Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#89415

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Słowem wstępu jesteśmy z dziewczyną na zdalnym, kochamy pieski i mamy z nimi doświadczenie, więc powstał pomysł, by sobie dorobić opieką nad nimi. Wygłaskamy czworonoga i jeszcze nam za to zapłacą. Zdawałoby się, że plan idealny, ale skoro spotykamy się na tym portalu to coś musiało pójść nie tak. Co konkretnie? Odpowiedź jest oczywista, właściciele. Nie poczuwali się do niczego, nawet do powiedzenia jakie są faktyczne potrzeby pupilka. Dlatego co opiekę to mieliśmy coraz weselej.

1. Kochana psina, ale tak zapuszczona przez właścicieli, że to niepojęte. OK, mają działkę z ogródkiem, więc siłą rzeczy zwierzak szybciej się zabrudzi niż kanapowiec z bloku, ale naprawdę im nie przeszkadzało, że po głaskaniu trzeba myć ręce? Dziewczyna po kilku minutach gładzenia jej po grzbiecie miała dłonie tak czarne jakby się w piaskownicy bawiła. Mnie byłoby wstyd oddać psa w takim stanie do mieszkania. Poza tym ona była nauczona przebywać z nimi w domu i naprawdę pasowało im to, że z suni kładącej się obok nich na kanapie sypie się jak ze starego dywanu? A już dla jej komfortu powinni obcinać jej pazurki, bo były długie jak u krogulca i co chwilę się zahaczały po koc co ją strasznie frustrowało. Podobnie jak próba wytarcia stalaktytów ze śpiochów. Co tylko potwierdzało, że jej w ogóle nie kąpią.

2. Przeciwieństwo powyższego. Rasowy kanapowiec, któremu codziennie trzeba rozczesywać sierść, zakrapiać oczka i tak dalej. Na czym polega piekielność? Ano na tym, że babka zapomniała powiedzieć podczas wywiadu o tym, że ma specjalne potrzeby. No, ale psiak naprawdę ułożony a ona kontaktowa, więc praktycznie nie mamy do niej pretensji. Zwłaszcza, że na tle pozostałych ewenementów wręcz blednie.

3. Następny mieliśmy kundelka w typie beagle'a. Był on bezproblemowym pieszczochem, ale właścicielka z jakiegoś powodu kreowała go na psa specjalnej troski. Zaczęliśmy więc od propozycji zrobienia dnia próbnego. Z wywiadu i spaceru zapoznawczego nie wynikało nic dyskwalifikującego, więc postanowiliśmy dać szansę i jakież było nasze zaskoczenie kiedy żadne z jej ostrzeżeń się nie potwierdziło. Nasz podopieczny miał strasznie znosić rozłąkę i długo akceptować nowe miejsce. Było wręcz przeciwnie. Za nią nawet nie zaskomlał a u nas od razu się odnalazł.

Także diagnoza mogła być jedna, babka ewidentnie miała pupilkową hipochondrię. Zwłaszcza, że dała nam całą stronę maszynopisu z instrukcjami co robić a czego nie. Na przykład bigielek miał się bać rowerów i jak tylko jaki pojawi się na horyzoncie to należy "odejść na bok, odwrócić jego uwagę i przeczekać niebezpieczeństwo". Nic takiego nie zaobserwowaliśmy a był to okres letni i na każdym spacerze mijało nas paru cyklistów.

Jeszcze było kilka problemów, które przekazała ustnie. Jak chociażby to, że miał wybitnie nie lubić dotyku, zwłaszcza na głowie i szczytem interakcji z jego strony miało być położenie pyszczka na kolanie jak leży obok na kanapie. I znowu to musiały być jakieś jej projekcje, bo był to największy pieszczoch jakiego mieliśmy. Był ewidentnie niedogłaskany i wręcz domagał się miziania, zwłaszcza po głowie.

No i ostatni zmyślony problem, miał mieć skłonności do zbytniego pobudzania się i w związku z tym dała nam jakiś dyfuzor z feromonami, który ma go uspokajać. Tutaj od razu zapaliła mi się czerwona lampka a opieka nad nim potwierdziła przeczucia. Ten pies wcale nie miał nerwowego usposobienia, tylko był energiczny. Łaknął uwagi właścicielki i potrzebował dużo ruchu a ta stara baba nie dość, że nie chciała mu zapewnić ani jednego, ani drugiego to jeszcze wolała go wyciszać chińskimi wynalazkami, masakra.

Ludzie, jak jesteście zgrzybiałymi emerytami nie lubiącymi pieszczot i ruchu to bierzcie sobie, nie wiem, świnkę morską a nie beagle'a, któremu wmawiacie jakieś niestworzone rzeczy. Bo jedyny problem, który faktycznie z nim mieliśmy był taki, że w ogóle nie nauczyła go chodzić na smyczy. I wiecie co? Nie poświęciła mu nawet pół zdania w tej całej instrukcji. Widocznie prawdziwe problemy zachowuje dla siebie a z ludźmi dzieli się tylko tymi zmyślonymi.

A na koniec właścicielka, jakby było mało piekielności z jej strony, postanowiła się srogo spóźnić i nas o tym nie poinformować. Telefonów oczywiście też nie odbierała. Nosz kurde, dziewczyna była umówiona z innymi właścicielami i wszystko stoi przez nią. Po pół godzinie czekania stwierdziliśmy, że to nie ma sensu, ja zostaję a ona wychodzi. Tak też zrobiliśmy i wiecie co? Zdążyła się spotkać i wrócić a jej dalej nie było. Aż zaczęliśmy się bać czy aby nie znalazła sobie sposób na pozbycie się niechcianego psa. No, ale w końcu się z łaski swojej się zjawiła i była wręcz oburzona, że coś nam się nie podobała. My staraliśmy się być grzeczni a ona odpowiadała nam opryskliwym tonem.

- Przepraszam, ale dlaczego Pani się spóźniła?
- Bo nie wiedziałam, że tutaj jest tak kiepski dojazd.
* Nie żeby czwarty raz jechała tą trasą czy coś... *
- Ale mogła Pani chociaż zadzwonić.
- Nie wiedziałam, że będziecie mieć takie pretensje o to!
- A to nie jest normalne, że się dzwoni przy takim spóźnieniu?
- No jak widać nie dla każdego...
- Odbieranie telefonów też?

Na tamto pytanie już nie odpowiedziała. Zajęła się psem z wyraźnie wkurzoną miną, bo jak to tak pytać hrabinę dlaczego nie odebrała? Przecież to się nie godzi. Więc zmieniliśmy temat na psa:

- Pani jest pewna, że ten pies nie lubi głaskania? Bo mnie się wydaje, że jest wręcz przeciwnie.
- Co? Nie, on to jest wielki pieszczoch. Tylko ja mówiłam, że nie lubi być brany na kolana.
* Co? To ona świadomie kłamała? Ki czort? *
- Wcale tak nie było i wie Pani co? Z takim podejściem to Pani dziękujemy.
- Oczywiście, macie prawo wybierać sobie klientów jakich chcecie a ja mam prawo do opinii i ją umieszczę gdzie się ogłaszacie!

Wyszła nie mówiąc nawet "do widzenia". Co prawda, nas nie obsmarowała, ale potem do dziewczyny na privie napisała, że jest nieprofesjonalna, nie umie postępować z ludźmi i w związku z tym nie zamierza nam dopłacić za to, że się opiekowaliśmy dłużej niż było umówione. No tak, bo to przecież nasza wina, że mieliśmy swoje plany zamiast grzecznie czekać i jeszcze się głupio pytamy. Nie odbierała to nie odbierała.

4. No i ostatni podopieczny, po którym mieliśmy już wszystkiego serdecznie dosyć. Właścicielka powiedziała, że pies boi się burzy. Dziewczyna dopytała co to znaczy. Się stresuje, ale nie jest agresywny ani nie odwala innych jazd, czyli standard. I na to też się przygotowaliśmy. Na biedną psinkę, której trzeba potowarzyszyć w trudnej dla niego sytuacji a czekał nas horror, ale nie uprzedzajmy faktów.

Telewizor był włączony cały czas a jak tylko zaczęło kropić to zasłoniliśmy okna, coby uchronić go przed bodźcami na tyle na ile jest to możliwe, ale dużo to nie pomogło. Dobrze się nie rozpadało a ten już wył na cały regulator. Próbowaliśmy go czymś zająć, jakoś odciągnąć jego uwagę, ale nic to nie dawało. Już był tak spanikowany, że nie szło do niego dotrzeć a przecież jeszcze nawet burzy nie było. A jak w końcu pojawiły się błyskawice to była histeria na całego. Biegał po mieszkaniu jak opętany, drapał meble, gryzł klamki, skakał na ściany i próbował się wepchnąć do zamkniętej szafy. Jednym słowem totalna demolka a podejść do niego się nie dało, bo zrobił się agresywny. Na dziewczynę skoczył z zębami i ją podrapał jak próbowała go uspokoić. Mnie dziabnął jak odciągałem go od tej biednej szafy, której zaraz wyrwałby drzwi. A jak się rozkręcił to rzucał się nawet za to, że stało się nie tam gdzie powinno.

Dopiero włączenie muzyki na maksa go uspokoiło, ale to tylko rozwiązanie doraźne. Po jedno nie będziemy robić sąsiadom koncertu na pół dnia. Po drugie błyskawice wystarczały, by dostawał ataku paniki i na przykład wskoczył na domofon. Chyba byłoby trzeba sprawić sobie ciężkie zasłony jak z domu publicznego, które nic nie przepuszczają, by go opanować. Po trzecie nie na to się umawialiśmy.

Czegoś takiego jeszcze nie widziałem i mam nadzieję, że już nie zobaczę. W każdym razie byliśmy tak wykończeni i wkurzeni, że dziewczyna zadzwoniła po właścicielkę, by w trybie pilnym odebrała swojego szatana. Co na nasze szczęście zrobiła, ale na słowo "przepraszam" już z siebie nie wydobyła. Za to powiedziała, że pewnie i tak byśmy malowali ściany, nosz kurde! W ogóle się nie poczuwała do zaoferowania chociażby symbolicznej rekompensaty za szkody wyrządzone przez swojego psa. Na szczęście dziewczyna po ostatnich doświadczeniach zaczęła brać pieniądze z góry i powiedziała, że je sobie zatrzymuje. Z czego właścicielka była wyraźnie niezadowolona.

Co do psa to standardowa śpiewka, że Pimpuś tak nigdy i to naprawdę pierwszy raz. Terefere, w życiu nie uwierzę, że można mieć tak straumatyzowanego psa i nie być w ogóle tego świadomym. Bo jeśli boi się burzy tak bardzo, że biega po ścianach to nie jest to kwestia otoczenia. Znaczy jasne, znane miejsce czy obecność właścicielki są uspokajające, ale do pewnego stopnia i na pewno nie zdziałają cuda. Także nieważne kto, by stał obok nie sprawi to, że zamiast demolować meble zwinie się w kłębek i będzie skomlał.

A poza tym raczej nie u nas nauczył się otwierać klamki zębami. On już wiedział co robić kiedy chce się uciec przed burzą do zamkniętego pomieszczenia. Jeszcze jedna rzecz, właścicielka na spacerze zapoznawczym mówiła, że nigdy by nie dała swoje pupila do psiego hotelu a jak jej mówiliśmy jakie piekło nam zgotował to zarzekała się, że był w hotelu i nie było z nim problemów. Czyli albo wtedy, albo teraz kłamała. Poza tym skoro dobrze się tam czuł to czemu przestała korzystać z ich usług i szukała nowej opieki? Coś się tu nie klei...

pies psy wlasciciel wlasciciele psiarz psiarze

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (159)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…