Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#88411

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj dałem się wyciągnąć kumplowi na imprezę do baru. Z całego towarzystwa znałem może dwie, trzy osoby. Jako, że uwielbiam gotować dość szybko złapałem wspólny język z Antkiem, który jest kucharzem w dość ekskluzywnej restauracji w Sopocie. Rozmowa o kucharzeniu, wraz z ilością wypitego alkoholu w miarę szybko przeszła na szkolne wspominki. Tak więc w pierwszej kolejności przedstawię wam historię Antka (oczywiście za jego pozwoleniem), a potem postaram dodać coś od siebie.

Antek zaczął swoją przygodę z gotowaniem już na początku gimnazjum. Przez pewien błąd, którego niestety nie mogę opisać, mama Antka popadła w dość duże długi i musiała wziąć drugi etat. A jako że Antek był najstarszy w rodzeństwie tak i na niego spadła większość obowiązków domowych, w tym właśnie gotowanie. Na początku mu się to nie podobało, ale z czasem złapał bakcyla. Odstawił kreskówki i zamiast tego zaczął oglądać programy kulinarne, udało mu się zdobyć kilka książek kucharskich, ogólnie bawił się tym. A że przygotowywane przez niego posiłki z miesiąca na miesiąc co raz bardziej smakowały jego rodzinie, postanowił po gimnazjum iść do technikum gastronomicznego.

Jak technikum to i praktyki zawodowe. Akurat w szkole, do której uczęszczał Antek było to rozwiązane tak, że na trzecim roku był przewidziany miesiąc praktyk. Większość uczniów musiała szukać pracy na własną rękę, ale 30 osób z najwyższą średnią z zajęć technicznych mogło liczyć na zagwarantowane miejsca w najlepszych restauracjach w mieście. Jak możecie się domyślić Antek załapał się na ten grant i do dzisiaj żałuje, że z niego skorzystał.

Pierwszy dzień był dość obiecujący. Po przybyciu na miejsce został zaprowadzony do kuchni, pokazano mu co i jak, jak działa cała kuchnia, sprzęty wykorzystywane w kuchni fusion, dali mu stylowy strój, który obowiązywał każdego pracownika restauracji i wysłali do domu. Następnego dnia oddelegowano go jednak do małej kanciapy, w której znajdował się zmywak i stanowisko do obierania warzyw. I tym właśnie zajmował się cały dzień. A właściwie został zmuszony by się tym zajmować. Gdyż jak tylko stwierdził, że ma chwile wolnego, to postanowił wyjść na kuchnie i zobaczyć co tam się dzieje, a może nawet coś pomóc. Wtedy nastąpiło zderzenie z rzeczywistością, gdyż kierownik zmiany, gdy tylko go zobaczył, kazał mu natychmiast wracać do kanciapy i nie przeszkadzać na kuchni.

Antek wytrzymał tak kilka dni, ale w końcu nerwy mu puściły i postanowił pogadać z szefem zmiany. Na pytanie kiedy zostanie dopuszczony do kuchni, bo nie po to szedł na praktyki żeby tylko warzywa obierać i gary zmywać, usłyszał, że chyba jest niepoważny jeśli myśli, że ktoś taki jak on zostanie wpuszczony na kuchnię.

Antek wziął to na klatę i postanowił zrobić burdę dopiero przy oddawaniu dziennika praktyk (czego teraz żałuje). Ten natomiast wyglądał tak, że poza pierwszym dniem gdzie widniało "Przedstawienie kuchni", w każdym kolejnym dniu Antek zapisał "Zmywanie naczyń i obieranie warzyw". W końcu, po miesiącu dostał od pracodawcy za praktyki piątkę i bardzo neutralny opis w stylu "Antek nie sprawiał problemów". Natomiast przy oddawaniu dzienniczka praktyk pomiędzy Antkiem a nauczycielką wywiązała się mniej więcej taka rozmowa:

[Nauczycielka]: O widzę Antek piątka, niczego innego się nie spodziewałam.
[Antek]: A widzi pani czym się tam zajmowałem?
[N]: No przecież pokazali ci kuchnię. Ja się nie dziwię, że w TAKIEJ restauracji nie dopuścili cię do gotowania.
[A]: Ale przecież praktyki są po to, żeby się nauczyć gotować a nie zmywać i obierać.
[N]: Antek, ty się ciesz, że miałeś praktyki w TAKIEJ restauracji, gdy inni w kebabach pracowali.
[A]: Sądzę, że w kebabie bym się nauczył więcej niż w TAKIEJ restauracji...

Jak można się domyślić nauczycielka tej zniewagi nie odpuściła i do końca szkoły mściła się na biednym Antku.

A teraz jak to wyglądało z mojej strony. Wszystkie szkoły kończyłem w mniejszej miejscowości, w której było może 6 firm zajmujących się programowaniem. Doskonale wiedziałem jak wyglądają praktyki w tych firmach. Ludzie, którzy tam szli jedyne co robili to parzyli kawę, przepisywali jakieś pisma do Worda, albo grali w jakieś gry. Do kodu aplikacji nie mieli dostępu, tak samo do bazy danych.

Natomiast ja postanowiłem iść na praktyki do serwisu komputerowego. Wszystkie sprzęty do naprawy szły najpierw do mnie, a gdy nie dawałem rady, to po prostu to zgłaszałem i szefo tłumaczył co i jak. W ciągu trzech miesięcy praktyk (technikum plus studia) złożyłem około 30 komputerów. Poza tym nauczyłem się lutować elementy na płytach głównych, itp. Potem zatrudniłem się w tym serwisie i na umowie zlecenie ogarniałem laptopy poleasingowe i pomagałem gdy był nadmiar komputerów do serwisu aż do końca studiów.

Wiedza, którą wtedy zdobyłem jest mi aktualnie średnio potrzebna, ale zajebiście się bawiłem na tych praktykach. Poza tym dzięki zajawce jaką zaszczepił we mnie szef udało mi się zbudować retro konsolę i aktualnie pracuję nad drugą wersją. Z drugiej strony strony byłem wyśmiewany przez rówieśników, że zamiast iść na "porządne" praktyki idę do serwisu. A jak to wyglądało gdy szukałem już regularnej pracy? Tylko jeden pracodawca zwrócił na nie uwagę i się ucieszył, że ze względu na doświadczenie sam ogarnę sobie sprzęt jakby co...

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (157)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…