Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#88730

(PW) ·
| Do ulubionych
Często czyta się o chamskim zachowaniu personelu w polskich placówkach medycznych. Mieszkając na co dzień w innym kraju i nie doświadczając tego osobiście, zastanawiałam się czasami, na ile faktycznie tak to wygląda, a na ile jest to wyolbrzymianie czy przewrażliwienie osób opisujących. W końcu znajdując się w szczególnej sytuacji często odbieramy pewne rzeczy bardziej dotkliwie niż są one w rzeczywistości.

W zeszłym tygodniu miałam zabieg chirurgiczny. Co prawda ze wskazań zdrowotnych, ale że zaliczający się do chirurgii plastycznej i nierefundowany, ze względu na cenę poddałam mu się w Polsce. Wybrałam jedną z renomowanych klinik chirurgii plastycznej na Dolnym Śląsku. Jeśli chodzi o warunki w szpitalu, sam zabieg, opiekę lekarską, wszystko było w najwyższym standardzie i w zasadzie poza paroma drobiazgami nie było się do czego przyczepić. Zarówno lekarze i pielęgniarki byli bardzo kompetentni i przesympatyczni. Z jednym wyjątkiem. Pani pielęgniarka, która albo minęła się z powołaniem, albo zapomniała, że nie pracuje w powiatowej lecznicy w Koziej Wólce (chociaż nawet tam powinny ją obowiązywać jakieś standardy).

Zabieg miałam rano, po wybudzeniu się z narkozy miałam spędzić kilka godzin na oddziale i po zejściu wszystkich kroplówek zdecydować, czy zostaję w szpitalu na noc, czy chcę wyjść, przenocować w pobliskim hotelu i następnego dnia wrócić na kontrolę. Przed operacją lekarz poinformował mnie, że po zabiegu podadzą mi dożylnie antybiotyk, elektrolity oraz silne środki przeciwbólowe, gdyż zabieg jest dość inwazyjny.

Faktycznie, po wybudzeniu się czułam bardzo silny ból, utrudniający poruszanie. Przewieziono mnie na salę, leżałam sobie pod kroplówką i powoli dochodziłam do siebie. Pamiętam, że było mi strasznie gorąco i bardzo chciało mi się pić. W którymś momencie (nie wiem, która był godzina, bo jeszcze nie do końca doszłam do siebie) zajrzał do mnie lekarz, który mnie operował, spytał, jak się czuję, opowiedział, jak poszedł zabieg, przyznał mi rację, że na sali jest o wiele za gorąco, zmniejszył ogrzewanie (termostat na ścianie wskazywał ponad 27 stopni), uchylił okno i powiedział, że zaraz przyśle pielęgniarkę z butelką wody, bo muszę teraz dużo pić, a jak tylko zejdzie mi kroplówka z antybiotykiem, pielęgniarka poda mi dożylnie środki przeciwbólowe i elektrolity. On się teraz pożegna, bo idzie do domu, wręczył mi wypis, gdybym chciała nocować poza szpitalem i widzimy się jutro na kontroli.

Za jakiś czas faktycznie przyszła pielęgniarka. Odłączyła mi pustą kroplówkę i zaczęła podłączać nową z elektrolitami. Poprosiłam ją o podanie mi środków przeciwbólowych, tak jak mówił chirurg oraz o zmianę opatrunków, bo obecne już przeciekły. I jeśli można, to o jakąś wodę, bo bardzo chce mi się pić. Ofuknęłą mnie, że na zmiany opatrunków ona nie ma czasu, wody mi nie da, bo ona nie jest od tego, a środków przeciwbólowych też nie, bo "lekarz nie pozwala". Zdziwiłam się, bo mnie mówił coś innego, no ale może otępiała po narkozie, źle go zrozumiałam. Wychodząc zamknęła okno i podkręciła ogrzewanie. W torbie miałam małą buteleczkę wody, udało mi się po nią sięgnąć, więc dałam radę trochę się napić.

Po jakimś czasie przyszedł anestezjolog. Pierwsze, co zrobił, to stwierdził, że w sali jest o wiele za gorąco, zmniejszył ogrzewanie i uchylił okno. Spytał, jak się czuję, potwierdził, że natychmiast trzeba podać mi leki przeciwbólowe, pogadaliśmy, pożegnał się i poszedł.

Chwilę po jego wyjściu zauważyłam, że kroplówka z elektrolitami przestała lecieć, do tego dłoń, w którą miałam wbity wenflon mocno spuchła, jest zaczerwieniona, gorąca w dotyku i dość mocno boli. Opatrunki przeciekły już tak, że na pościeli porobiły się ogromne plamy z krwi i czegoś żółtego, leżało się w tym mało komfortowo, w dalszym ciągu dokuczał mi silny ból po zabiegu, poza tym zaczął mi już mocno cisnąć pęcherz i musiałam skorzystać z toalety. I nadal bardzo chciało mi się pić.

Wezwałam pielęgniarkę. Przyszła z fochem, że zawracam jej głowę. Ponownie, mimo moich protestów, zamknęła okno. Pokazałam jej, że przestała lecieć kroplówka. Fuknęła, że na pewno "coś sobie porobiłam" i zapchałam wenflon i skoro tak, to ona mi jej w takim razie drugi raz podłączać nie będzie (nie wiem, za karę?) i zabrała to całe ustrojstwo. Poprosiłam jeszcze raz o środki przeciwbólowe, bo po pierwsze, że dwóch lekarzy potwierdziło, że ma mi je podać, po drugie, mnie naprawdę mocno boli. Na co usłyszałam:
"Boli? I prawidłowo! Musi boleć. Zachciało się zabiegów, to niech teraz cierpi. Za fanaberie się płaci. W dupie się ludziom przewraca".

Nie poda mi leków i już. Wody też nie. Kiedy wstawałam, żeby pójść to toalety, zauważyła poplamioną pościel, za co też mi się oberwało, że co ja narobiłam, tylko problemy ze mną i tak dalej, teraz trzeba będzie prać pościel (to nie zamierzali jej prać między pacjentami?). Tu już jej przerwałam, mówiąc, że nie byłoby problemu gdyby mi te opatrunki zmieniła wtedy, kiedy ją o to prosiłam, a nie po prawie 2 godzinach. Burcząc coś pod nosem, z wielką łaską w końcu zmieniła mi je zmieniła. Poprosiłam ją jeszcze, żeby rzuciła okiem na tę spuchniętą dłoń, bo tam albo robi się jakiś stan zapalny, albo mam jakąś reakcję alergiczną. Nie spojrzała, powiedziała, że sobie wymyślam i zawracam jej głowę. I poszła sobie.

W tym momencie podjęłam decyzję, że przenoszę się do hotelu. Doszłam już w miarę do siebie, jestem w stanie stać czy przejść się, co prawda zgięta w pół, ale bez zawrotów głowy, więc dam radę tam dotrzeć. Zamiast cały wieczór i noc kopać z babskiem i handryczyć o każdą bzdurę, wolę co mi będzie potrzebne zamówić sobie room service, który mi to dostarczy bez focha i głupich komentarzy. Pozbierałam swoje rzeczy, w automacie przy wyjściu ze szpitala zaopatrzyłam się w napoje, wezwałam taksówkę i pojechałam.

Następnego dnia podczas kontroli opowiedziałam lekarzowi całe zajście. Wściekł się (przede wszystkim na to, że nie podała mi leków), powiedział, że on słyszał, że były już na nią skargi i zapowiedział, że zrobi z babą porządek.

O ile na jej złośliwości mogłam machnąć ręką - pies ją drapał, wyjdę za parę godzin i nie będę jej więcej oglądać, to samowolna, celowa odmowa podania leków zaordynowanych przez lekarza, w imię karania pacjenta za "fanaberie", już chyba podchodzi pod działanie na szkodę pacjenta. Już pomijając fakt, ze pracując w prywatnej klinice chirurgii plastycznej, ta pani żyje z tego, że ludzie mają "fanaberie" i dzięki nim ma również znacznie bardziej komfortowe warunki pracy (i zapewne też zarobki) niż miałaby na SORze w publicznym szpitalu. Więc po co, jak to mówią, "kąsa rękę, która ją karmi"?

Prywatna klinika

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (199)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…