Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#89221

przez ~kurczepieczone ·
| Do ulubionych
Dwie piekielne historie, w jakiś tam pokrętny sposób powiązane.

Przez kilka pierwszych lat życia mieszkałam w Niemczech, potem miałam regularny kontakt z Niemcami, w związku z czym zawsze po niemiecku mówiłam dobrze. Gdzieś pod koniec studiów wpadłam na pomysł zrobienia studiów zaocznych z germanistyki, więc na ten moment mówię płynnie po niemiecku plus mam licencjat z filologii niemieckiej.

Szukałam nowej pracy w swojej branży, a jeśli przy okazji praca z niemieckim to już w ogóle szał. Złożyłam podanie do pewnej firmy, mailowo zaproszono mnie na rozmowę z zaznaczeniem, że skoro ubiegam się o stanowisku ze znajomością niemieckiego, to rozmowa będzie po niemiecku. Kein Problem (aby pozostać w klimacie).

Rekruterka zaczęła rozmowę po polsku narzekając, że miała już X kandydatów, którzy deklarowali znajomość języka a na rozmowie ani be ani me, moje cv imponujące, jeśli wykażę się znajomością języka to w zasadzie robotę mam w kieszeni. Przechodzimy do zasadniczej części rozmowy.

Pani zaczęła typowym pytaniem, a ja odpowiadam. Gadam, bo i lubię gadać, jestem już na takim etapie, że czy niemiecki czy polski - w zasadzie nie ma dla mnie różnicy. I tu pani rekruterka coś traci animusz, nieumiejętnie przechodzi do kolejnych pytań, kaleczy akcent, duka, robi kalki językowe.

Cierpliwie odpowiadam na kolejne pytania, w końcu trochę tracę cierpliwość i zaczynam wykładać nurtujące mnie kwestie - w końcu rozmowa jest dla obu stron, a nie tylko dla pracodawcy. Pani spaliła buraka i stwierdziła po polsku, że już sprawdziła moje umiejętności i wracamy do języka ojczystego.
Wiecie co? Pracy nie dostałam :)

Kolejna piekielność. Studiowałam z niejaką Anną. Taką Anną, a nie Anią. Anna była ambitna, a przy tym cholernie zabawna, bo po prostu nadgorliwa. W grupie miałam mnóstwo ludzi, którzy wiele lat spędzili w Niemczech lub w inny sposób byli powiązani w niemieckim, a studia były dla nich tylko dodatkiem czy uzupełnieniem wykształcenia.

W związku z czym poziom znajomości języka był na bardzo dobrym poziomie w grupie. No, poza Anną. Anna posługiwała się językiem na poziomie pani rekruterki, za to chętnie poprawiała innych. O ironio, to właśnie Anna po studiach założyła szkołę językową. Mało tego, zaproponowała mi nawet pracę na kilka godzin w tygodniu, bo brakowało jej lektorów.

Myślę sobie, no, no, Anna musiała się podciągnąć, skoro szkoła hula na tyle, że jej ludzi do pracy brakuje. Umówiłyśmy się, że wpadnę na zajęcia, zobaczę koncepcję, grupy, wyposażenie i pomyślę.

Lekcję prowadziła Anna. I nie, wcale nie podciągnęła się od czasu studiów. Tworzyła dziwne konstrukcje, których w Niemczech nigdy nie słyszał z komentarzem "tak mówią Niemcy". Nagminne pomyłki z rodzajnikami, o fatalnym akcencie już nawet nie wspomnę. A ludzie za te wspaniałości płacili w przeliczeniu bodajże 50zł za godzinę.

Dlaczego napisałam, że historie się łączą. A gdzie pani rekruterka uczyła się niemieckiego. Nie, nie u Anny, ale zapewne w podobnej szkole.

Piekielnością jest to, że za nauczanie języka obcego biorą się ludzie, którzy w życiu nawet z native speakerem nie rozmawiali. Nie każdy ma takie szczęście jak ja, żeby języka nauczyć się w naturalny sposób w zasadzie zerowym wysiłkiem.

Ale znam też ludzi, którzy języka zaczęli się uczyć dopiero jako nastolatkowie, jeździli na wakacje do pracy, nawiązywali znajomości z native speakerami - szprechają super.

Skoro Anna i jej podobne chcą nauczać innych dlaczego nie przyłożą się do porządnego opanowania tego języka?

języki

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (105)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…