Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#88941

przez ~reniiia ·
| Do ulubionych
O sytuacji tak smutno-piekielnej na wielu poziomach, że nawet nie wiem, jak zakwalifikować.

Na początek krótki wstęp celem wyjaśnienia. Moi dziadkowie ze strony ojca nie darzą się miłością. Do niedawna mieszkali osobno - dziadek w mieszkaniu w małym miasteczku po rodzicach, babcia natomiast pracowała w pewnym ośrodku jako kucharka, tam też mieszkała. Mimo prawie 80 na karku to bardzo żwawa osoba, kochająca swój zawód. Niestety, pół roku temu miała miejsce w nim restrukturyzacja, m.in. zdecydowano o wykupieniu cateringu i babcia "poszła na bruk" - wprowadziła się do męża. Oboje są dość kłótliwi i uparci, do tego dziadek z tendencją do kłamstw. Więc sytuacja trudna i zwyczajnie przykra, przez te wszystkie lata żyli dość dobrze, bo widywali się raz na parę miesięcy.

Przenieśmy się dwa tygodnie wstecz. Babcia, będąc u lekarza rodzinnego (nie na teleporadzie, chwała doktorowi za to), została zagadnięta o demencję. Nie wprost, przeprowadził test, który pozwala ocenić ryzyko jej oraz depresji starczej. Tak, zdarzają się jeszcze takie POZ. Wyszło tam niestety, że obie rzeczy prawdopodobnie ma. Jednak on stwierdził, że leczenia się nie podejmuje, bo z psychiatrią wiele wspólnego nie ma, do tego babcia przyjmuje sporo leków, które mogą się "kłócić" z antydepresantami. Na dokładkę swoje bierze tak sobie mówiąc szczerze, zdarza jej się opuszczać dawki, co przy tych lekach miałoby naprawdę złe skutki.

Nie samymi tabletkami leczy się depresję. Powinna uczęszczać na jakiś rodzaj terapii - czy to grupowej, czy indywidualnej przyznam, że nie wiem. Problem jest jednak taki, że w jej okolicy nie ma takiego ośrodka, sama prawka nie ma, a mąż wozić jej nie będzie; PKSy w dużej mierze polikwidowane. Psychiatra gdzieś by się znalazł, natomiast przyjmuje prywatnie, a jaka jest typowa emerytura to wiadomo - nie może sobie na to pozwolić. Pieniędzy natomiast od rodziny kategorycznie przyjąć nie chce, powiedziała wręcz, że nawet jeśli opłacimy, to ona nie pójdzie - ma swój honor. Ta opcja więc odpada.

Wsparcie rodziny? Zapomnijcie. Od męża wiadomo, żadnego, jeszcze się z niej wyśmiewa i zarzuca, że wymyśla, na przemian ze straszeniem, że zamkną ją "w wariatkowie". Mój ojciec ma lepsze podejście, ale na zasadzie "pogadasz sobie z koleżankami, obejrzysz serial i ci przyjdzie", jego brak natomiast wdał się w swojego tatę. Mam smutne wrażenie, że tylko ja i siostra jakoś starowinkę rozumiemy i staramy się jej pomóc. Możliwości dojazdu do niej mamy średnie, staramy się zjawiać tak, żeby któraś z nas była choćby raz na miesiąc. Ale to przecież nie wystarcza, do tego gdy chce się nam zwierzyć z trudności, mąż się zaczyna z nią wykłócać i jest jeszcze gorzej. Wyprowadzić się nie wyprowadzi, nie ma gdzie - pracowała mało, nie wystarczyłoby nawet na wynajem mieszkania, nie mówiąc o czymś więcej, rodzice jej przyjąć nie chcą, ja nie mam jak, siostra tak samo.

I mam wrażenie, że nie pozostaje mi nic innego, jak z ogromnym smutkiem obserwować, jak jest z nią coraz gorzej. Choć staram się jej podsuwać np. ciekawe książki, filmy, gazety, gdy u niej jestem zabierać na krótkie spacery (ma problemy z biodrami), to jednak nie wiem, co mogę zrobić więcej. Traci radość z życia, nadzieję, że będzie lepiej.

depresja

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (133)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…