Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#88734

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałbym poruszyć dziś temat problemu zahaczającego poniekąd o politykę, ale mającego swoje źródło w pewnej mentalności - w efekcie której trudne, złożone problemy próbuje rozwiązać się prostymi, hasełkowymi metodami.

Nawiązując do zbliżającego się święta: Według 2 pierwszych wersów hymnu państwo polskie trwać będzie tak długo, jak żyć będą jego obywatele. Warunkiem istnienia Polski jest więc to, by rodziło się więcej ludzi związanych z Polską, niż ich umierało. Tymczasem jest wręcz przeciwnie.

Od kilku lat polskie społeczeństwo trwa w kryzysie demograficznym. Kryzys ten dodatkowo pogłębiony został przez pandemię, w wyniku której zmarło najwięcej ludzi od czasów II Wojny Światowej. "Jedynie" 1/3 tych zgonów spowodowana jest koronawirusem, reszta to śmierci wynikające z nieudzielenia pomocy osobom, którzy w normalnej sytuacji przeżyłyby, ale umarli ze względu na niewydolność służby zdrowia.

Pozornie ilość nowo-narodzonych dzieci nie ma nic wspólnego z tymi wszystkimi śmierciami. Ktoś mógłby powiedzieć, że by ratować demografię wystarczy po prostu zakładać wielodzietne rodziny. Ale czy na pewno? Rozbijmy to na kilka pod-problemów.

Zakładając rodzinę chcemy mieć pewne poczucie stabilności. Tyczy się to zarówno warstwy ekonomicznej, jak i takiej związanej z relacjami międzyludzkimi. Odpowiedzią na pierwszy problem miało być wprowadzenie szeregu świadczeń socjalnych. Takowe faktycznie są często społecznie przydatne (na przykładzie państw starej Unii), ale pod warunkiem, że wprowadzone są w odpowiedni sposób. Obecne świadczenia ewidentnie tej stabilności (a zarazem zachęty) nie zapewniają, ponieważ ze względu na ich charakter bardziej podbijają inflację - a tym samym destabilizują życie rodzinne pod względem ekonomicznym.

Warto jest też móc posłać dziecko do przedszkola czy szkoły. Ale te muszą spełniać przecież pewne standardy. Muszą także oferować miejsce (przedszkole), a także nie grozić znienacka odesłaniem dziecka do domu na kwarantannę czy zwyczajnie z powodu choroby (ponieważ nieprzestrzegający higieny rodzic wyśle do szkoły chore dziecko - a ono zarazi wszystkich innych). Może więc do dziadków? Istnieje spora szansa, że są ciężko chorzy (lub nawet już zmarli) i nie podołają przypilnowaniu dziecka.

W przypadku choroby dobrze jest także móc pójść z dzieckiem czy choćby samemu do lekarza. Ale najpierw ten lekarz musi przyjmować. I w ogóle musi być dostępny - bo wyniku nagonki poprzedniej i obecnej władzy wielu lekarzy wyjechało na Zachód leczyć tamtejszych pacjentów w bardziej godziwych warunkach. Część lekarzy została - ale ich średnia wieku przybliża ich coraz bardziej do emerytury.

Skoro jesteśmy przy tematach medycznych: Mając dziecko, dobrze jest też żyć, by móc się nim zajmować. Czasem w ciąży (która - wbrew obiegowym opiniom - nie jest dla organizmu stanem aż tak naturalnym, a czymś niezwykle ciężkim) zdarzyć może się sytuacja patologiczna. Kobieta będąca w ciąży trafia wtedy na jeden z oddziałów patologii ciąży, które w Polsce mają reputację rzeźni.

Pomijając szereg możliwych powikłań, może dojść też do sytuacji, gdy żyjątko rozwijające się w jej organizmie obumrze. Po ostatnich wydarzeniach nie trzeba przytaczać, jakie może mieć to konsekwencje. Niestety wszyscy za ten temat odpowiedzialni (rząd oraz lekarze) umywają ręce i biorą go na przeczekanie. A kolejne kobiety niestety bezsensownie umierają.

A co, jeśli dziecko urodzi się, ale będzie ciężko niepełnosprawne? W takiej sytuacji przeciętna rodzina popada w nędzę, praktycznie całodobowo zajmując się takim dzieckiem i poświęcając na jego rehabilitację wszystkie swoje środki. Jak dotychczas, żadna władza nie skinęła choćby palcem, by ulżyć rodzinom z niepełnosprawnymi dziećmi. Z kolei aborcja została niedawno zakazana.

To tylko kilka przykładowych problemów, na jakie napotyka młode małżeństwo mające przed sobą perspektywę założenia rodziny. Pytanie, jaką mają do tego zachętę? 500+? Abstrakcyjne poczucie obowiązku wobec ojczyzny? A może boski nakaz? Pamiętajmy, że założenie rodziny to decyzja długofalowa i wymaga solidnego oparcia na pewnych fundamentach socjoekonomicznych.

Docieramy w ten sposób do punktu, gdzie wyodrębniony problem okazał się silnie zdeterminowany całym szeregiem innych problemów, wzajemnie ze sobą powiązanych. Prosta, hasełkowa odpowiedź niestety nie wystarczy, a według prognoz analityków obywatele Polski zwyczajnie wymrą. I to nie z powodu najazdu obcego państwa czy fali emigrantów, a pod naporem własnych problemów.

Obawiam się tylko prób szukania przez polityków kolejnych prostych odpowiedzi na skomplikowane zagadnienia. Przykładowo: Skoro młodzi nie chcą zakładać rodzin, to może zakażmy antykoncepcji (co już częściowo zostało zrealizowane)? Wtedy z całą pewnością dzieci urodzi się więcej.

Kto tu jest piekielny? Rząd, który nie radzi sobie z żadnym z tych problemów i uprawia propagandę sukcesu (która o dziwo przekonuje część obywateli na tyle, by partia rządząca ponownie wygrała wybory)? Opozycja, której jedynym postulatem jest to, że nie lubi rządu oraz która nawet nie podejmuje w/w tematów? A może społeczeństwo, które w dobie pandemii i niewydolnej służby zdrowia gotowe jest "umierać dla ojczyzny", ale już założenie na chwilę maseczki w np. sklepie uznaje za zbyt duże poświęcenie (w ten sposób dobijając i tak już upadłą służbę zdrowia - i to nie tylko kolejnymi przypadkami zarażenia koronawirusem)?

Oceńcie sami.

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (213)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…