Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#88616

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy dwa koty (dyskusję o tym, czy to my mamy koty czy koty mają nas, pozostawię na inną okazję). Bracia bliźniacy w identycznym wieku lat 3, rasy europejskiej czyli innymi słowy klasyczne dachowce. Darmo byli, przygarnęłam z ogłoszenia.

Będzie o weterynarzu. Nie wiem czy piekielny, może i nie. Ale boli mnie ta historia do dziś, chociaż dobrze się skończyła.

Pewnego dnia zaobserwowaliśmy, że jeden z kocurków dziwnie się napina. Wyglądało to tak, jakby nie mógł zrobić kupy. Napina się, przesuwa się o kilka kroków i znów napina. Jako, że wydalanie to bardzo ważna część procesu metabolicznego, czym prędzej do weterynarza. Mamy bardzo blisko do naprawdę dobrej kliniki prowadzonej przez dwóch lekarzy - ojca i syna. Tłok w niej od rana do wieczora, ludzie z odległych dzielnic ze zwierzakami przyjeżdżają. Musi być zatem dobra, bo w naszym mieście klinika na klinice siedzi. Mąż poszedł z kotem. Trafił na lekarza - ojca. USG wykazało, że problem tkwi w pęcherzu moczowym - wyłożony kamieniami. Oczywiście oba koty - jako kastraty - dostawały specjalną karmę dla kastratów - ale ze sklepu zoologicznego. Dla jednego z nich okazała się ona niewystarczająco specjalna. Kot dostał środek przeciwbólowy, lekarstwo na rozpuszczenia kamieni i kroplówkę nawadniającą, żeby wydalać rozpuszczone kamienie. Kolejna wizyta jutro. Sprawa śmiertelnie poważna, kastraty na to schodzą. Z samego rana mąż pognał do kliniki. Znów ten sam starszy weterynarz. Starszy - powinien zatem być bardziej doświadczony. Lekarz nie zapytał o nic, tylko wpakował w kota kolejny zestaw - przeciwbólowy, lek i nawodnienie. Wieczorem wróciłam po pracy do domu. Kot się napina, wygina. Wymiotuje. Rozpacz, niemoc, jak pomóc cierpiącemu zwierzęciu?.

Następna wizyta ma być jutro a kot wyraźnie cierpi. W pewnym momencie usłyszałam za zasłoną jakiś dziwny dźwięk - ni to charknięcie ni to rozpaczliwe miauknięcie. Odsłoniłam zasłonę i... no nie umiem tego opisać. Kot był cały spięty w taką kulę i wyglądał jakby się pocił. Przecież koty się nie pocą ale on wyglądał, jakby otaczała go taka wilgotna mgiełka.

Niewiele myśląc (pomyślałam tylko - jest źle!) złapałam go, wpakowałam w transporter i popędziliśmy do weterynarza. W poczekalni tłum. Do dziś nie umiem sobie wybaczyć, że czekałam w tej kolejce zamiast błagać o przepuszczenie... Kot charczał coraz słabiej... Po godzinie weszliśmy. Tym razem trafiliśmy na lekarza - syna. Natychmiast USG... No cóż... Kamyk zablokował ujście cewki moczowej... Nie wiem, czy nie było tego widać na wczorajszym USG czy też kamyk przesunął się później? Nie wiem i nie będę pewnie wiedziała. Efekt był taki, że kot dostał dwie potężne kroplówki nawadniające bez możliwości odprowadzenia tego nawodnienia.

Pęcherz był naciągnięty do granic wytrzymałości i rozpoczynało się już zatrucie moczowe organizmu (stąd wymioty). Oszczędzę Wam opisu cewnikowania kota. Niech Wam wystarczy, że trwało to 40 minut. Biedak nawet się nie bronił, nie używał zębów ani pazurów, po prostu płakał ostatkiem sił i wyginał się konwulsyjnie. Trzymaliśmy go we trójkę - asystentka lekarza, mój mąż i ja. W pewnym momencie zasłabłam i asystentka, zamiast zajmować się kotem musiała zająć się mną. Nie wiem, dlaczego nie dali mu znieczulenia do tego cewnikowania. Znieczulenie - według słów męża, bo ja byłam cucona przez asystentkę - kot dostał dopiero po założeniu cewnika (z którego wystrzelił strumień moczu) celem przyszycia go do cewki moczowej, żeby nie wypadł. Dlaczego umieszczam tutaj tę historię? Bo płacąc za usługę usłyszałam jak lekarz mówił cicho do asystentki: „dlaczego ojciec wpakował w niego dwie kroplówki nawadniające a nie odrobarczył go od razu?”

Leczenie kota było długotrwałe i bardzo kosztowne. Chodził z cewnikiem, z którego się lało. Jego cierpienie potęgowała niemożność umycia się (oczywiście kot chodził w kołnierzu, aby nie wyrwał sobie cewnika). Aby uniknąć podrażnień skóry wokół cewki moczowej, spłukiwałam go delikatnie ciepłą wodą i próbowałam osuszać. Codziennie wizyta, środek przeciwbólowy, kroplówka nawadniająca.

Wyszedł z tego. Do końca życia musi jeść wyłącznie specjalistyczną karmę weterynaryjną (brat też, bo przecież nie jestem w stanie ich karmić osobno, zresztą drugi też może mieć skłonności do kamicy). Siedzi teraz obok mnie i łapką daje do zrozumienia, że pora kończyć klepanie w klawiaturę i zająć się ważniejszymi sprawami czyli głaskaniem.

Po zakończeniu leczenia poszłam podziękować lekarzom. W końcu wyciągnęli kota nieomal z grobu. I tylko nurtuje mnie jedno pytanie - czy naprawdę na pierwszym USG nie było widać tego czopującego kamienia? Jeżeli było to dlaczego kot nie został zacewnikowany dobę wcześniej? Ile cierpienia oszczędziłoby to zwierzęciu?

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (109)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…