Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#89020

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kto nie był nigdy na SOR-ze, ten nie może dostać się do raju. Musiałam zawieźć członka rodziny na sor, bo dostał skierowanie na oddział chirurgii od lekarza rodzinnego. Rzecz się działa w tym samym wspaniałym mieście powiatowym, co i historia z urzędem pracy, chyba taki klimat.

SOR kojarzy się z tłumem ludzi w różnym stanie ,,technicznym". Mieliśmy szczęście, bo za pierwszym, jak i za drugim podejściem było tylko  kilka osób oczekujących.

Podejście 1.
Podchodzę do rejestracji ok. godziny 8:00. Podaję wypełnioną ankietę covidową z dopisanym numerem e-skierowania, pani rejestratorka (nazywana przez współpracownice sekretarką) przyjmuje papier i zamyka okienko. I siedzimy sobie tak z godzinę. Aż przychodzi jakaś pani i pyta rejestratorkę, czy oddział chirurgii jest otwarty, bo ona ma planowe przyjęcie, ale ktoś jej powiedział, że chirurgia zamknięta. (wtf?!)

Pani sekretarka odpowiada, że dzwoni tam od 7:00 i nikt nie odbiera. Więc ona nic nie wie. Ciekawe rozwiązanie, żeby SOR nie wiedział takich podstawowych rzeczy... Pacjent, którego przywiozłam stwierdził, że nie ma sensu czekać, więc zabrałam ankietę i wyszliśmy. Z dolegliwością musiał jakoś wytrzymać. Tego samego dnia na stronie lokalnego portalu informacyjnego pojawiła się informacja, że kilka oddziałów zostało zamkniętych. Życie...

Minął jeden dzień. Ponieważ stan pacjenta się nie poprawiał zadzwoniłam do szpitala w sąsiednim powiecie. Tam niestety oddział chirurgii zamieniono na covidowy, ale polecali szpital w ich sąsiednim powiecie, czyli jeszcze dalej. W zasadzie z ciekawości zadzwoniłam na ten zamknięty i okazało się, że eureka działa. Był już późny wieczór, ale co było robić, jedziemy, bo boli.

Podejście 2.
Wypełniłam nową ankietę, podałam w rejestracji. Pani mówi, że czemu dopiero dzisiaj, skoro skierowanie wystawione wczoraj. Mówię, że oddział był zamknięty, a ona, że wczoraj wieczorem otworzyli. Miałam to chyba w gwiazdach wyczytać... Tym razem oczekiwanie nie trwało długo, ruch nieduży, pacjent wszedł na sor po 20 min. Ale tam czekał kolejną godzinę na lekarza, bo tamten robił operację. Tu pauza w mojej historii, cdn.

W tzw. międzyczasie w poczekalni pojawiła trzyosobowa rodzina - rodzice z córką, na oko 16-17 lat. Dziewczyna zapłakana, miałam wrażenie, że ma problem z oczami, ale nie wiem dokładnie.
Podali papier, za kilkanaście minut weszła na sor. Po jakimś czasie dziewczyna dzwoni z otchłani szpitala, że gdzieś jej kazali iść, wskazówki typu: pani zjedzie winą, w prawo, w lewo. Dziewczyna nie wyglądała na jakiś ciężki stan, jedyne, co było widoczne, to roztrzęsienie i płacz. Nie jestem lekarzem, więc nie wiem czy była w stanie to zapamiętać i trafić.

Weszła sama, bo miała skończone 18 lat. Matka podeszła do rejestracji z pytaniem czemu nikt jej córki nie zaprowadził do gabinetu, tylko kazali samemu trafić. Pani rejestratorka twierdziła, że na pewno ktoś zaprowadził. W trakcie słownej przepychanki przy okienku zza drzwi wyłoniła się sama zainteresowana i kłótnia rozgorzała jeszcze bardziej, matka żądała wskazania osoby, która niby zaprowadziła, przy okazji pomstując, że tak traktują matkę 2-miesięcznego niemowlaka (ale tego chyba w skierowaniu nie było...). Dziewczyna chciała wyjść, ale matka nie dawała za wygraną.
Ciąg dalszy następuje. Nie było mi dane obserwować tej scenki rodzajowej do końca, bo pacjent, którego przywiozłam wyszedł. Wiele mu nie pomogli. Dowiedział się tyle, ile sam już wiedział.

Była tam jeszcze jedna pani, która kilka razy powtórzyła w rozmowie z rejestratorką, że tamta jest bardzo niemiła. I w sumie trudno stwierdzić, kto jest bardziej piekielny, pacjenci czy obsługa szpitala, bo jedni i drudzy bardzo się starali zasłużyć na to miano.

Szpitalny Oddział Ratunkowy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (133)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…