Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#89413

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii jotem02, ale będzie osobny wpis.

Radom, szkoła podstawowa i publiczna, pełen etat.
Do 1 maja zarabiałem 2949 zł brutto. Mniej niż minimalna krajowa, którą otrzymuje się na starcie w każdej innej pracy. W okolicach stycznia zacząłem zazdrościć pani w piekarni, że odbębni swoje 8h razy pięć dni i ma święty spokój, a zarabia więcej ode mnie.

Nie mam żadnych dodatków, żadnego wiejskiego, miejskiego, stołecznego, srecznego, motywacyjnego (pierwsza praca, świeżakom się go u nas nie przyznaje "bo nie"), wychowawczego, nie mam żadnego dodatku za uciążliwe warunki, ani wysługi (bo zaczynam pracę). Zasadnicze wynagrodzenie wystarcza na wynajem za mieszkanie, opłaty, a po 42 latach odkładania 300 zł miesięcznie, bo tyle mogę, aby nie umrzeć z głodu, uzbieram na 1/3 własnego mieszkania, ale nie dostanę kredytu, bo nie mam odpowiedniej zdolności kredytowej.

Z tego wszystkiego w rzyci mi się poprzewracało i raz na miesiąc jadam pizzę za 19,99 w promocji. Z szynką, a co.

Moje 18h przy tablicy było takimi we wrześniu. Właściwie przez pierwsze dwa tygodnie września, gdy zapoznawałem się z klasami i lekcje były bardziej integracyjne niż dydaktyczne (przykaz kuratorium, aby integrować klasy po nauczaniu zdalnym). Potem zamieniły się w dodatkowe 2-3h godziny zegarowe spędzane w szkole, aby przygotowywać lekcje, materiały, zajmować się dokumentacją koniecznie z 3 egzemplarzach i z pieczątką Matki Boskiej. Na przełomie września/października spędzałem w szkole średnio 6h, nadal profit.

W październiku rodzice uczniów klas siódmych zobaczyli pierwsze oceny swoich dzieci z nowych przedmiotów jak chemia i fizyka. Niemożliwe, że dzieci są niedouczone/zaniedbane w domu/niedopilnowane/zajęte przy komputerach i z nosami w telefonach. To wina nauczyciela, że mój syn/córka nie potrafi wymienić dat rozbiorów Polski, zamienić ułamka zwykłego na dziesiętny, odnaleźć azotu na tablicy Mendelejewa. Ale jak to zajęcia wyrównawcze, niech pan nie robi z mojego dziecka debila.

Skoro nauczyciel taki zły i robi kartkówki, to nie będę puszczać dziecka do szkoły w takie dni. Ale jak to musi nadrobić materiał?! Jak to moje dziecko ma być PYTANE?! Wielkie oburzenie, że wychowawca reaguje na nieobecności i zgodnie z prawem informuje o możliwym nieklasyfikowaniu + zawiadomieniu sądu.

W połowie października w szkole skończyły się materiały biurowe, papier, toner do drukarki. Organ prowadzący dorzucił 500 zł na bieżące wydatki. Starczyło na tydzień, więc materiały do lekcji (karty pracy, tablice itp.) przygotowywałem w domu, z własnych zasobów. Z braku funduszy, które poszły na materiały, zrezygnowałem w październiku z pizzy, ale za to zjadłem czekoladki, które dostałem na dzień edukacji narodowej. No, powiedzmy że profit.

A, tak, akademia z okazji "święta" się sama nie przygotuje, więc jako "humanista" i stażysta miałem się tym zająć. Zostawanie po lekcjach 2-3h więcej, bo trzeba poczekać, aż wszystkie dzieciaki skończą zajęcia i zrobimy próbę. Akademia z DEN skończona, no ale zbliża się 11 listopada. Znów próby i zostawanie po lekcjach. Brak profitu, bo nie ma czekoladek.

Połowa listopada, przychodzą pierwsze powiewy jesiennego covidu. Część nauczycieli na zwolnieniach, bo kwarantanna, izolacja, kontakt z osobami zakażonymi. W pewnym momencie mieliśmy 20 wyłączonych nauczycieli, no to robimy zastępstwa. Brak kadry = naginanie przepisów prawa, jeden nauczyciel zajmował się na przykład jednocześnie 2 klasami. Fajnie mieć 55 dzieciaków pod opieką, super zabawa. Urwało się to po anonimie do dyrekcji, że doniosą do kuratorium i wydziału edukacji. Donos i tak chyba poszedł, bo była jakaś kontrola.

Dzięki nadgodzinom byłem dwa razy na pizzy i wziąłem nawet extra ser.

Grudzień i proponowane oceny. Uczniowie nadal nie umieją dodawać ułamków, a pierwiastek chemiczny to dla nich alkohol (hehe, bo wie pan, tata mówi, że tyle pamięta z chemii, heheh). Specjaliści w szkole nieśmiało sugerują rodzicom, aby niektórych delikwentów kierować na badania w poradniach, bo z obserwacji wynika, że tutaj zaburzenia mogą ocierać się nawet o niepełnosprawność umysłową. Reakcja rodziców jest w 9/10 przypadków taka sama: oburzenie, foch i skarga do dyrekcji.

Idą święta, rezygnuję z przygotowywania materiałów na każdą lekcję, lecę z gotowców z poradników metodycznych. Trochę nudne, ale trudno, muszę mieć czas na umycie okien dla Jezusa i zamarynowanie karpia, a kasę wydawaną na papier i tusz odkładam na prezenty. W szkole nie mamy talonów, dodatków świątecznych ani paczek pod choinkę. Na lekcjach tuż przed świętami puszczam film edukacyjny, uczniowie oglądają, ja robię pierwsze podchody do uzupełnienia dokumentacji śródrocznej i zaczynam odpisywać rodzicom, dlaczego Brajanek z ocenami bz (brak zadania),bz,2 i 5+ nie będzie miał 3 na semestr.

Popełniam błąd dodając na końcu "pozostaję do dyspozycji", bo mama Brajanka postanawia dysponować moim czasem wolnym przez kolejne tygodnie, aż do końca semestru wypisując po 2-3 wiadomości dziennie, dlaczego jej syn zasługuje na 3. W pracy spędzam już powyżej 8h dziennie, chodzę z własnym laptopem i tabletem, bo na wyposażeniu placówki są dwa (słownie: dwa) komputery na użytek nauczycieli, z czego jeden jest awaryjnym, gdyby zepsuł się któryś w sali. Te w salach psują się średnio raz na tydzień, bo mają swoje lata (wiecznie niedofinansowana oświata), a nauczycieli mamy w szkole 70.

Ale zyskuję w oczach 8-klasistów, bo etui na tablet mam z Gwiezdnych Wojen, a okazuje się, że to klasa fanatyków tego uniwersum.

Zaczynają się pielgrzymki rodziców do szkoły, kolejki na dniach otwartych (1h przewidziana, w praktyce siedzieliśmy 4h, oczywiście w czynie społecznym), wypisywanie elaboratów w dzienniku elektronicznym o 2 w nocy, aby o 7 rano dodać "dlaczego pan nie odpisuje, mój Szymonek ma lekcje z panem o 8, skąd mam wiedzieć, z czego go przygotować??????" No nie wiem, może z terminarza w e-dzienniku, gdzie co najmniej 2 tygodnie wcześniej wpisuję wszelkie sprawdziany, zakres materiału oraz termin przewidywanej poprawy.

Święta, covid w pełni, przechodzimy na kilka dni na zdalne. Hura, nie muszę nic drukować, będę miał pieniądze na pizzę. Babcia ratuje mnie kasą pod choinkę, mogę opłacić sobie kurs doszkalający, bo dyrekcja krzywo patrzy na same internetowe webinaria i szkolenia. Fundusz na szkolenia ze szkoły to śmieszne pieniądze, w dodatku podzielone na wszystkich nauczycieli (a każdy się ciągle dokształca, bo taki wymóg). Udaje mi się wyrwać 200 zł dodatku, więc dopłacam tylko 600 zł z babcinej kieszeni.

Styczeń wrzuca mnie w breję błota, gdzie według rządu jest moje miejsce, bo podniesienie płacy minimalnej dla wszystkich nie oznacza, że wzrosną też moje zarobki. Nie jestem pracownikiem, jestem tylko nauczycielem, dla mnie podwyżki nie ma. W Google pierwsza podpowiedź na słowo "jak" to "jak napisać wypowiedzenie nauczyciel". Miasto przyznaje nam nowe fundusze na materiały biurowe, mamy nawet kolorowy tusz. Dostajemy konspekt z programu laboratoria przyszłości, może uda się kupić nowe i sprawne kompute... a nie, sorry, nie możemy, ale jeśli chcemy stacje lutownicze i zestawy klocków do układania to są dostępne od ręki.

W lutym populacja osób z opiniami i orzeczeniami zwiększa się. O ile we wrześniu na 550 uczniów w szkole było takich dokumentów łącznie może z 20, o tyle w lutym jest dwa razy więcej. To oznacza dla wychowawców dodatkową robotę papierkową, dla nauczycieli uczących pisanie obserwacji i uzupełnianie arkuszy wielospecjalistycznej oceny oraz regularne spotkania zespołów nauczycielskich z rodzicami, oczywiście po godzinach i w czynie społecznym.

Wielospecjalistyczna ocena poziomu funkcjonowania ucznia (WOPFU) oraz IPET, czyli Indywidualny Program Edukacyjno – Terapeutyczny są dokumentami, które wychowawca (przynajmniej w naszej szkole) tworzy dla uczniów z takimi orzeczeniami. W orzeczeniu są wskazówki i zalecenia dla nauczycieli, w jaki sposób indywidualizować nauczenie takiego ucznia (czyli dostosowywać mu warunki pracy na lekcji, np. poprzez specjalne materiały, karty pracy, osobne sprawdziany). W praktyce oznacza to, że mając w klasie 2 takich uczniów, przygotowuję nierzadko 3 różne scenariusze. Jeden dla całej klasy odjąć 2 uczniów, jeden dla ucznia z pierwszym orzeczeniem i jeden dla ucznia z drugim orzeczeniem. W teorii powinien mi pomagać nauczyciel wspomagający. Z braku funduszy mamy w szkole tylko 4 nauczycieli wspomagających. Na ten moment już wiadomo, że od września powinno ich być co najmniej 10.

Nadal panuje covid, więc część dzieci jest na kwarantannie/izolacji. Kuratorium wpada na świetny pomysł, aby prowadzić lekcje pół-zdalnie. Czyli zdrowa część klasy przychodzi do szkoły, a chora lub na kwarantannie łączy się z domu. 3/4 lekcji spędzam na powtarzaniu 2x tego samego: raz do klasy w szkole, drugi raz do mikrofonu w laptopie, bo nic nie słychać, gdy stoję przy tablicy. Oczywiście nic też nie widać, bo przedpotopowe laptopy nie mają kamerek.

Psycholog potrzebuje sama terapii, bo grupy dzieciaków z pomocy psychologiczno-pedagogicznej zaczynają pękać w szwach. Starszy stażem kolega wyjaśnia mi zagadkę tego lutowego wzrostu: zbliżają się egzaminy i rodzice chcą zapewnić swoim dzieciom podstawy do specjalnych warunków przeprowadzania tych egzaminów (wydłużony czas pracy, pomoc nauczyciela wspomagającego itp.) Na szczęście są ferie.

Przypominam sobie, jak smakuje pizza.

W marcu pracuję już tylko 6h dziennie w szkole i 2h w domu, bo nie ma żadnych akademii do przygotowania, a dodatkowo znalazłem super stronę z materiałami dodatkowymi, które muszę jedynie lekko zmodyfikować, co pozwala mi zaoszczędzić czas. Przychodzi wiosna, a wraz z nią kontrole w placówce, więc 70 nauczycieli sprawdza po milion razy, czy każdy egzemplarz papierów ma pieczątkę i podpis gdzie trzeba oraz błogosławieństwo lokalnego proboszcza. Kolejka do szkolnej drukarki jest tylko nieco krótsza od tej za papierem toaletowym za PRL, chociaż wartość nawet szarej srajtaśmy jest zdecydowanie wyższa od bezsensownej szkolnej makulatury.

ДОБРОГО РАНКУ УКРАЇНО!
Do szkoły trafiają dzieci z Ukrainy, z czego zdecydowana większość jest w traumie i nie otrzyma z powodu bariery językowej absolutnie żadnej pomocy w samej szkole. W całym mieście tworzone są 3 (słownie: trzy) oddziały przygotowawcze, w których mają naukę polskiego. U nas ulokowanych zostaje 18 Ukraińców, siedzą na lekcji na sztukę, bo się z nimi nie da dogadać, nic nie rozumieją, nudzą się i z nudów grają na telefonach. Polscy uczniowie czują się pokrzywdzeni, bo oni też chcą sobie pograć.
Minister mówi, że mamy ukraińskich uczniów nie oceniać, oni w szkole się jedynie integrują.

W kwietniu powtórka z pielgrzymkami rodziców. Na dniu otwartym spędzam tylko 3h, więc o 20 jestem w domu, matematyczka wychodzi o 22:30 i tylko dlatego, że włącza się automatyczny alarm wykrywający ruch w budynku. Zaczynam słuchać rad starszych nauczycieli i na wiadomości w dzienniku odpisuję tylko w godzinach teoretycznej mojej pracy, czyli 7-15. Okazuje się, że rodzice widzą godziny moich logowań (błąd systemu e-dziennika, bo nie powinni mieć takich uprawień) i dostaję wezwanie do dyrekcji, aby odpowiedzieć na skargę brzmiącą mniej więcej: "Wysłałam wiadomość do pana A. o 14:05, widziałam, że był aktywny o 15:12, 17:36 i 21:43, a mi nie odpisał".
Czarnek oznajmia, że są pieniądze dla nauczycieli, aby uczyli Ukraińców języka polskiego. Dyrekcja szuka chętnych, stawka: 30zł za godzinę, grupy około 25 osobowe, zróżnicowane wiekowo (dzieciak z zerówki i 8-klasista w jednej). Chętnych jakoś brak.

Nadchodzi maj, więc humanista i stażysta przygotowuje kolejną akademię. Pomaga mi inny nauczyciel, nie zostaję już tak często po godzinach. Zbliża się egzamin klas 8, w szkole nerwowość, dyrekcja pyta, czy mogę poprowadzić dodatkowe zajęcia przygotowujące do egzaminu, oczywiście za darmo, w czynie społecznym, ładnie będzie wyglądało w sprawozdaniu ze stażu. Szukam wolnego terminu w planie zajęć, no mogę, to tylko 3 tygodnie, korona mi z głowy nie spadnie. To środa o 17? Dyrekcja kręci głową. Uczniom nie pasuje, bo musieliby przyjeżdżać drugi raz do szkoły, może wtorek o 7:30? We wtorek to ja lekcje mam formalnie 13-17, chociaż przyjeżdżam na 11, aby wszystko przygotować, ale nie, mimo wszystko nie będę przyjeżdżał dwa razy. Chcę zjeść w maju pizzę a nie wywalić kasę na benzynę po 8 złociszy.

Znowu wystawiamy oceny proponowane, teraz na koniec roku. Liczba rodziców (uczniowie mają to w 90% w rzyci) piszących "średnia mojego syna/córki wynosi 4,32, czy ma szansę na 5?"; "dlaczego proponowana ocena to 2 a nie 3, przecież ma średnią 3,03", "uważam, że moje dziecko zasługuje na 6, ma średnią 5,50" osiąga pułap bliski odległości Ziemi od Księżyca. Tłumaczenie, że "magiczna średnia" to nie wyznacznik oceny, bo na tą składają się jeszcze inne elementy, mija się z celem. Dyrekcja postanawia na stronie szkoły przytoczyć zapisy ze statutu opisujące, na podstawie czego wystawiana jest ocena roczna.

Wyjaśnia się, po kim niektórzy uczniowie odziedziczyli ćwierć mózgu zamiast całego, bo rodzice nie rozumieją tego prostego komunikatu.

Minister oznajmia, że on zrobił wszystko jak należy i to szkoły mają sobie wybrać, co zrobić z Ukraińcami. Aha, a z tym, że mamy ich nie oceniać, to on tylko żartował i jak są przyjęci oficjalnie do szkół, to muszą mieć oceny. Cytując niemal dosłownie "skoro ich przyjęliście do swojej placówki, to sobie radźcie". Uczniowie klas 0-7 po prostu dostaną oceny z powietrza, albo jak w moim przypadku, za ładne pokolorowanie obrazka (7 klasa). Uczniowie klas 8 przystąpią dodatkowo do egzaminu (paradoksalnie to najmniejszy problem, mimo że egzamin po polsku, z polskiej podstawy programowej), ale jednocześnie kończą też szkołę. A żeby skończyć szkołę, muszą mieć oceny z takich przedmiotów jak np. muzyka, plastyka, technika, przyroda, które się realizuje w klasach programowo niższych i w 8 ich po prostu nie ma. Minister kazał sobie radzić, więc szkoła sobie radzi.

Fałszujemy dokumenty, wpisując Ukraińcom, że zaliczyli te przedmioty, bo ministerstwo nie chce uznać ich świadectw z Ukrainy, zresztą uczniowie ich zwyczajnie nie mają. Jak uciekasz przed wojną, twoim priorytetem nie są świadectwa.

Przez cały rok raz w miesiącu w weekend organizowałem dla uczniów nieformalne "wycieczki". Wszystko prywatnie, w prywatnym czasie. Ot, byliśmy raz z muzeum, raz na rajdzie rowerowym, raz na spływie itp., zawsze był też zaangażowany w to jakiś rodzic lub rodzice. Dyrekcja o niczym nie wiedziała, dopóki nie wygadał się jeden z nich (chciał dobrze, po prostu mnie chwalił). W efekcie dyrekcja próbuje teraz przypisać moje działania do koszyczka szkoły, jakobym robił to pod szyldem koła turystycznego.

24 czerwca kończy mi się umowa, nie dostanę żadnej pensji w czasie wakacji, nie będę ubezpieczony, nie wiem, czy mnie zatrudnią na kolejny rok, bo dowiem się pewnie w połowie sierpnia.

To tylko jeden rok z jednej placówki, ale takich opowieści jest na pęczki. Polska szkoła to jeden wielki mem. To nawet nie jest kartonowy kolos na glinianych nogach. Ale jestem tym typem nauczyciela, który kocha uczyć, uwielbia uczniów i (jeszcze) ma do tego zapał. Więc tak, będę się pewnie dalej podlił za 2000 na rękę, jadł szczaw i mirabelki, bo nie wyobrażam sobie nie pracować w szkole. I jak to mówił klasyk: praca wspaniała, tylko system kurka.

polska szkoła

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (227)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…