Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#88688

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś historia nietypowa. Rzecz będzie o apostazji.

Zacznę od tego, że jestem osobą niewierzącą. Nie na zasadzie "nie lubię Kościoła, więc nie wierzę". Lata temu zacząłem oddalać się od metafizycznej wizji świata - przeszedłem przez różne systemy najpierw religijne (szukając "czegoś dla siebie"), a później filozoficzne i jak dotychczas nie odczuwam potrzeby wiary w jakiekolwiek byty nadprzyrodzone. Pod kątem spojrzenia na świat w zupełności wystarczy mi podejście postulowane przez współczesną filozofię nauki.

Oczywiście nie oznacza to, że jeśli stanie przede mną - dajmy na to - Ra wcielony bądź zstąpi z niebios Jezus, rozpoczynając Apokalipsę będę nadal twierdził, że w nich nie wierzę. Nie przeszkadza mi również cudza wiara - tak długo, jak nie staje się w jakiś sposób dla mnie i moich bliskich groźna (czy to w formie wybuchających islamistów, czy totalitarnych, chrześcijańskich sekt z Brazylii). Chciałbym to zaznaczyć celem uniknięcia oskarżeń o gimboateizm i tym podobne ;)

Przechodząc do właściwej historii: Na kanwie sytuacji politycznej rozpoczęła się fala apostazji. Prawdopodobnie z uwagi na kwestie pijarowe i niechęć do wywoływania ewentualnej następnej burzy medialnej Kościół ułatwił wtedy akty odstępstwa i bardziej zwracał uwagę na poczynania swoich funkcjonariuszy podczas dokonywania tychże aktów.

Korzystając z tego zebrałem się w końcu, by napisać odpowiednie oświadczenie. Jako uzasadnienie wpisałem po prostu brak wiary - biorąc pod uwagę kryteria określania kogoś mianem Katolika wydaje mi się, iż jest to powód w pełni wystarczający.

Nadmienię także, iż w pewnej perspektywie czasowej planuję przeprowadzkę do Niemiec i jako osoba niewierzącą nie chcę płacić tam podatku kościelnego (tzw. Kirchensteuer). Wiem, że wiele osób deklaruje się podczas procedury meldunku (obowiązkowa w Niemczech) jako ateiści mimo formalnej przynależności do Kościoła, ale z tego, co wyczytałem jest to mimo wszystko podawanie nieprawdziwych informacji, ponieważ przynależność do KRK ma charakter międzynarodowy i polskie "przystąpienie" obowiązuje także w Niemczech. A jak powszechnie wiadomo - żaden urząd fiskalny nie lubi nieprawdziwych deklaracji ;)

Zebrałem wszystkie dokumenty, zadzwoniłem pod numer parafii chrztu i umówiłem się na spotkanie (rozmawiałem z wikarym). Póki co wszystko jest ok.

Przyszedłem na miejsce. Czekałem pod drzwiami w śnieżycy (bo miało to miejsce bodaj w lutym tego roku) dobre kilkadziesiąt minut (mimo umówienia się na konkretną godzinę). Próbowałem w międzyczasie dodzwonić się do księży i za którymś razem udało się. Po jakimś czasie nareszcie zostałem wpuszczony.

Proboszcz uśmiechając się kazał mi usiąść na centralnie umieszczonym krześle w kancelarii, a sam zasiadł za ogromnym biurkiem pod ścianą. Wyglądało to lekko jak na przesłuchaniu Harrego Pottera w 5. filmie - z tym, że "przesłuchujący" był jeden.

Ksiądz z uśmiechem na ustach i charakterystycznym głosem jak podczas kazania (dosyć często słyszałem go w dzieciństwie) próbował zacząć rozmawiać ze mną na tematy "o życiu". Próbowałem przejść do sedna spotkania, ale odpowiadał na to wciąż "poczekaj, po co się tak spieszyć?".

Po kilku próbach w końcu udało mi się przedłożyć mu na biurku dokumenty i w kulturalny sposób powiedzieć, że jednak chciałbym przejść do rzeczy. Z początku zdenerwował się i nie chciał ich przyjąć, ale po chwili wrócił do poprzedniego tonu, i zaczął przekonywać mnie do zmiany decyzji (niejako zgodnie z procedurą).

Problem w tym, że powoływał się non stop na działalność mojego dziadka w chórze (zakończoną jego śmiercią, gdy byłem dzieckiem - więc to dosyć odległa sprawa), ewentualną opinię rodziców (mam około 30 lat na karku, a moi rodzice nie uczęszczają do kościoła...), a ponadto bagatelizował moje poglądy, którymi uzasadniałem decyzję i traktował mnie jak duże dziecko ("ale jakie ty masz poglądy, przecież to nic niewarte...", "co ty wiesz o życiu, chłopcze" etc.).

Mimo ewidentnych prób manipulacji i traktowania mnie w dosyć nieprzyjemny sposób utrzymałem spokój i zmierzałem do zakończenia procedury poprzez złożenie dokumentów. Proboszcz jednak oświadczył, że "to on ma tu władzę nade mną" i "decyzja o mojej apostazji należy do niego", a ja jako wierny "jestem mu winien posłuszeństwo", ponieważ jestem "jeno owcą w owczarni pańkiej". Jak to wtedy ujął, "okaże mi jednak łaskę" i "zaprosi mnie na kolejną audiencję za tydzień", a tymczasem "wraz z całą parafią będzie się za mnie modlił".

Złożone dokumenty najpierw próbował mi oddać, a następnie wyrzucił je na moich oczach do kosza. Na koniec po protu wyprosił mnie z kancelarii.

Przyznam, iż po tym spotkaniu byłem w silnym szoku. Nie tylko ze względu na jego finał, ale także na sposób, w jaki zostałem potraktowany. Czułem się niemalże jak dziecko, wyzute z podmiotowości i prawa do własnego zdania.

Zachowałem zimną krew i spodziewając się podobnej scenki na kolejnym spotkaniu (o ile w ogóle by do niego doszło) napisałem do lokalnej Kurii. Choć nie jestem z zawodu prawnikiem, miałem okazję uczestniczyć w zajęciach z tego zakresu i lepiej lub gorzej umiem posługiwać się językiem formalnym. Opisałem bardzo dokładnie całe spotkanie oraz powołując się na punkty prawa kanonicznego, które moim zdaniem proboszcz złamał, poprosiłem o rozmowę z nim. Po kilku dniach dostałem od Kurii odpowiedź, iż rozmówili się telefonicznie z proboszczem i tym razem na pewno uda się dokonać apostazji.

W umówionym dniu ponownie stawiłem się pod drzwiami kancelarii parafialnej. Pod drzwiami, ponieważ ponownie czekałem, ponownie w śnieżycy - ale tym razem nikt nie odebrał telefonu. Mimo to postanowiłem nie dać proboszczowi satysfakcji i zaczekałem - łącznie ponad godzinę.

W końcu drzwi kancelarii otworzyły się i wyszła przez nie starsza pani. Przywitałem się, mówiąc "dobry wieczór", ale spojrzała na mnie jedynie jak na fekalia, odwróciła się i poszła. Proboszcz prawdopodobnie powiedział więc jej w jakiej sprawie przyszedłem - miło.

Wszedłem do kancelarii, przywitałem się z proboszczem (nie uzyskawszy odpowiedzi) i usiadłem na krześle. Tym razem proboszcz nie był już uśmiechnięty: Nazwał mnie "parszywym donosicielem" i wygłosił krótkie "kazanie" na ten temat. W końcu powiedział: "Dawajże te dokumenty" - tak też zrobiłem.

Wypełnił je, jeden egzemplarz podał mi. Powiedział na koniec, że "ma nadzieję, że kiedyś się jednak nawrócę i powrócę na łono Kościoła" oraz kazał wyjść. I w ten sposób zostałem odstępcą. O ile z początku miałem do całej sprawy bardzo lekkie, formalne podejście - tak po tych przeżyciach bardzo cieszyłem się, iż nie jestem już "barankiem z owczarni" tegoż pana ;)

Wiem, że tacy proboszczowie przy dokonywaniu apostazji są raczej pojedynczymi przypadkami. Ale ktoś taki, o ironio, nie mógł w końcu nie trafić na Piekielnych.

kościół

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (227)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…