 godzinach, 3 (słownie: trzy) breloczki.

Może małe piekielności, ale strasznie psujące atmosferę...

koleżanki wyjazd maruda

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (203)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…